czwartek, 20 października 2011

Wege

Siemacie. Ona ostatnio codziennie jeździ do jakiegoś Władka, nie wiem, co za jeden, ale to chyba nic dobrego, bo niewyspana przez niego chodzi non stop. A jak wraca, to gdzieś znika i wraca skandalicznie późno. Nie ma więc czasu pisać, dlatego ponownie muszę przejąc stery, no bo kto, jeśli nie ja, przypilnuje, żeby ten blog nie zszedł na, za przeproszeniem, psy? Przecież nie Stefan...

Zanim o tym sadyście wam opowiem - choć nie wiem, czy dam rade, bo niewiele pamiętam i to wcale nie dlatego, że byłem nietrzeźwy - muszę się poskarżyć na nią. Ja rozumiem - ser żółty. Zwłaszcza Cheddar Seriously Mature, to prawdziwy rarytas i nigdy jej nie odpuszczam, jak go je. Musi się podzielić. Rozumiem też ser biały, zwany twarogiem. Ten ze sklepu dla biednych średni jest, ale jak się jej zechce tyłek ruszyć do dużego marketu, to czasem wróci z niezgorszym twarożkiem i się podzieli. Zawsze też wymagam podzielenia się jogurtem naturalnym, a i śmietanę mus jest wyżebrać. W lecie próbowałem też bobu, smakował jakby mięskiem. Ona mówiła, że to też białko i że to dlatego, ale ściemniała chyba, bo to zielone było, nie białe.

Ja to wszystko rozumiem. No, ale winogrona? No jest już chyba przesada. Myślała, że jak je wsadzi do markowej miski, którą zresztą zawłaszczyła, bo to my ją dostaliśmy w promo, a ona w niej je jogurt, to się nabiorę, że to niby są takie większe kulki?

Przecież ona doskonale wie, że Koty są mięsożerne. A nie jakieś wege ...
Mam nadzieję, że nas tu nie zagłodzi.
T.