środa, 6 kwietnia 2016

[']

Drodzy Czytelnicy. Nie sądziłam, że ten moment nadejdzie tak nagle. Teofil odszedł dziś w nocy. Jego serce nagle przestało bić. To był prawdopodobnie zator. Mimo szybkiego przewiezienia do kliniki, nie można już było mu pomóc.

Chciałabym napisać coś więcej. Myślałam, że pisanie przyniesie mi ulgę. Ale jednak nie, jeszcze nie teraz.

Teo był Kotem jednym na milion. Zostawił mi w sercu wielką, koszmarną dziurę.



niedziela, 27 marca 2016

"Co jest, kocie?"

Czołem! Tu T. Dziś wyjątkowo zgodziłem się przekazać Jej klawiaturę. Mówi, że chciałaby napisać do Was o książce. Ja mało czytam. Czasem tylko pozuję z książką dla lansu. Dlatego na temat książek do Was pisać nie będę. Udaję się na zasłużony odpoczynek. A Ona niech pisze.

***
Drodzy! Jak wspomniał Teofil, chcę podzielić się z Wami wrażeniami z lektury książki Co jest, kocie? Małgorzaty Biegańskiej-Hendryk. Dostałam ją od wydawnictwa Samo Sedno z prośbą o przeczytanie i recenzję na blogu. Rzadko zgadzamy się z Teofilem na takie akcje. Prowadzimy blog w celach czysto rozrywkowych, kiedy chcemy i o czym chcemy.

Tym razem jednak od razu wiedziałam, że wchodzę w to. Poradnik Co jest, kocie? był na mojej liście „Books you must read”. Na Facebooku śledzę stronę Koci behawioryzm, prowadzoną przez autorkę, doświadczoną kocią behawiorystkę. Czułam, że to pozycja, którą warto przeczytać, a potem polecić innym.


Zazwyczaj, gdy coś jest dla wszystkich, w rzeczywistości jest dla nikogo. Tymczasem, Co jest, kocie? to pozycja naprawde dla wszystkich. Zdecydowanie nie dla nikogo. Znajdą w niej cenne informacje zarówno początkujący kociarze, jak i czytelnicy, którzy z kotami mają do czynienia od dłuższego czasu (jak ja). Uważam, że dla tych pierwszych powinna to być lektura obowiązkowa, zanim w ich domu pojawi się kot. Drudzy niech przeczytają poradnik, a potem trzymają go pod ręką. Na wypadek, gdyby trzeba było szukać rozwiązania problemów związanych z kocimi domownikami.

Autorka kładzie szczególny nacisk na kocie potrzeby. Zachęca, by nauczyć się prawidłowo je rozpoznawać i zaspokajać. Sporo miejsca poświęca komunikacji kocio-kociej i międzygatunkowej. Podkreśla, jak ważne dla wspólnego harmonijnego współistnienia ludzi i kotów jest, by poprawnie rozumieć kocią mowę. I nie chodzi tu bynajmniej o tak banalne kwestie, jak machanie ogonem, lecz o sprawy dużo bardziej skomplikowane i tajemnicze.

Z poradnika dowiedziałam się na przykład, że fakt, iż Teo leży rozciągnięty na boku w progu dużego pokoju nie jest zwykłym, niewinnym odpoczywaniem. To jest pasywne blokowanie przestrzeni. Teo pokazuje Stefkowi, że jest duży i dużo znaczy. A Stef musi uważać, gdy będzie tamtędy przechodził. ;)



Uświadomiłam sobie też, że Teo i Stef są w o wiele większej zażyłości, niż sądziłam. Wydawało mi się, że tylko koty, które śpią przytulone i myją się nawzajem, są naprawdę zaprzyjaźnione. Tymczasem w poradniku czytam, że: „Kiedy dwa zwierzaki przebywają w jednym pomieszczeniu, to zgodnie z ich systemem budowania więzi społecznych są już razem. Gdy układają się do drzemki w dwóch rogach łóżka (...), można mówić o prawdziwej komitywie.”

Taki zbieg okoliczności - to zdjęcie nie było ustawiane.
Po lekturze Co jest, kocie? wiem już, że Teofilowe zjadanie folii ma swoją nazwę. - Teo, masz zespół Pica, chłopaku! – zawołałam, gdy przeczytałam fragment poświęcony temu problemowi. Autorka rozwiała też moje wątpliwości dotyczące zasady „Tyle kuwet, ile kotów, plus jedna”. Jeśli chcecie wiedzieć, ile kocich toalet powinno być w kocim domu idealnym, zachęcam do lektury.

Na koniec, rzecz wcale nie bez znaczenia dla komfortu czytania i przyswajania wiedzy. Żyjemy w cyfrowym świecie. W Internecie nie czytamy, tylko skanujemy teksty. To zjawisko przenosi się na czytanie analogowe. Tak zwana "blacha" tekstu bez akapitów, wyróżnień, wypunktowań, ramek to rzecz absolutnie nie do przyswojenia. Osoba projektująca układ treści w Co jest, kocie? doskonale o tym wiedziała. 

Tekst podzielono na krótkie akapity z wyraźną interlinią. Dużą część treści podano w czytelnych punktach. Wytłuszczono nagłówki i fragmenty, na które należy zwrócić uwagę. Są ciekawostki w ramkach i historie z życia wzięte wyróżnione kursywą. W szarych okienkach czytelnik znajdzie ważne wskazówki i kwestie warte zapamiętania. Trudno się tu pogubić. Jest też bardzo dobry styl, a na zakończenie bonus – zdjęcia, a przy każdym wybrane porady w postaci krótkich „przypominajek”.

Według mnie, Co jest, kocie? to najlepszy poradnik dla kociarzy, jaki do tej pory zdarzyło mi się czytać. A więc, kociarze! Kupujcie i czytajcie wszyscy, bo naprawdę warto.

Wydawnictwu Samo Sedno bardzo dziękuję za przekazanie książki, którą z przyjemnością przeczytałam. I do której na pewno będę regularnie wracać.

***

PS Tu T. Chciałem zaprotestować. Nie mam żadnego Pica. Kocham folię. Jest smakowita! I tyle.

niedziela, 13 marca 2016

Spadający Anioł

Mówiłem Wam już, że mamy w domu Anioła? Ze skrzypcami na dodatek. Anioła Ona kiedyś dostała na urodziny. Było to milion lat temu. O tym, że to Anioł, świadczą ponoć skrzydła, które ma na plecach. Hm, myślałem, że takie ze skrzydłami nazywa się ptak. Ale niech jej będzie.

Anioł zdobi stolik z telewizorem, na którym lubimy ze Stefanem siadywać, kiedy jest otwarty balkon. Wieje nam wtedy po łapach, więc ewakuujemy się na wyższe kondygnacje. Zazwyczaj udaje się nam przebywać na stoliku bezkolizyjnie z Aniołem.


Ostatnio jednak Anioł zaliczył wpadkę. Było to tak: Ona poszła myć zęby wieczorem, a my ze Stefanem kotłowaliśmy się w dużym. Objęliśmy zakresem naszej zabawy również stolik pod telewizor. Nie wiem w sumie, jak to się ostatecznie stało. Faktem jest, że Anioł postanowił się ewakuować i spadł. Ona usłyszała z łazienki stłumione stuknięcie, a gdy przyszła do dużego, Anioł leżał w donicy. Głową w dół.


Aż jej ręka zadrżała, jak robiła to zdjęcie. Podniosła Anioła, otrzepała, postawiła na miejsce i powiedziała, że mamy cholerne szczęście, że Anioł nie rąbnął głową o rant donicy. I że jest w jednym kawałku. I przywołała historię sprzed lat, kiedy to nocował u nas kot Edek z Tczewa ze swoją Podwładną. Edek rozrabiał w nocy jak pijany zając i strącił Anioła, który wtedy stacjonował na znacznie wyższej półce. Spadający Anioł wyrżnął w kant wspomnianego stolika, w rezultacie czego został skrócony o głowę.


Udało sie go wtedy uratować, ale do dziś ma bliznę po tej tragedii. Staramy się go teraz omijać szerokim łukiem. Nie chcemy, żeby sobie krzywdę zrobił.
Pozdr.
T.
------------
PS A Podwładna doda tylko, że to nie było milion lat temu, te urodziny. Tylko najwyżej tysiąc. ;)

poniedziałek, 22 lutego 2016

To niech ci się zachce

- Teo, co nic nie piszesz na blogu?
- Bo jakoś mi się nie chce, Stef...
- To nich ci się zachce, Teo.


Chorowaliśmy ostatnio. Stef na oko, ja na brzuch. Stefa zaraziła Coco, ktora była u nas na Święta. Ona mówi, że Coco sprzedała Stefowi wirusa. Stef jednak twierdzi, że do żadnej transakcji między nim a Coco nie doszło. Dostał wirusa za darmo. Tak czy inaczej, oko mu się zrobiło mniejsze, czerwone w środku i zaropiało. Sprawa ciągnęła się od stycznia. Były w użyciu różne krople i dopiero ostatnio udało sie kwestię oka ogarnąć.

Podczas jednej wyprawy do weterynarza Stef tak się wiercił w transporterze, że urwał uchwyt. Ona mówiła potem, że bardzo się oboje zdenerowali. Stef, bo wylądował w transporterze na ziemi. Ona -  z tego samego powodu. Od tej pory do transportera przyczepiony jest mocny pasek. Ona powiedziała jednak, że mamy się obaj odchudzać. .... .... ....

W odpowiedzi na ten apel dostałem sensacji żołądkowych. Narzygałem o 3 nad ranem i zrobiłem coś o wiele gorszego. Na szczęście zdążyłem do kuwety. Szczegółów Wam oszczędzę, ale tylko dlatego, że Ona nalega. W każdym razie, za karę byłem dwa razy u weta. Dostałem igłą w tyłek i tabletki na wynos. Nie dałem sobie ich jednak zaaplikować. Spieniłem się i zaśliniłem tak, że nie nadążała wycierać.

Już jest ze mną lepiej. Ciągle jednak mam szlaban na jogurt, co mnie wielce smuci. I jak ma mi się zachcieć pisać w takiej sytuacji?

Pozdr.
T.
-------------
PS. Podwładna tym razem nie ma nic do dodania, oprócz tego, że ma nadzieję, iż chłopaki oszczędzą jej kolejnych sensacji zdrowotnych. :)

niedziela, 13 grudnia 2015

O Kongu słów kilka

Ahoj! Dostaliśmy w prezencie zabawkę. Przyszła do nas pocztą aż z Poznania (gdziekolwiek to jest), bo podobno komuś się podoba, co piszę. Phi! Ona obiecała, że podzielimy się wrażeniami z zabawy, jak tylko będziemy mieli chwilę. Dzielimy się więc.


Otóż rzecz polega na tym, że do środka, przez tę dziurkę, wrzuca się kulki. Albo przysmaczki. Albo kiełbaskę z Lidla pokrojoną na kawałeczki. Ona wrzuca, my ze Stefanem patrzymy. Potem ona kładzie fioletowego stwora na dywanie i mówi, żebyśmy wymyślili, jak kulki ze środka wydostać.


No to zaczęliśmy myśleć. Stefan chciał być przebiegły. Chwytał potwora za czerwony ogon i wymachiwał nim w powietrzu. Nie tędy droga, kochany, pomyślałem. Tylko odpowiednia taktyka pozwoli wydostać wszystkie przysmaczki.

Okazało się, że fioletowego trzeba sprytnie pacać łapą, żeby przewrócił się w odpowiednią stronę i uwolnił zawartość swojego brzucha.

Początkowo trochę sobie nie radziliśmy, ale wiadomo - trening czyni mistrza. Już po chwili kulki jedna po drugiej zaczęły wyskakiwać na dywan. Spieraliśmy się ze Stefanem, kto ma zjeść którą. Ja uważałem, że je ten, kto wypacał łapą. Stefan był zdania, że kto pierwszy, ten lepszy. Nieważne, czy ten pierwszy akurat wypacał osobiście.


Przednia zabawa, generalnie. Tylko trochę smutno, jak już wszystkie przysmaczki zostaną uwolnione. Pacamy, pacamy i nic nie wypada. A potem siedzimy jeszcze chwilę nad fioletowym i czekamy, że może sam coś wypluje. Ale nigdy nie wypluwa, więc po chwili oddalamy się do swoich zajęć.

Ona mówi, że musi nam tę zabawę rozsądnie dawkować, bo inaczej będziemy jeszcze grubsi. Ale jak to "jeszcze grubsi"?? Przecież my jesteśmy szczupli!

Pozdr.
T.
------------------
PS A ja, Podwładna, dodam jeszcze kilka słów o zabawce Kong Cat Treat Cone, którą dostaliśmy w prezencie do przetestowania od sklepu NaszeZoo.pl z Poznania.

Stefan i Teo faktycznie początkowo nie bardzo wiedzieli, o co chodzi i jak się do Konga zabrać. Obserwowali go z pewnej odległości. Rozpracowanie go nie zajęło im jednak dużo czasu.

Teo nie przyznał się, że to Stefan okazał się bystrzejszy i na początku to on opróżniał całego Konga z przysmaczków. Potem role odwróciły się. Teo podpatrzył co i jak, nauczył się i przejął pałeczkę. Podczas ostatniej zabawy to on zjadł wszystkie chrupki, jakie były w środku. Dlatego myślę, że jeśli Kongiem ma bawić się kilka kotów jednocześnie, każdy powinien mieć swojego.

Według mnie należy Konga chować od razu po uwolnieniu ostatniego chrupka. Żal mi chłopaków pacających go na próżno, z nadzieją na więcej. Zabieram więc zabawkę od razu po zjedzeniu ostatniego przysmaczka, żeby nie czuli się rozczarowani.

Kong to fajna zabawka, taka trochę edukacyjna ;). Trzeba tylko uważać, by nie dawać go zbyt często kotom, które muszą dbać o linię. Każdy przysmaczek to jednak dodatkowe kalorie.

Dziękujemy sklepowi NaszeZoo.pl za podarowanie nam zabawki i przysmaczków oraz za miły list, który przesyłce towarzyszył.

sobota, 31 października 2015

Bieganie - czym to pachnie?

Drodzy, dziś wreszcie o tych butach, o których dawno już miałem Wam opowiedzieć. Otóż Ona zakochała się w bieganiu, a ja - w jej butach do tegoż.

Zaczęło się od tego, że poszła  na siłkę i, jak twierdzi, nie chciało się jej kombinować z tymi maszynami, które tam są. Mówi, że ciągle stała do nich kolejka i musiałaby przeganiać jakichś facetów. By więc nie marnować czasu, poszła na bieżnię. Mówi, że to takie miejsce, gdzie się biegnie w miejscu. Przez grzeczność nie zapytałem, po co.

Tak czy inaczej, było to w lutym. Wkrótce w domu pojawiły się buty, które odtąd z nią na tej bieżni w miejscu biegały. Początkowo nic nie wskazywało, że staną się obiektem moich uczuć. Ot, buty, jak każde inne, można by rzec.

W kwietniu założyła je i zamiast na bieżnię, poszła na dwór. Twierdzi, że tym razem nie biegła w miejscu, tylko dotarła aż do Gdańska Głównego. I że już nigdy na bieżnię nie wróci. Uwierzyłem na słowo, A potem przechodząc koło butów, zaciągnąłem się. Mmmm... interesująco ten Gdańsk Główny pachnie, pomyślałem. I wpadłem po uszy.

Tego dnia zaczęła się jej miłość do biegania, a moja do butów pachnących biegowymi trasami.

video

Do zapachu Gdańska Głównego dołączył wkrótce zapach Zaspy, Wrzeszcza, Przymorza, Sopotu, nadmorskiego deptaku, górki na Jaśkowej Dolinie, a nawet Westerplatte. Sądząc po tym, jak pachną, to muszą być absolutnie fascynujące miejsca. Wkrótce ma do nich dołączyć zapach Gdyni. Nie mogę się doczekać! Meh!


Pozdr.
T.
------------------
PS. Podwładna potwierdza, że wszystko, co powiedziano powyżej, jest prawdą i tylko prawdą. Zwłaszcza, że na bieżnię już nie wróci. :)