niedziela, 7 sierpnia 2016

Sen na butach

Tymek jest godnym następcą Teofila nie tylko w kwestii jedzenia bobu. Równie ochoczo leży na butach. Układa się na nich wieczorem do snu. 

Kiedy wszystkie światła zostaną pogaszone i zarządzam koniec dnia, Stefan grzecznie układa się na swoim miejscu w nogach łóżka. Tymek natomiast jeszcze nie zdecydował się, która miejscówka będzie dla niego optymalna do spania. Krąży, a ponieważ tak zwany salon zamykam, żeby nie było zabaw grzechoczącą myszką po nocy, ma do dyspozycji sypialnię, łazienkę, przedpokój i kuchnię.

Na początku zastanawiałam się, gdzie jest, jeśli nie ma go w sypialni. W kuchni może spać na krzesłach, ale to żadna przyjemność. W łazience – jeszcze mniej spaniowych opcji. Pozostaje przedpokój... 

Pewnego wieczora wyjrzałam kontrolnie z sypialni, by namierzyć delikwenta. Znalazłam go tuż za rogiem, gniotącego wytrwale tenisówki zwane dawniej „czeszkami”. 



- A Ty, Tymo, na butach będziesz tak leżał, jak Teo? – zapytałam. 

Nie potwierdził, nie zaprzeczył. Ale teraz już wiem, że jeśli nie widzę go na sypialnianym parapecie, ani w filcowym namiocie, ani (w wyjątkowych sytuacjach) na łóżku, wiem, że znajdę go na butach.

Różnica jest tylko taka, że Teo kochał szczególnie buty do biegania. Adorował je namiętnie i nieustannie. Ocierał się o nie i rozmawiał z nimi. Tymo zaś preferuje czeszki. Nie adoruje ich. Trakuje je czysto użytkowo. Czeszki to czeszki. Służą do spania.
;)

środa, 6 lipca 2016

Sezon na bób

To już 3 miesiące, jak Teofil od nas odszedł. Przyszło lato, a z nim sezon na bób. Ulubiony bób Teofila. Myślę, że to dobry pretekst, by przedstawić Wam nowego członka Kociego stada. 



Tymek ma rok i też lubi bób.

Tymek trafił do nas z fundacji Pomorski Koci Dom Tymczasowy. Pochodzi z Suchego Dębu koło Gdańska. Żył tam w warunkach, w których żadne stworzenie żyć nie powinno. Razem z domniemaną mamą i rodzeństwem został zabrany przez wolontariuszki PKDT. Zamieszkał tymczasowo w jednej z zaprzyjaźnionych lecznic. Ostatecznie spędził tam 2 miesiące.

Jego smutne spojrzenie zza krat klatki kennelowej złapało mnie za serce krótko po odejściu Teofila. A konkretnie po sobotnim poranku, który Stefan spędził na chodzeniu po mieszkaniu, zaglądaniu pod stoły, do szaf, za zasłony i na płakaniu za Teofilem. Stefan nie mógł zostać kotem-jedynakiem, byłam tego pewna.

Kiedy Tymek do nas przyjechał, bał się wszystkich i wszystkiego. Przerażał go nawet migający ekran włączonego telewizora. Jednocześnie od początku doskonale ogarniał temat miski i kuwety, a na drugi dzień już skakał za wędką. 

Tylko dotykać się nie pozwalał. Do dziś dotyk ludzkiej ręki wywołuje w nim mieszane uczucia. Z jednej strony to przyjemne, kiedy ręka smyra grzbiet albo drapie po brzuszku. Z drugiej już po chwili włącza się tryb ucieczki. Wtedy Tymek najpierw kopie rękę tylnymi nogami, a potem zrywa się do biegu. Wziąć go na ręce? Zapomnijcie!




Za to Tymek z miejsca pokochał Stefana. Stefan służy mu do naśladowania, przytulania, gonienia, gryzienia, zabawy, kotłowania się i walki o miejsce do spania. 





Stefan jest kotem, który lubi wszystkich. Zaakceptował więc Tymka z całym tym zestawem zachowań, które każdego innego kota doprowadziłyby do szewskiej pasji. Ze stoickim spokojem znosi fakt, że Tymek depcze mu po głowie i gryzie w pupę. Widzę też, że czerpie przyjemność z codziennych zapasów, do których Tymek nakłania go na dywanie.





To od Stefana Tymek nauczył się, że należy bać się odkurzacza. Wcześniej sam nie wiedział, jak na buczący sprzęt reagować. Gdy zobaczył, że Stefan w panice ucieka, zaczął robić to samo. Liczę, że obserwując Stefana, nauczy się także, że dotyk ludzkiej ręki jest dobry. I że kot wzięty na ręce doświadcza samych przyjemności. I morza miłości.




Tyle o Tymku na dziś. Poznajcie chłopaka. Wkrótce wracamy :)

poniedziałek, 6 czerwca 2016

Nie ma

Drodzy. Dziś minęły 2 miesiące, odkąd nie ma Teofila. I, jakby to ująć, im bardziej się tu za nim rozglądamy, tym bardziej go nie ma.

Nie ma go o piątej rano, w czasie pobudki na karmienie.

Nie ma go na podłodze w kuchni, leżącego kołami do góry w okolicach szuflady z kocią karmą.

Nie ma go na balkonie, na który już zawitało lato.

Nie ma go też na torbach z Piotra i Pawła. Zresztą, nie ma i toreb.

Nie ma go na wyleżanym oparciu na sofie. Chociaż oparcie zachowało wyleżany kształt.

I nie ma go w kolejce po poranny jogurt i kąsek żółtego sera. Albo łososia.

Ani na łóżku wieczorem, pod prawą ręką, tak, żeby drapać po brzuszku, podczas gdy druga ręka trzyma książkę. Albo gazetę.

Nie ma go na butach do biegania. Ani na ciuchach po treningu, których nikt już nie adoruje.

Na środku dużego pokoju nie blokuje przestrzeni.

Nie ma go też na stole w kuchni, na aktualnie czytanej sobotniej prasie.

Ani przy drapaku popsikanym kocimiętką w spraju.

Ani w zlewozmywaku.


Za chwilę pojawi się młody bób i też go nie będzie, gdaczącego i domagającego się swojej porcji.

Tak po prostu go nie ma.

Tak po prostu trudno się z tym pogodzić.

środa, 6 kwietnia 2016

[']

Drodzy Czytelnicy. Nie sądziłam, że ten moment nadejdzie tak nagle. Teofil odszedł dziś w nocy. Jego serce nagle przestało bić. To był prawdopodobnie zator. Mimo szybkiego przewiezienia do kliniki, nie można już było mu pomóc.

Chciałabym napisać coś więcej. Myślałam, że pisanie przyniesie mi ulgę. Ale jednak nie, jeszcze nie teraz.

Teo był Kotem jednym na milion. Zostawił mi w sercu wielką, koszmarną dziurę.



niedziela, 27 marca 2016

"Co jest, kocie?"

Czołem! Tu T. Dziś wyjątkowo zgodziłem się przekazać Jej klawiaturę. Mówi, że chciałaby napisać do Was o książce. Ja mało czytam. Czasem tylko pozuję z książką dla lansu. Dlatego na temat książek do Was pisać nie będę. Udaję się na zasłużony odpoczynek. A Ona niech pisze.

***
Drodzy! Jak wspomniał Teofil, chcę podzielić się z Wami wrażeniami z lektury książki Co jest, kocie? Małgorzaty Biegańskiej-Hendryk. Dostałam ją od wydawnictwa Samo Sedno z prośbą o przeczytanie i recenzję na blogu. Rzadko zgadzamy się z Teofilem na takie akcje. Prowadzimy blog w celach czysto rozrywkowych, kiedy chcemy i o czym chcemy.

Tym razem jednak od razu wiedziałam, że wchodzę w to. Poradnik Co jest, kocie? był na mojej liście „Books you must read”. Na Facebooku śledzę stronę Koci behawioryzm, prowadzoną przez autorkę, doświadczoną kocią behawiorystkę. Czułam, że to pozycja, którą warto przeczytać, a potem polecić innym.


Zazwyczaj, gdy coś jest dla wszystkich, w rzeczywistości jest dla nikogo. Tymczasem, Co jest, kocie? to pozycja naprawde dla wszystkich. Zdecydowanie nie dla nikogo. Znajdą w niej cenne informacje zarówno początkujący kociarze, jak i czytelnicy, którzy z kotami mają do czynienia od dłuższego czasu (jak ja). Uważam, że dla tych pierwszych powinna to być lektura obowiązkowa, zanim w ich domu pojawi się kot. Drudzy niech przeczytają poradnik, a potem trzymają go pod ręką. Na wypadek, gdyby trzeba było szukać rozwiązania problemów związanych z kocimi domownikami.

Autorka kładzie szczególny nacisk na kocie potrzeby. Zachęca, by nauczyć się prawidłowo je rozpoznawać i zaspokajać. Sporo miejsca poświęca komunikacji kocio-kociej i międzygatunkowej. Podkreśla, jak ważne dla wspólnego harmonijnego współistnienia ludzi i kotów jest, by poprawnie rozumieć kocią mowę. I nie chodzi tu bynajmniej o tak banalne kwestie, jak machanie ogonem, lecz o sprawy dużo bardziej skomplikowane i tajemnicze.

Z poradnika dowiedziałam się na przykład, że fakt, iż Teo leży rozciągnięty na boku w progu dużego pokoju nie jest zwykłym, niewinnym odpoczywaniem. To jest pasywne blokowanie przestrzeni. Teo pokazuje Stefkowi, że jest duży i dużo znaczy. A Stef musi uważać, gdy będzie tamtędy przechodził. ;)



Uświadomiłam sobie też, że Teo i Stef są w o wiele większej zażyłości, niż sądziłam. Wydawało mi się, że tylko koty, które śpią przytulone i myją się nawzajem, są naprawdę zaprzyjaźnione. Tymczasem w poradniku czytam, że: „Kiedy dwa zwierzaki przebywają w jednym pomieszczeniu, to zgodnie z ich systemem budowania więzi społecznych są już razem. Gdy układają się do drzemki w dwóch rogach łóżka (...), można mówić o prawdziwej komitywie.”

Taki zbieg okoliczności - to zdjęcie nie było ustawiane.
Po lekturze Co jest, kocie? wiem już, że Teofilowe zjadanie folii ma swoją nazwę. - Teo, masz zespół Pica, chłopaku! – zawołałam, gdy przeczytałam fragment poświęcony temu problemowi. Autorka rozwiała też moje wątpliwości dotyczące zasady „Tyle kuwet, ile kotów, plus jedna”. Jeśli chcecie wiedzieć, ile kocich toalet powinno być w kocim domu idealnym, zachęcam do lektury.

Na koniec, rzecz wcale nie bez znaczenia dla komfortu czytania i przyswajania wiedzy. Żyjemy w cyfrowym świecie. W Internecie nie czytamy, tylko skanujemy teksty. To zjawisko przenosi się na czytanie analogowe. Tak zwana "blacha" tekstu bez akapitów, wyróżnień, wypunktowań, ramek to rzecz absolutnie nie do przyswojenia. Osoba projektująca układ treści w Co jest, kocie? doskonale o tym wiedziała. 

Tekst podzielono na krótkie akapity z wyraźną interlinią. Dużą część treści podano w czytelnych punktach. Wytłuszczono nagłówki i fragmenty, na które należy zwrócić uwagę. Są ciekawostki w ramkach i historie z życia wzięte wyróżnione kursywą. W szarych okienkach czytelnik znajdzie ważne wskazówki i kwestie warte zapamiętania. Trudno się tu pogubić. Jest też bardzo dobry styl, a na zakończenie bonus – zdjęcia, a przy każdym wybrane porady w postaci krótkich „przypominajek”.

Według mnie, Co jest, kocie? to najlepszy poradnik dla kociarzy, jaki do tej pory zdarzyło mi się czytać. A więc, kociarze! Kupujcie i czytajcie wszyscy, bo naprawdę warto.

Wydawnictwu Samo Sedno bardzo dziękuję za przekazanie książki, którą z przyjemnością przeczytałam. I do której na pewno będę regularnie wracać.

***

PS Tu T. Chciałem zaprotestować. Nie mam żadnego Pica. Kocham folię. Jest smakowita! I tyle.

niedziela, 13 marca 2016

Spadający Anioł

Mówiłem Wam już, że mamy w domu Anioła? Ze skrzypcami na dodatek. Anioła Ona kiedyś dostała na urodziny. Było to milion lat temu. O tym, że to Anioł, świadczą ponoć skrzydła, które ma na plecach. Hm, myślałem, że takie ze skrzydłami nazywa się ptak. Ale niech jej będzie.

Anioł zdobi stolik z telewizorem, na którym lubimy ze Stefanem siadywać, kiedy jest otwarty balkon. Wieje nam wtedy po łapach, więc ewakuujemy się na wyższe kondygnacje. Zazwyczaj udaje się nam przebywać na stoliku bezkolizyjnie z Aniołem.


Ostatnio jednak Anioł zaliczył wpadkę. Było to tak: Ona poszła myć zęby wieczorem, a my ze Stefanem kotłowaliśmy się w dużym. Objęliśmy zakresem naszej zabawy również stolik pod telewizor. Nie wiem w sumie, jak to się ostatecznie stało. Faktem jest, że Anioł postanowił się ewakuować i spadł. Ona usłyszała z łazienki stłumione stuknięcie, a gdy przyszła do dużego, Anioł leżał w donicy. Głową w dół.


Aż jej ręka zadrżała, jak robiła to zdjęcie. Podniosła Anioła, otrzepała, postawiła na miejsce i powiedziała, że mamy cholerne szczęście, że Anioł nie rąbnął głową o rant donicy. I że jest w jednym kawałku. I przywołała historię sprzed lat, kiedy to nocował u nas kot Edek z Tczewa ze swoją Podwładną. Edek rozrabiał w nocy jak pijany zając i strącił Anioła, który wtedy stacjonował na znacznie wyższej półce. Spadający Anioł wyrżnął w kant wspomnianego stolika, w rezultacie czego został skrócony o głowę.


Udało sie go wtedy uratować, ale do dziś ma bliznę po tej tragedii. Staramy się go teraz omijać szerokim łukiem. Nie chcemy, żeby sobie krzywdę zrobił.
Pozdr.
T.
------------
PS A Podwładna doda tylko, że to nie było milion lat temu, te urodziny. Tylko najwyżej tysiąc. ;)