poniedziałek, 9 stycznia 2017

Historia pewnej ucieczki

Drodzy Czytelnicy, nie wiem, kiedy przeleciała jesień. A zaraz przeleci zima. Jestem Wam winna zapowiedzianą historię o szerszeniu, o kopaniu w doniczkach i o anonsowanych w poprzednim wpisie kocich gościach. Od czego tu zacząć? Zwłaszcza że w międzyczasie byli u nas kolejni goście. Emocji było co niemiara, bo jeden gość był trochę awanturujący się. Stajemy się powoli chyba domem gościnnym, w którym koty spędzają święta, wakacje, krótsze i dłuższe urlopy. Bez wątpienia przydałby się nam trzeci pokój, na wypadek, gdy jakiś gość nie jest zadowolony z pobytu, jak ów delikwent poniżej:




No dobrze, ale zacznijmy od szerszenia. Z tym szerszeniem to było tak. Jak wspomniałam ostatnio, po powrocie z urlopu miałam pomieszkać tydzień z Tymem, Stefanem i Rudzielcami Pana T. na Morenie, bo Pan T. wyjeżdżał na kaszubskie wakacje. Tymek i Stefan już tam byli, bo pojechali do Rudzielców na czas, kiedy ja byłam na swoim tatrzańskim wypadzie. Dołączyłam więc do nich wraz z laptopem i naręczem ciuchów, które umieściłam w szafie w sypialni. 

Pierwszy wieczór na Morenie trochę przeciągnął mi się przy laptopie, ale w końcu pogasiłam wszystkie światła i zameldowałam się w łóżku. Przy małej lampce przeglądałam jakąś gazetę, będąc już prawie w stanie alfa, czyli takim o krok od snu, gdy usłyszałam dochodzący z przedpokoju dziwny hałas. Coś jakby szuranie. Albo szeleszczenie. Taki trudny do opisania odgłos.  Do licha, pomyślałam, kocury pewnie coś demolują. Muszę wstać i zaprowadzić porządek.

Nie zdążyłam jednak tego zrobić, bo w tej samej chwili przez drzwi do sypialni wefrunął owad wielkości małego wróbla, wydając odgłos podobny do tego, który wytwarza peerelowski młynek do mielenia kawy. Szerszeń! Tuż za potworem do pokoju wpadły wszystkie cztery koty, z zadartymi głowami i ogonami, zaaferowane i żądne łupu. 

Musicie wiedzieć, że niewiele jest zwierząt, których boję się lub brzydzę. Wezmę do ręki żabę, nie boję się myszy i lubię jaszczurki. Jednak owady, oj owady to zupełnie inna bajka. Na widok owada dostaje ciar na plecach. Te latające i żądlące wywołują u mnie natychmiastowy atak paniki, połączony z ekspresową ewakuacją z pomieszczenia, w którym się znajduję.

Kiedy więc zorientowałam się, że do sypialni wpadł największy w naszej szerokości geograficznej latający owad, porzuciłam gazetę i stan alfa i tak jak leżałam, tak wyprysnęłam z łóżka, płosząc koty. Wybiegłam z sypialni i zatrzasnęłam za sobą drzwi, zza których nadal dobiegało złowrogie buczenie.

Kiedy upewniłam się już, że wszystkie koty są ze mną na zewnątrz i żadnemu nie grozi użądlenie przez potwora, uświadomiłam sobie co następuje: w sypialni, gdzie grasuje owad, została moja komórka i wszystkie ciuchy, jakie przywiozłam z Hallera. Została pościel i zapalone światło. Stoję w przedpokoju w piżamie i mam do wyboru spać na gołej kanapie w dużym pokoju, bez kontaktu ze światem i budzika w komórce, albo wejść do potwora i zabrać to i owo. 

Wybrałam opcję numer dwa. Z duszą na ramieniu po cichu weszłam do sypialni, a potem szybko zwinęłam pościel, chwyciłam komórkę i uciekłam przy akompaniamencie donośnego bzyczenia. Ciuchy zostały. Były zamknięte w szafie. Postanowiłam nad ich wydostaniem zastanowić się rano. Może do tego czasu szerszeń umrze, pomyślałam. 

Ze dwie godziny nie mogłam zasnąć, a jak już zasnęłam, zaraz się budziłam. O czwartej wstałam, nakarmiłam koty i postanowiłam zajrzeć do sypialni celem odzyskania ubrań. Gdy tylko uchyliłam drzwi, wściekłe buczenie odezwało się tuż nad moim uchem. Chyba siedział na drzwiach. Zatrzasnęłam je czym prędzej. Gdyby wyleciał i zaczął krążyć po mieszkaniu, nie ogarnęłabym kotów i własnej paniki. 

Co tu robić? Kogo wołać na pomoc? W co się ubrać?! Szczęściem w nieszczęściu okazało się, że poprzedniego dnia zostawiłam w łazience noszone tego dnia ciuchy. Tym sposobem zyskałam możliwość włożenia niezbyt już czystego tiszertu i skarpet oraz w miarę czystych spodni. W tym właśnie stroju poszłam czym prędzej na parking strzeżony i przyjechałam samochodem pod samą klatkę schodową. 

Spakowałam do transporterów wszystkie cztery koty. Był opór, ale zdławiłam w zarodku. Potem zgarnęłam to, co moje, a co znajdowało się poza sypialnią. Resztę postanowiłam odzyskać później, gdy szerszeń umrze albo zdematerializuje się. I wyruszyliśmy na Hallera.
Na miejscu rozpakowałam całą bandę, zjadłam śniadanie, poszukałam w szafie ciuchów, które nadawałyby się do założenia, a nie pojechały na Morenę. I wyruszyłam do biura. O ósmej byłam na miejscu, nieprzytomna z niewyspania.

Następnego dnia Pan. T przyjechał na chwilę z kaszubskich wakacji, bo miał coś do załatwienia w mieście. Zdziwił się bardzo usłyszawszy, że nie ma nas na Morenie. Przestrzeżony przed śmiercionośnym potworem zajrzał po drodze do swojego mieszkania. Powiedział, że się nie boi i jak coś, to wygoni. Obecności szerszenia nie stwierdził. Pewnie wyleciał przez uchylone okno...

...


A potem Rudzielce zamiast być tydzień na Hallera, spędziły z nami trzy tygodnie. Bo jakoś tak się przeciągnęło. Tak to wyglądało:


;))

sobota, 1 października 2016

Gość w dom

Sierpień i wrzesień upłynął Kotom pod znakiem wizyt. W połowie sierpnia Tymek i Stefan pojechali na Morenę do pana T., a ja pojechałam na urlop w Tatry. Kiedy wróciłam, na urlop postanowił wyjechać pan T. Trzeba więc było zaopiekować się Rudzielcami – Cześkiem i Ryśkiem. Jako że Koty były już na Morenie, wstępny plan był taki, abym wprowadziła się tam na tydzień. Chodziło o to, żeby nie wozić całej menażerii do Wrzeszcza. 

Niestety, plan nie powiódł się. Dlaczego? To historia na osobny post. Dziś wystarczy, że powiem, że do nieplanowanej, ale bardzo pospiesznej wyprowadzki z całą kocią ekipą do Wrzeszcza przyczynił się pewien szerszeń rozmiarów małego wróbla.

Tak więc wylądowaliśmy na Hallera – ja i cztery koty. I zaczęło się. Codziennie rano na nowo odkrywałam całą podłogę pokrytą żwirkiem Cat’s Best. Potem zastanawiałam się, jak przy pomocy dwóch rąk podać cztery miski z żarciem. Bo jeśli podawałam najpierw dwie, to do jednej natychmiast ładował się Rysiek. A ja, wiedziona przyzwyczajeniem, najpierw serwowałam posiłek Tymkowi i Stefanowi. Dlaczego nie wpadłam na to, żeby w pierwszej kolejności podać do stołu Ryśkowi i mieć go z głowy? Nie wiem.

Po śniadaniu zaczynały się gonitwy, które czasem trwały cały ranek. Udział w nich brali głównie Tymek, Rysiek i Czesiek. Stefan, jako starszy kot, wymiksowywał się z zabawy i obserwował młodzież z wysokości fotela. Miał chłopak spokój. Przez chwilę nikt go nie miętosił.
Stefan i Rysiek na parapecie
Potem nadchodził czas leżakowania. Rudzielce upodobały sobie sypialniany parapet. Stefanowi czasem udawało się tam wbić, a jeśli nie, lądował na starym wiklinowym fotelu, też zacnym do spania. W użyciu był również jeden z filcowych namiotów. Często widywałam w nim Cześka.
Czesiek w pozycji "kot chleb"
Było plażowanie na balkonie. Nasz balkon na Hallera nie umywa się co prawda do balkonu na Morenie, ale bywało, że widziałam na nim nawet trzy koty na raz. 
Tymek plażuje, Stefan też
Było więc obserwowanie turkw na lipach, psa na balkonie sąsiadów, rowerzystów na ścieżce pod domem oraz kopanie w doniczce z ziemią. 
Prace ogrodnicze
Początkowo myślałam, że kopie któryś z Rudzielców. Kiedy jednak Czesiek i Rysiek pojechali do domu, a ja znowu zastałam przekopaną doniczkę, wiedziałam już, że winowajców mam w mieszkaniu. Wkrótce okazało się, kto stoi za tymi pracami ogrodniczymi. Kto? O tym już wkrótce.

Po prawie trzech tygodniach pobytu na Hallera Rudzielce spakowały się i pojechały do domu. A do nas przyjechała Dzidka. Na szczęście, tylko na weekend. Dlaczego na szczęście? Bo Dzidka, jak wiadomo, nie lubi nikogo. Kiedy przyjechała, natychmiast zaszyła się pod łóżkiem i zamieniła się w skrzyżowanie węża z tygrysem. Na przemian syczała i warczała. Gdyby mogła, jestem pewna, że zionęłaby ogniem. 
Dzidka zieje ogniem z namiotu
Koty chodziły wokół niej – Tymek zdezorientowany, Stefan zafascynowany. Dzidka wyraźnie brała Tymka za Teofila, bo gdy tylko zbliżał się, wydawała z siebie jeszcze głośniejsze warki. Machała łapą nawet na mnie.

Wiedziałam, że w takiej sytuacji spania nie będzie. Dzidka będzie warczeć pode mną, gdzieś na wysokości głowy, przez całą noc. Pierwsza noc spędziliśmy więc w dużym na sofie. Drugą noc w dużym spędziła Dzidka. 

O piątej rano Stefan zaczął dobijać się do zamkniętych drzwi dużego. Kolejna noc była już więc wspólna, w sypialni – Dzidka w filcowym namiocie, reszta na swoich zwykłych miejscach. O poranku, wracając z łazienki, o mało nie przewróciłam się o nią. Postanowiła wyjść z podziemia i stała w drzwiach, gotowa ruszyć na podbój mieszkania. 

Dotarła aż na drugi jego koniec, czyli pod balkon. Tam dołączył do niej Stefan, który, wniebowzięty, że w końcu wyszła, położył się na dywanie i zaczął turlać przed jej nosem z boku na bok. Dzidka jednak nie doceniła tego performansu w wykonaniu swojego odwiecznego wielbiciela. Zawinęła się i poleciała z powrotem do sypialni, mało nóg nie gubiąc po drodze.

Miałam ją zostawić jeszcze kilka dni, żeby jej asocjalność przeszła. Widząc jednak, że nie wychodzi z namiotu i sika raz dziennie uznałam, że nie ma sensu biedaczki stresować. W drodze z Wrzeszcza na Zaspę jakby ktoś ją podmienił. Z transportera wyszła pospiesznie, zrelaksowana i radosna. Przeciągnęła łapy i pomknęła do miski. 

U nas zaś w czwartek pojawią się kolejni goście. Tych jeszcze na dłużej tu nie było. Kot Bobik będzie zapewne szalał z Tymkiem. Ale kotka Rozalka może nie być zadowolona z tych przymusowych wakacji. Trzymajcie kciuki, żeby wizyta się udała.

niedziela, 7 sierpnia 2016

Sen na butach

Tymek jest godnym następcą Teofila nie tylko w kwestii jedzenia bobu. Równie ochoczo leży na butach. Układa się na nich wieczorem do snu. 

Kiedy wszystkie światła zostaną pogaszone i zarządzam koniec dnia, Stefan grzecznie układa się na swoim miejscu w nogach łóżka. Tymek natomiast jeszcze nie zdecydował się, która miejscówka będzie dla niego optymalna do spania. Krąży, a ponieważ tak zwany salon zamykam, żeby nie było zabaw grzechoczącą myszką po nocy, ma do dyspozycji sypialnię, łazienkę, przedpokój i kuchnię.

Na początku zastanawiałam się, gdzie jest, jeśli nie ma go w sypialni. W kuchni może spać na krzesłach, ale to żadna przyjemność. W łazience – jeszcze mniej spaniowych opcji. Pozostaje przedpokój... 

Pewnego wieczora wyjrzałam kontrolnie z sypialni, by namierzyć delikwenta. Znalazłam go tuż za rogiem, gniotącego wytrwale tenisówki zwane dawniej „czeszkami”. 



- A Ty, Tymo, na butach będziesz tak leżał, jak Teo? – zapytałam. 

Nie potwierdził, nie zaprzeczył. Ale teraz już wiem, że jeśli nie widzę go na sypialnianym parapecie, ani w filcowym namiocie, ani (w wyjątkowych sytuacjach) na łóżku, wiem, że znajdę go na butach.

Różnica jest tylko taka, że Teo kochał szczególnie buty do biegania. Adorował je namiętnie i nieustannie. Ocierał się o nie i rozmawiał z nimi. Tymo zaś preferuje czeszki. Nie adoruje ich. Trakuje je czysto użytkowo. Czeszki to czeszki. Służą do spania.
;)

środa, 6 lipca 2016

Sezon na bób

To już 3 miesiące, jak Teofil od nas odszedł. Przyszło lato, a z nim sezon na bób. Ulubiony bób Teofila. Myślę, że to dobry pretekst, by przedstawić Wam nowego członka Kociego stada. 



Tymek ma rok i też lubi bób.

Tymek trafił do nas z fundacji Pomorski Koci Dom Tymczasowy. Pochodzi z Suchego Dębu koło Gdańska. Żył tam w warunkach, w których żadne stworzenie żyć nie powinno. Razem z domniemaną mamą i rodzeństwem został zabrany przez wolontariuszki PKDT. Zamieszkał tymczasowo w jednej z zaprzyjaźnionych lecznic. Ostatecznie spędził tam 2 miesiące.

Jego smutne spojrzenie zza krat klatki kennelowej złapało mnie za serce krótko po odejściu Teofila. A konkretnie po sobotnim poranku, który Stefan spędził na chodzeniu po mieszkaniu, zaglądaniu pod stoły, do szaf, za zasłony i na płakaniu za Teofilem. Stefan nie mógł zostać kotem-jedynakiem, byłam tego pewna.

Kiedy Tymek do nas przyjechał, bał się wszystkich i wszystkiego. Przerażał go nawet migający ekran włączonego telewizora. Jednocześnie od początku doskonale ogarniał temat miski i kuwety, a na drugi dzień już skakał za wędką. 

Tylko dotykać się nie pozwalał. Do dziś dotyk ludzkiej ręki wywołuje w nim mieszane uczucia. Z jednej strony to przyjemne, kiedy ręka smyra grzbiet albo drapie po brzuszku. Z drugiej już po chwili włącza się tryb ucieczki. Wtedy Tymek najpierw kopie rękę tylnymi nogami, a potem zrywa się do biegu. Wziąć go na ręce? Zapomnijcie!




Za to Tymek z miejsca pokochał Stefana. Stefan służy mu do naśladowania, przytulania, gonienia, gryzienia, zabawy, kotłowania się i walki o miejsce do spania. 





Stefan jest kotem, który lubi wszystkich. Zaakceptował więc Tymka z całym tym zestawem zachowań, które każdego innego kota doprowadziłyby do szewskiej pasji. Ze stoickim spokojem znosi fakt, że Tymek depcze mu po głowie i gryzie w pupę. Widzę też, że czerpie przyjemność z codziennych zapasów, do których Tymek nakłania go na dywanie.





To od Stefana Tymek nauczył się, że należy bać się odkurzacza. Wcześniej sam nie wiedział, jak na buczący sprzęt reagować. Gdy zobaczył, że Stefan w panice ucieka, zaczął robić to samo. Liczę, że obserwując Stefana, nauczy się także, że dotyk ludzkiej ręki jest dobry. I że kot wzięty na ręce doświadcza samych przyjemności. I morza miłości.




Tyle o Tymku na dziś. Poznajcie chłopaka. Wkrótce wracamy :)

poniedziałek, 6 czerwca 2016

Nie ma

Drodzy. Dziś minęły 2 miesiące, odkąd nie ma Teofila. I, jakby to ująć, im bardziej się tu za nim rozglądamy, tym bardziej go nie ma.

Nie ma go o piątej rano, w czasie pobudki na karmienie.

Nie ma go na podłodze w kuchni, leżącego kołami do góry w okolicach szuflady z kocią karmą.

Nie ma go na balkonie, na który już zawitało lato.

Nie ma go też na torbach z Piotra i Pawła. Zresztą, nie ma i toreb.

Nie ma go na wyleżanym oparciu na sofie. Chociaż oparcie zachowało wyleżany kształt.

I nie ma go w kolejce po poranny jogurt i kąsek żółtego sera. Albo łososia.

Ani na łóżku wieczorem, pod prawą ręką, tak, żeby drapać po brzuszku, podczas gdy druga ręka trzyma książkę. Albo gazetę.

Nie ma go na butach do biegania. Ani na ciuchach po treningu, których nikt już nie adoruje.

Na środku dużego pokoju nie blokuje przestrzeni.

Nie ma go też na stole w kuchni, na aktualnie czytanej sobotniej prasie.

Ani przy drapaku popsikanym kocimiętką w spraju.

Ani w zlewozmywaku.


Za chwilę pojawi się młody bób i też go nie będzie, gdaczącego i domagającego się swojej porcji.

Tak po prostu go nie ma.

Tak po prostu trudno się z tym pogodzić.

środa, 6 kwietnia 2016

[']

Drodzy Czytelnicy. Nie sądziłam, że ten moment nadejdzie tak nagle. Teofil odszedł dziś w nocy. Jego serce nagle przestało bić. To był prawdopodobnie zator. Mimo szybkiego przewiezienia do kliniki, nie można już było mu pomóc.

Chciałabym napisać coś więcej. Myślałam, że pisanie przyniesie mi ulgę. Ale jednak nie, jeszcze nie teraz.

Teo był Kotem jednym na milion. Zostawił mi w sercu wielką, koszmarną dziurę.