środa, 26 grudnia 2012

Odfajkowane

Przeżyliśmy.

Było jak co roku.

Najpierw Ona ogarniała, jak to nazywa, chaos. Polegało to m.in. na wielokrotnym uruchamianiu odkurzacza, czego ze Stefanem szczerze nie znosimy. Znacznie bardziej lubimy, gdy zabiera się za zmywanie podłóg mopem. Idziemy wtedy jak w dym do kuchni, dopóki podłoga jest jeszcze świeżo mokra i zostawiamy na niej ślady łap. Ona oczywiście wtedy krzyczy, żebyśmy spadali ale nic sobie z tego nie robimy. Chodzenie po mokrej podłodze jest zbyt przyjemne, by z tego ot tak zrezygnować, bo ktoś krzyczy.

Oprócz ogarniania chaosu znosiła do domu siaty z różną, mniej lub bardziej interesującą, zawartością. Były tam m.in. prezenty dla różnych ludzi. Nie omieszkała też kupić prezentów dla siebie, na przykład w postaci bardzo krótkiej sukienki. Za to o kocimiętce w spraju dla nas, tej, która dawno się już wypsikała, oczywiście nie pamiętała ...

Uznaliśmy ze Stefanem, że tym razem wybaczymy Jej gapiostwo i zdecydowaliśmy się pomóc pakować te prezenty tym bardziej, że była zajęta pieczeniem (Święto Lasu! Od lata nic nie piekła!) Pakowanie było o tyle ekscytujące, że w użyciu była folia oraz wstążki, a obie te rzeczy szczególnie lubię memlać i przeżuwać. Ona znów krzyczała, by tego nie robić, ale co tam, wymemlałem, a Stefan mi pomógł.

Potem do domu zawitała choinka, którą z miejsca pokochałem miłością bezbrzeżną i pełną uniesień. Niestety, Ona nie spisała się i kupiła lampki, które ledwo świecą (przypomnę tylko, że poprzednie zmuszone zostały świecić do marca i nie przeżyły takiego wysiłku).


Jak widać na załączonej fotografii, moje oczy bardziej świecą niż nowe lampki. Ale cóż, powiedziała, że nie pojedzie szukać lepszych lampek w hipermarkecie, bo nie chce się tam natknąć na wannę z podduszonymi karpiami (czemu, chętnie przytuliłbym jakiegoś karpia) i zadowoliła się takimi z Biedronki.

Na szczęście, pod rzeczoną choinką znalazły się prezenty również dla mnie i dla Stefana. Nie dostaliśmy co prawda wanny z karpiami ani nawet jednego karpia do wanny, dostaliśmy za to zestaw tuńczyków w puszkach. Bardzo dziękujemy Ci, Święty Mikołaju, że o nas pamiętałeś i jednocześnie przepraszamy, że nie przemówiliśmy w zamian ludzkim głosem, ale wiesz przecież, Mikołaju, że to ściema z tym mówieniem w Wigilię!

A potem spadł śnieg ....


A potem stopniał dokumentnie.

Święta Bożego Narodzenia uważam za odfajkowane. Oby do Wielkanocy.

Pozdr.
T.

wtorek, 4 grudnia 2012

Marsz do IKEI!

To już półtora miesiąca, jak nie ma z nami fotela, a my wciąż nie możemy sobie znaleźć miejsca, które mogłoby się z fotelem i jego lożą równać.

Sofa jakoś nas nie kręci. Zaczęliśmy w niej wylegiwać krater, ale z czasem zaprzestaliśmy tego i teraz spędzamy czas na stojącym przed nią twardym stoliku w oczekiwaniu na obiecane przez Nią zmiany aranżacyjne.

Obiecała nam nowe biurko w miejsce starego, które podzieliło los fotela i zostało sprzedane na serwisie aukcyjnym. Nawiasem mówiąc, biurko to też należało do moich preferowanych miejsc do leżenia. Lubiłem wylegiwać się na nim z rana nie zważając na twardość blatu, którą niwelowały nieco korkowe podkładki.

Wspominała coś o pufie wypełnionej groszkami, w która można byłoby się rozkosznie zapadać. Podsłuchałem, jako opowiadała przez telefon, że rozważa i może kupi. Póki co, ani nowego biurka ani pufy ani widu. Jedyne, co miała nam ostatnio do zaoferowania, to pusta kuweta pachnąca obcymi kotami i pudło po kolejnych butach.

W obawie, że nigdy się obiecanych sprzętów nie doczekamy, postanowiłem sam zadbać o sensowne miejsce do spędzania wolnego czasu, którego mamy ze Stefanem sporo.



Co prawda, okazało się, że pode mną jest pranie, które czeka na prasowanie i Ona zgłosiła sprzeciw, bym tam leżał. Nie mam zamiaru przejmować się tym tym bardziej, że pranie zazwyczaj długo czeka na prasowanie, zupełnie jak my na nowe meble. Mam więc zamiar ten fakt wykorzystać i leżeć na praniu, ile wlezie.

Pozdr.
T

----------------------------------------------
PS. A miłośnikom Kotów i foteli Podwładna poleca ten oto rysunek, na którym w punkcie czwartym kot wyleguje krater.

środa, 21 listopada 2012

Mało brakowało ...

Mało brakowało, a więcej nic bym dla Was nie napisał. Mało brakowało, bo mało brakowało, a nie wróciłbym z urlopu. Byłem już prawie zdecydowany poprosić o azyl w pensjonacie z widokiem, chociaż początki naszego pobytu tam nie były ani łatwe ani przyjemne.

Okazało się, że po odejściu Felicjana Emil zaprowadził u pana T. swoje porządki. Trudno było mu przetłumaczyć, że przyjechaliśmy ze Stefanem na wakacje, nie do pracy. Upierał się, by zabraniać nam wstępu do jednego z pomieszczeń, w którym Pan T., jego Podwładny, prowadzi działalność zarobkową, innymi słowy, posiada tam biuro. Emil twierdził, że nie mamy odpowiednich kwalifikacji, żeby w biurze przebywać i moglibysmy narobić szkód. Nie przyjmował do wiadomości, że co miesiąc przewalamy ze Stefanem stertę faktur oraz robimy raporty do ZUS. A w wakacje i tak nie pracujemy, chcieliśmy tylko popatrzeć przez biurowe okno. Dopiero po paru dniach ugiął się i nas wpuścił, formalista jeden.

Pilnował też bardzo, żebyśmy za wiele nie chodzili po kwaterze. Siedział na fotelu w sypialni, do której, nawiasem mówiąc, też początkowo nas nie wpuszczał, a z której miał dobry widok na przedpokój. I obserwował. Gdy tylko namierzył mnie lub Stefana idących do kuchni w celu konsumpcji, zeskakiwał z fotela i rzucał się na nas z łapami. Ponieważ rzadko robi manicure, jedna z takich konfrontacji skończyła się szramą na mojej twarzy. Szramę tę mam do dziś.

Jednak w końcu dogadaliśmy się jakoś. Spędzaliśmy razem czas na balkonie patrząc na majaczące w oddali morze. Pozwalaliśmy Emilowi korzystać z naszej kuwety, a on w zamian pozwalał nam korzystać ze swojej kanapy (w celach sypialnych, nie toaletowych, oczywiście). Słyszałem, że tęskni teraz za nami i wyraża chęć posiadania kolegi, a nawet dwóch, na stałe. Cóż, nasz następny urlop podobno dopiero w maju, więc pozostaje nam jedynie okazjonalne odwiedzanie się nawzajem raz na czas jakiś.

Tymczasem Ona oczywiście nic nam nie przywiozła, z wyjątkiem zdjęć obcych kotów, w tym kota z metalu oraz muszli, które ponoć sama na plaży zbierała. Poprzednio kamienie, teraz muszle ... W następną podróż wybiera się ponoć do Szwecji. Ciekawe, czego tam można nazbierać ....

Wcale więc nie mam wyrzutów sumienia, że gdy przyjechała po nas w niedzielę, udałem, że Jej nie znam i nie wyszedłem z kanapy. Niby było Jej przykro. Zabrała Stefana i pojechała, a ja dopiero następnego dni dałem się przekonać Panu T. do powrotu. Kiedy wróciła z pracy, udaliśmy oboje, że niedzielnego incydentu z kanapą nie było. Powiedziałem, że jestem głodny, jak zwykle, a ona jak zwykle wyjęła z lodówki saszetkę. I życie znowu wróciło na swe utarte koleiny ...

sobota, 10 listopada 2012

Pensjonat z widokiem na morze

Nici z zaproszenia Czarnej z parteru pod jej nieobecność :( Ona co prawda wyjeżdża, jak obiecała, ale zamiast zostawić nas ze Stefanem na gospodarstwie, wysłała nas do jednego takiego rudego Kota, którego jak przez mgłę pamiętamy, bo kiedyś u nas chwilę był. Emil mu jest.

Ona mówi, że kiedyś tu mieszkałem. Że byłem wtedy młody i szczupły (co?!) i kumplowałem się z innym rudym Kotem, któremu było Felicjan. Nie bardzo sobie to przypominam, ale możliwe całkiem. Po przybyciu na miejsce niektóre kąty wydały mi się dziwnie znajome, zwłaszcza kanapa. Felicjana nie zastaliśmy niestety. Jest Emil, który podejrzliwie na nas patrzy i wyjada nam z misek.

Stefan odkrył, że z balkonu tej miejscówki jest widok na morze. Będę musiał to naocznie sprawdzić. Tymczasem głównie siedzę w kanapie. Póki co niespecjalnie mi się tu podoba, głośno daję więc wyraz swemu niezadowoleniu. Zwłaszcza nocą.

Ona mówi, że się przyzwyczaimy i dotrzemy. Nie wiem, może. Na razie kiepsko to widzę. Nawet nie mam apetytu ....

Do usłyszenia za tydzień, w każdym razie.
Pozdr.
T.

wtorek, 6 listopada 2012

Wyróżnieni!

Dostaliśmy wyróżnienie od kfiatka, za co bardzo dziękujemy! Zupełnie się nie spodziewaliśmy.


Okazuje się, że zasady wyróżnienia są takie, iż trzeba odpowiedzieć na 11 pytań zadanych przez Wyróżniającego, a następnie nominować kolejne 11 blogów i zadać ich autorom kolejne 11 pytań. Ciężka sprawa ... To ja najpierw przekażę pałeczkę Podwładnej, żeby odpowiadała.... Już jest, gotuje się do odpowiadania, ja tymczasem idę pomyśleć, które blogi nominować:


1. Wasza ulubiona pora roku? - Lato, lato, lato i lato ....
2. Film, który zawsze doprowadza Was do łez to... - "Między słowami"
3. Ulubiony sposób na spędzenie wieczoru? - Czerwone wino i miłe towarzystwo ;-)
4. Czy macie domowy sposób na przeziębienie? Jeżeli tak to jaki? - Wódeczka z cytryna, miodem i imbirem.
5. Gdybyście mieli zabrać ze sobą na wyjazd do lasu 5 rzeczy byłyby to...? - Suszarka, lokówka, tusz do rzęs, kurtka z kapturem, aparat fotograficzny, komórka ;)
6. Coś czego w tej chwili chcielibyście się nauczyć robić to...? - Grać na pianinie.
7. Jakiego zwierzęcia najbardziej się boicie? - Osy.
8. Komedie czy dramaty? Co wolicie? - Zależy, jakie komedie i jakie dramaty ;)
9. Ulubiony kolor na jesień? - Fiolet.
10. Z czym kojarzy Wam się cyrk? - Z okrucieństwem.
11. Wymarzony kierunek podróży? - Japonia.

Teraz nominacje:

1. Buromi - temat o kocich gadżetach, ach, też mieliśmy w planach wpis o kubkach z kotami, o nieee! ;)

2. Efka - Bo lubimy bardzo twórczości Efki oraz jej Koty.

3. Kotowie - Bo mamy nadzieję na kontynuację opowieści o Paprysiu i Mufuni.

4. Wilbar&Wikko - Bo lubimy brytyjskich arystokratów.

5. Wiewiórka - Bo kumplujemy się wirtualnie z Hakerem.

6. Purrfidious - Za fantastyczną historię o kuwecie.

7. Z Kotami - "Z Kotami" to potęga fotoblogerska i nie potrzebują rozgłosu, ale nominujemy, bo mamy szacun dla umiejętności Fotografa.

8. Koci zaułek - Bo jakoś tam cicho i zastanawiamy się, czemu.

9. Brummig - Bo absolutnie podziwiamy krawiecki talent Autorki.

10. filhalandilas - Bo jesteśmy fanami ich fotografowania i prosimy o więcej zdjęć.

11 ...

A niech tam, reguły są po to, by je łamać. Niech będzie 10.

A teraz pytania do Szanownych Nominowanych, z zastrzeżeniem, ze jak nie chcą, nie muszą odpowiadać (Ona podpowiada, że to trochę jak Złote Myśli, kiedyś w podstawówce):

1. Kawa czy herbata?
2. Rower czy samochód?
3. Morze czy góry?
4. Koty czy psy? ;)
5. Czekolada mleczna czy gorzka?
6. Wino czy piwo?
7. Skowronek czy Sowa? (chodzi o porę wstawania :))
8. Blondyni czy bruneci? (wersja dla panów: Blondynki czy brunetki?)
9. Zwiedzanie czy opalanie? (na wakacjach oczywiście)
10. Woda z gazem czy bez gazu?
11. Boże Narodzenie czy Wielkanoc?

Ot, i to byłoby chyba na tyle. Pozostaje jeszcze powiadomić Nominowanych, ale to już chyba jutro. Nominowani powinni następnie zastosować się do opisanych wyżej reguł, ale jeśli np. nie chcą, to nie muszą.

Pozdr.
T.

poniedziałek, 29 października 2012

O ptaku z balkonu

W niedzielę byliśmy ze Stefanem bardzo bliscy zdobycia trofeum. Wstaliśmy dość późno, bo Ona przestawiła zegarek do tyłu. Bladym świtem dała nam jeść i poszła dalej spać, więc my z nią, a kiedy w końcu postanowiła zacząć dzień koło dziesiątej, udaliśmy się ze Stefanem pod okno balkonowe, żeby zobaczyć, co słychać na świecie.

Podchodzimy, wyglądamy ... i nie wierzymy własnym oczom. Na balkonie coś siedzi i patrzy na nas przez szybę. Ptak. Stefan zasugerował, że to turkwa w końcu spadła nam z drzewa, jednak ja byłem sceptyczny. Turkwy nie mają przecież żółtych irokezów i są duże, a to był jakiś miniaturowy skubaniec.

Zaczęliśmy Ją wołać, żeby nas wypuściła, żebyśmy mogli dopaść ptaka i sprawdzić, co za jeden. Przyszła, zapytała, czy chcemy na balkon (nie, no skąd, tak tylko sobie stoimy ...), już miała rękę na klamce, już otwierała drzwi, kiedy zauważyła ptaka i wstrzymała się. Jęknęliśmy w duchu z zawodu, bo zamiast pozwolić nam wyjść, wzięła aparat i dawaj robić mu zdjęcia.

Aż mnie skręcało, żeby obwąchać go z bliska, prosiłem ją więc i prosiłem, żeby otworzyła, a ona nic, dalej pstryka. Stefan po chwili dał za wygraną i oddalił się w stronę swojego ulubionego krzesła. Nie mogłem uwierzyć, jak można odpuścić okazję dorwania takiego kąska.

Niestety, mi też ostatecznie nie było dane go dopaść. Wygoniła nas ze Stefanem z pokoju i sama wyszła na balkon. Słyszałem, jak opowiadała potem przez telefon, że wzięła go na ręce, a on nic, łypie okiem i siedzi. Mówiła mu, żeby leciał, a on nic, dalej siedzi. Myślała, że już tak zostanie na długie godziny na balkonie, ze złożonymi dłońmi i siedzącym na nich ptakiem wczepionym w rękawiczkę, kiedy w końcu, pokręciwszy głową i łypnąwszy okiem, rozłożył swoje mini-skrzydła i poleciał.

....... :'-(

Następnej okazji nie przepuszczę.

Pozdr.
T.

środa, 24 października 2012

Taka strata

Minął już tydzień, a my ze Stefanem wciąż nie możemy się otrząsnąć. W najstraszniejszych koszmarach nie śniło mi się, że mogłaby to zrobić. Od jakiegoś czasu odgrażała się co prawda, że ma zamiar pozbyć się go, bo wielki i zawalidroga, pół pokoju zajmuje, a nikt prawie na nim nie siada (jak to NIKT, a ja?). Że trzeba mu znaleźć nowy dom, bo dopóki tu jest, nie można pokoju przemeblować, a przemeblować trzeba (a kto mówi, że TRZEBA?). Nie podejrzewałem jednak, że mówi poważnie.

Tymczasem Ona naprawdę to zrobiła. Sprzedała nasz fotel z lożą! Nie pytając nas o zdanie, nie konsultując z nami, po prostu go w zeszłą środę sprzedała.

Spędziłem tego dnia w loży sporo czasu, jakby przeczuwając, że coś się święci. Ostatnio trochę ją omijaliśmy. Stefan wolał krzesło, ja budę pod biurkiem. Loża stała zapomniana. Teraz, gdy jej nie ma, nie możemy odżałować, że tak ją zaniedbaliśmy.

Gdy Ona przyszła wtedy z pracy, zaczęła mruczeć, że znów krater wyleżeliśmy, a zaraz przyjdą po fotel i jak to teraz wyglądać będzie. Myślałem, że żartuje. Wyjęła odkurzacz, więc oddaliłem się do sypialni, bo nie lubię typa. Potem był harmider, otworzyły się drzwi, weszli jacyś ludzie, coś stuknęło, a gdy zapadła cisza i wyjrzałem z sypialni, okazało się, że fotela nie ma ....

Została po nim wielka pusta przestrzeń i narzuta. Dobrze, że zdążyłem się z nim tego dnia pożegnać. Stefan nie zdążył. Teraz podobno inne Koty wylegują krater. Podobno cztery na raz. A my nie możemy miejsca sobie znaleźć. Leżymy na sofie, którą Ona natychmiast przestawiła pod inną ścianę, ale to już jakby nie to samo. Zaczęliśmy robić krater w sofowej poduszce. Może z czasem zastąpi nam nieodżałowaną lożę, kto wie.

Mam nadzieję, że łączycie się z nami w bólu.

Pozdr.
T.

--------------------------------------------------------
PS. Konia z rzędem temu, kto zgadnie, kto jest na zdjęciu na drugim planie.


niedziela, 30 września 2012

Pod jej nieobecność

Ten weekend obył się bez wyjazdów, dzięki Bogu. To znaczy, my ze Stefanem nigdzie nie wyjeżdżaliśmy. Ona owszem, wyjechała. Na szczęście, serwis karmiąco-sprzątający przybył do nas w sobotę wieczorem i niedzielę rano, nie musieliśmy więc pakować manatków i znosić trudów podróży.

Proponowałem Stefanowi, żebyśmy pod jej nieobecność zaprosili tę Czarną z parteru na wieczór, skoro chata wolna. Stefan jednak nie poszedł na to. Stwierdził, że raz, że to nie wypada, bo nie znamy Czarnej osobiście, tylko przez okno, a dwa, że nie zapytaliśmy Jej przed wyjazdem, czy możemy kogoś zaprosić. Uważam, że to zbytek troski o konwenanse. Czarna przyszłaby jak w dym, a Ona nawet nie zauważyłaby, że był jakiś melanż.

W rezultacie spędziliśmy weekend przed telewizorem. W sobotni wieczór obejrzeliśmy "Mam talent", a w niedzielny poranek "Dzień Dobry TVN". Bardzo słabe programy. Nie dziwie się jej w sumie, że mało ostatnio ogląda. Straszna sieczka w tej naszej telewizji, nie ma na czym oka zawiesić. Przełączyliśmy ostatecznie na Animal Planet, by popatrzeć, jak koty w innych krajach sobie żyją. Dziś przed południem natomiast Stefan wyrwał mi pilota, zaczął skakać po tych sześciu kanałach, które mamy dostrojone i znalazł film o kangurach. Nie było już szans przełączyć na nic innego. Musiał obejrzeć historię o skaczących dziwolągach do końca.

Gdy wróciła, z miejsca skontrolowałem jej torbę. Miałem nadzieję, że coś nam z wycieczki przywiozła. Nic jednak nie znalazłem oprócz brudnych ciuchów i, jakże by inaczej, suszarki.

Mówi, że następny wyjazd najwcześniej w listopadzie. Mam nadzieję do tego czasu przekonać Stefana, abyśmy zaprosili Czarną nie bawiąc się w konwenanse.

T.

niedziela, 23 września 2012

Wrażenia

Nic nie wskazywało na to, że ta zwyczajnie zapowiadająca się sobota obfitować będzie w moc mocnych wrażeń.

Zaczęło się od wycieczki. Wstała skoro świt, wystawiła z szafy transportery i kazała nam do nich wchodzić. Tak byliśmy zaskoczeni, że nawet nie zdążyliśmy zaprotestować. Nie chciała powiedzieć, dokąd jedziemy. Po chwili wszystko jednak stało się jasne. Zabrała nas do faceta, który kiedyś robił nam ze Stefanem higienę jamy ustnej. Bardzo długo potem byliśmy nieprzytomni, a Stefan nawet nie zdążył do kuwety. Tym razem facet wymyślił, że będzie nas ważył i szczepił. Powiedział, że jesteśmy ze Stefanem grubi. Akurat! Szkoda, że nie mogłem mu powiedzieć "Chyba ty!". Na szczęście załatwił nas sprawnie i nawet bezboleśnie, nie licząc oczywiście bólu serca po usłyszeniu powyższej krzywdzącej nas obu opinii.

Zdążyliśmy wrócić, wyjść z transporterów i rozprostować kości, a tu puka jakiś typ w czerwonym kombinezonie i składa zażalenie, że dzwonek nie działa. Ona mu na to, że dzwonek nie działa od zawsze i mówi, by wszedł. Wyjrzałem z sypialni, żeby sprawdzić, co za jeden. Okazało się, że to monter. Przyszedł odinstalować żaluzje z drzwi balkonowych, a zamontować rolety. Pobiegłem do Stefana, żeby mu o tym powiedzieć. Stefan bardzo lubi szarpać żaluzję i wydawać wymowne odgłosy, gdy ona zapomni akurat udostępnić nam balkon. Jest w tym niezwykle skuteczny, drzwi zostają momentalnie otwarte, bo odgłos szarpanej żaluzji ponoć szarpie jej nerwy. Bardzo się więc zmartwił, gdy usłyszał, że żaluzje zostały zdemontowane. Powiedział, że przy najbliższej okazji sprawdzi, czy da się szarpać roletę. A monter bardzo sympatyczny, małomówny, za to robotny. Przypilnowałem mu butów.

Najciekawsze było jednak ciągle przed nami. Po południu dała nam obiad i poszła sobie. Nie było jej sporą chwilę, a gdy wróciła, okazało się, że ciągnie gości. Przyszła Podwładna szarej Rozalki, która ostatnio wizytowała nas z małym, szczekającym psem. Tym razem przybyła w towarzystwie nieznanego nam wcześniej Kota.


Od razu rzuciło mi się w oczy jego uderzające podobieństwo do Stefana, jednak Stefan odżegnuje się od jakiegokolwiek pokrewieństwa z wyżej wymienionym. Tak czy inaczej, niby przyszedł w gości, ale w ogóle nie chciał się z nami integrować. Zaszył się pod łóżkiem, potem pod stołem w dużym, a kiedy próbowałem zbliżyć się do niego w pokojowych zamiarach, przedstawić się i zagaić, nasyczał na mnie i nawarczał. Ona skwitowała to stwierdzeniem, że wszystkie Koty się mnie boją. Akurat!

Podsłuchałem, że w przyszły weekend znów gdzieś wyjeżdżamy. Ech, męczą mnie już te podróże. No i pogoda nie zachęca do spacerów ...

T.

poniedziałek, 10 września 2012

Kot, który spacerował

Wróciła wczoraj wieczorem do domu i mówi, że widziała faceta z Kotem na smyczy w centrum Gdańska. Była na spotkaniu towarzyskim, siedziała w lokalu gastronomicznym, jadła coś i piła zerkając przez okno. Nagle patrzy, a na pobliski skwerek zmierza facet z Kotem na ramieniu (ja nigdy nie daję się brać na ramię, Stefan owszem). Po dojściu na trawnik zrzucił Kota z ramienia i wtedy okazało się, że Kot wyposażony jest w szelki i smycz, jak, nie przymierzając, pies jakiś.

Kot i jego facet zaczęli spacerować po skwerze. Kot co rusz przystawał, by wąchać trawę. Facet też przystawał popuszczając trochę smyczy z automatycznego podajnika. Zainteresował się nimi nawet leżący pod krzakiem stały bywalec skweru. Wyszedł ze swojej kryjówki i podążał ich śladem, cały czas trzymając się jednak w bezpiecznej odległości kilku kocich kroków.


Ona mówi, że ten Kot wcale nie bał się spacerować (no ba, bo wszystkie Koty są odważne!). Co więcej, nie przeszkadzało mu, że jego facet założył mu szelki. No to już niepojęte! Pamiętam, że ona kiedyś próbowała nam ze Stefanem zakładać szelki. Stawiliśmy czynny opór, a gdy to nie pomogło, przeszliśmy na bierny. Ubrani w szelki przewracaliśmy się na podłogę udając nieżywe Koty. To ją definitywnie zniechęciło do eksperymentów z szelkami.

Myślę sobie jednak, że to nie taka głupia sprawa - wyjść na spacer. Można byłoby zaznajomić się z tą czarną z parteru, która obserwowała nas siedzących w transporterach, gdy jechaliśmy na urlop. Poskakać po maskach samochodów zostawiając na nich piaszczyste ślady łap. Zrobić siku do piasku pod cudzym oknem zamiast do żwirku w swojej kuwecie. Pójść pod lipę przy balkonie i poczekać, aż spadnie z niej jakaś turkwa. Albo chociaż piórko trukwy. Życie od czasu do czasu okraszone spacerem mogłoby być całkiem przyjemnie urozmaicone. Tylko te szelki ... ech.

T.

poniedziałek, 3 września 2012

Gdzie koty są szczupłe i szczęśliwe

Wszystko, co dobre, szybko się kończy - powiedziała, kiedy przyjechała, żeby zabrać nas z urlopu w zeszłą niedzielę. Nie wiem, czy tak znowu szybko i czy takie dobre. Co prawda, na urlopie mieliśmy do dyspozycji znacznie większą kwaterę i obszerny balkon, jednak musieliśmy znosić fochy Dzidki i korzystać z nią ze wspólnej kuwety. Nie jestem więc pewien, czy urlop wyszedł nam ostatecznie na plus, czy na minus. Być może wyszedł na zero.

Ona natomiast była na urlopie, który ocenia zdecydowanie na plus. Co prawda mówi, że po powrocie szybko ją życie dopadło, cokolwiek miałoby to znaczyć, jednak jednocześnie przyznaje, że cel jej urlopu został osiągnięty. Miała zamiar wrócić w innym kolorze. I wróciła. Ledwie ją poznaliśmy, bo jak żyjemy w takim kolorze jej nie widzieliśmy. To podobno nie jest zbyt zdrowe, ale twierdzi, że była rozsądna. Akurat, ona rozsądna...

W każdym razie, wspominała nam co nieco o miejscu, w którym była. Opowiadała zaskakujące historie o tym, że koty są tam szczupłe (phi!), maja szczęśliwe dzieciństwo, żyją pod chmurką i nie jest im zimno, zamiast drapaka mają palmę (to takie drzewo, które, jak dobrze pójdzie, wyrośnie u nas w doniczce na parapecie kuchennym, liczę więc, że sobie podrapię), a jeśli dobrze się ustawią, dostają na śniadanie jajecznicę (szkoda, że nie umiałem się tak ustawić, gdy A. tu bywał - ponoć robił pierwszorzędną jajecznicę). Co więcej, wspominała coś o kotach, które pływają tam w jeziorze i mają łapy jak żaba. To już zupełne wariactwo, przyznacie, niedorzeczna historia, składam ją na karb udaru słonecznego, jakiego musiała doznać zmieniając kolor. Tym bardziej, że widziała je tylko na obrazku.

Zdjęć tych kotów zbyt wielu nie przywiozła. Mówiła, że za szybko się ruszały. Akurat, złej baletnicy to wiadomo, co przeszkadza. Zdjęć nie przywiozła, jajecznicy nie przywiozła, za to przywiozła nam worek kamieni. Że niby takie ładne i sama je zbierała na plaży.....


T.

środa, 15 sierpnia 2012

Urlop

Dziś zupełnie wbrew naszej woli wyjechaliśmy ze Stefanem na urlop. Nie składaliśmy wniosków o urlop, ale właściwie mogliśmy się spodziewać, że coś takiego nastąpi, kiedy zobaczyliśmy, że ona wyjęła dużą czarną walizkę. Zaczęła do niej pakować pół swojej szafy i pół łazienki oraz oczywiście suszarkę. Ledwo zdążyłem wskoczyć i spenetrować wnętrze, zanim ją zapakowała po dach. Stefanowi już się nie udało. Próbowaliśmy jeszcze dostać się do środka dziś nad ranem, ale krzyczała na nas, że to nie nasza walizka i wywaliła nas za drzwi. Daliśmy więc spokój.

Potem nastąpiło najgorsze. Wydobyła z szafy transportery, perfidnie zamknąwszy wcześniej drzwi do sypialni, żebyśmy nie uciekli pod łóżko i zapakowała nas do środka, najpierw Stefana, potem mnie. Protestowałem, ale na próżno. Zniosła nas przed dom, gdzie musieliśmy na chodniku czekać, aż porozmawia z sąsiadami. Jakiś czarny kot nie spuszczał z nas wzroku, trzymając się w bezpiecznej odległości.

Pojechaliśmy w końcu. Na urlop wyruszyły z nami, nie wiedzieć czemu, dwie rośliny - bazylia i mięta. Nie wyruszyła za to kocimiętka, którą niedawno odkryłem na kuchennym parapecie i którą uwielbiam miażdżyć głową. Obłędnie pachnie ...

Na urlopowej kwaterze od razu odkryłem, że w wersalce jest schowana Dzidka, ta, która z nami kiedyś mieszkała. Wychodzi więc na to, że ona jest na permanentnym urlopie, cwaniara. Otoczyliśmy ją ze Stefanem nie zważając na jej warki. Stefan wszedł do wersalki i pomógł mi ją z wnętrza wykurzyć. Wtedy zameldowałem się tam i już zostałem, podczas gdy Stefan biegał jak głupi po kwaterze. Podobno skonsumował Dzidce rybę, która była schowana w zamkniętym pojemniku.

Słyszałem, jak Ona mówiła, ze schowałem się w wersalce, bo się bałem i źle zniosłem wyjazd na urlop. Nic bardziej mylnego. Byłem po prostu bardzo zmęczony podróżą. Musiałem wypocząć, by dzielnie znieść czekające mnie trudy urlopu. I tyle.

Do usłyszenia po urlopie!

T.

sobota, 21 lipca 2012

Kot Felicjan [*]


Kot Felicjan przeżył u Pana T. cztery szczęśliwe lata. Od dziś nie ma go już z nami.

poniedziałek, 9 lipca 2012

Polowanie

Upolowałem sobie niedawno pióro. Poszedłem na balkon, patrzę, leży. Zaczaiłem się więc i znienacka dałem susa, chwyciłem je łapami, przytrzymałem ... Nie broniło się wcale. Pachniało ptakiem. Przyniosłem je sobie do wewnątrz i zacząłem podrzucać, trącać i wydawać tryumfalne okrzyki. Byłem dumny, że je upolowałem.

Ona wyjrzała z kuchni i zapytała, co tam mam. Powiedziała, że pióro jest na pewno brudne i przenosi choróbska. Chciała mi zabrać. Nie dałem. Broniłem pazurami. W końcu dała za wygraną, ale zamiast tego zaczęli mnie oboje ganiać z aparatem. Nie miałem jednak najmniejszego zamiaru pozować podczas aktywności fizycznej.


Pióro jest absolutnie fantastyczne, dostarcza niesamowitej rozrywki oraz zapewnia dużo ruchu. W kwestii atrakcyjności może mierzyć się z nim tylko jeden gadżet, który postaram się opisać wkrótce. Co prawda już trochę mi się znudziło, wiadomo, urok nowości minął, ale wciąż do niego wracam od czasu do czasu.

Tymczasem dziś rano wyśledziliśmy ze Stefanem, do kogo pióro owo oryginalnie należało. Ona wstała o bardzo nieprzyzwoitej porze, ponoć postanowiła zdobyć miejsce parkingowe pod samym oknem swojego służbowego pokoju, a tego można dokonać tylko o godzinie 07:20. Wypuściła nas więc ze Stefanem bladym świtem na balkon. Trochę byliśmy zmęczeni, bo chwilę wcześniej waliliśmy łapami w zamknięte drzwi sypialni, ale co tam, poszliśmy, siadamy, patrzymy, a na lipie jakiś harmider. Ptak. Siedzi na lipie i odłamuje gałązki. Z odłamaną gałązką udaje się na sąsiednią lipę. Tam coś chachmęci i wraca na tę pierwszą. I tak w kolo Macieju.

Byliśmy ze Stefanem poruszeni. Co tam pióro. Upolować takiego ptaka - to dopiero byłby wyczyn.


Ona po chwili przyszła i, widząc nasze poruszenie, poinformowała nas, że to jest turkwa. Buduje gniazdo. Czekamy więc na małe turkwy z małymi piórkami .... Mrrr.

T.


środa, 20 czerwca 2012

Niestosowne zachowanie

Ponoć nie wszystkie Koty mają tak dobrze jak my. Ona często nam to powtarza, strasząc przy okazji oddaniem do schroniska, gdy zachowujemy się niestosownie, według niej oczywiście, bo uważamy ze Stefanem, że zawsze zachowujemy się w miarę stosownie.

Według niej niestosowne zachowanie polega na przykład na narzyganiu na chodniczek w przedpokoju. Zawsze zastanawiam się, co odpowiedzieć na pytanie: "A nie mogłeś narzygać na podłogę!?" No, oczywiście, że nie mogłem, Kot nie wybiera miejsca, w które rzyga, to po prostu silniejsze od niego.

Niestosowne zachowanie to też nadgryzanie roślin doniczkowych. Ja już dawno się tym nie zajmuję, w końcu jestem mięsożercą z krwi i kości. Jednak Stefan ma na swoim koncie pietruszkę naciową, którą ona kupiła, by urozmaicać nią zupę pomidorową i soczewicę z curry. Zupełnie odbiło mu na punkcie tej pietruszki, pytałem nawet, co w niej widzi, ale nie potrafił wyjaśnić. Mówił, że to jest jak nałóg. Ostatnio został też przyłapany na gryzieniu maciejki, którą ona zasiała na balkonie. Ponoć ma obłędnie pachnieć, o ile oczywiście Stefan jej wcześniej nie skonsumuje. Pożyjemy - zobaczymy.

Niestosownym zachowaniem jest też memlanie ucha siatki foliowej, w której zostały przyniesione zakupy z Biedronki (wino, popcorn do mikrofali, łosoś norweski, migdały, Rooibos miód i wanilia, kiełbasa Gospodarza - się powodzi, nie?). Memlam ja. Bo lubię i nie przepuszczę żadnej siatce. Czasem tak wymemlam, że aż połknę i wtedy wracamy do punktu pierwszego dzisiejszej historii.

Niestosownych zachowań można byłoby wymienić jeszcze kilka, oczywiście żadne z nich nie jest tak naprawdę niestosowne z Kociego punktu widzenia. Wszystkie mieszczą się w kanonie Kocich zachowań i nikt nie powinien mieć o nie pretensji. Jednak ona każe nam wtedy zastanawiać się nad sobą i mówi, ze nie wszystkie Koty mają tak dobrze jak my, że jesteśmy niewdzięczni i tak dalej. Mówi, żebym sobie przypomniał, jak się szwendałem po podwórku i miałem chory ogon, a ona mnie wzięła i przygarnęła. Nic nie pamiętam. Pewnie to wyparłem.

No ale, enyłej, ona mówi, ze jakaś dziewczyna, która nie ma tak dobrze, szuka domu, więc oddam jej klawiaturę i się żegnam tymczasem.
Pozdr.

T.

-------------------------------------------------------------------------------

Otóż, jest kotka, która bardzo pilnie szuka domu, młoda, ładna, sympatyczna, mrucząca, przyjacielska, wysterylizowana, zamieszkała w Trójmieście, tymczasowo przygarnięta, jednak nie może zostać w domu tymczasowym na stałe. Pomożecie?



Pozdr.
x_e

wtorek, 15 maja 2012

Same oszczerstwa

Nie było nas tu chwile, gdyż byliśmy zajęci. Sprzątaliśmy, praliśmy i myliśmy okna. Stefan bywał też pochłonięty nałogową konsumpcją pietruszki naciowej z doniczki na kuchennym parapecie, ja przymierzałem się do występu w filmie krótkometrażowym, a ona robiła wypieki. Do tego absorbowało nas ostatnimi czasy podejmowanie gości.

Najpierw przyszła w odwiedziny G., Podwładna szarej Rozalki, tej arystokratki brytyjskiej. Niestety, Rozalka tym razem nas nie zaszczyciła, nad czym bardzo ze Stefanem ubolewaliśmy. Lubimy takie poważne, nieśmiałe dziewczyny o dużych oczach. Okazało się natomiast, że Rozalka ma przyrodnie rodzeństwo, o którym nie mieliśmy pojęcia, a które przybyło tym razem w odwiedziny razem z G. Ona twierdziła, że to był pies, ale trudno nam w to uwierzyć. Co prawda, pies Niuniek dawno nas już nie odwiedzał, ale przecież pamiętamy go doskonale. Jest ze trzydzieści razy większy. W życiu nie zmieściłby się u nikogo pod pachą. Poza tym pies Niuniek wydaje zdecydowanie mniej odgłosów, niż ta Calima (bo tak jej było). Tak czy inaczej, pies czy nie, nie chcieliśmy ze Stefanem z nią rozmawiać i oddaliliśmy się z godnością do sypialni. Ona powiedziała jej Podwładnej, że uciekliśmy, bo się baliśmy, ale oczywiście było to zwykłe oszczerstwo. Przecież ta Calima była mniejsza nawet od Stefana, do licha!


Na długi weekend przyjechał kot Edek z Tczewa. Podobno nie jest już z Tczewa, podobno stał się gdańszczaninem i mieszka w okolicy, w której produkują śmietanę. Jakoś nie widać różnicy. Nic się nie zmienił, tak samo awanturuje się i skacze każdemu przechodzącemu Kotu na plecy. Na drugi dzień po przyjeździe próbował nas ze Stefanem przepędzić od misek ze śniadaniem. Oddaliliśmy się szybko i z godnością, oczywiście do sypialni, żeby z nim nie rozmawiać. Niech ma satysfakcję. Potem, jak zadzwoniła jego Podwładna, ona znów powiedziała, że uciekliśmy, bo się baliśmy. To naturalnie kolejne oszczerstwo. Nie mieliśmy po prostu ochoty na przepychanki z tym gościem.

Oprócz tego odwiedza nas ostatnio A., który uparł się, by uczyć mnie skoków z kuchennego krzesła. Nie dociera do niego, że skakanie mam dawno opanowane i to nie tylko z krzesła, ale nawet z parapetu. Twierdzi, ze trochę ruchu dobrze mi zrobi, bo rzekomo jestem za gruby (Stefan zresztą też). Nie muszę chyba dodawać, że to znowu oszczerstwo. Przecież dbamy ze Stefanem o linię, codziennie rano biegamy i gonimy się, raz ja Stefana, raz Stefan mnie. Postanowiłem jednak, że na razie nie będę protestował. Zniosę nawet to, że A. nie pozwala, żeby ona dawała mi ser żółty i wędlinę. Będę siedział cicho, bo jest szansa, że zatrudni mnie do filmu. jestem już po zdjęciach próbnych i bosko wypadłem. Myślę, że mam spore szanse na karierę w szołbiznesie.

Trzymajcie kciuki, w każdym razie.
Pozdr.

T.

niedziela, 15 kwietnia 2012

Nowe

Nie, nie jest tak, że zarzuciłem pisanie, bo nie mam nic więcej do powiedzenia lub znudziło mnie dzielenie się z Wami moimi spostrzeżeniami na temat otaczającego mnie świata. Nic z tych rzeczy. Powód jest prosty. Od miesiąca nie mogę dopchać się do laptopa. Ona zajmuje go do późnych godzin nocnych i pisze, czyta, pisze, czyta, pisze, czyta ... i tak na okrągło. A jak akurat nie pisze i nie czyta, to albo jej nie ma, albo jest, ale mówi, że jest zajęta i każe nie przeszkadzać, albo śpi i nie mogę jej dobudzić, żeby mi włączyła laptopa.

Dziś mi się jednak udało, chociaż przez chwilę zwątpiłem, czy zdołam coś nastukać, jak znienacka wyłączyli prąd. Wszystko jednak wskazuje na to, ze wreszcie mam swoje pięć minut, więc spieszę donieść Wam, co u nas.

Zapewne w to nie uwierzycie, ale stało się. Drapak, kupiony z okazji Nowego Roku, doczekał się swej premiery na Wielkanoc. Nie trwało to co prawda pół roku, jak swego czasu prognozowałem, jednak co do drugiej poruszonej wtedy kwestii ani trochę się nie pomyliłem.

Nowe stało się wrogiem starego. Nowy drapak jest nudny. Przylega do ściany. Nic z niego nie wystaje, nie zwisa, nie powiewa. Nie można się z impetem powiesić na wyszarpanych farfoclach, nie można też fantazyjnie założyć ich sobie na głowę, by ukryć się podczas polowania na Stefana.

Tęsknimy ze Stefanem za starym drapakiem. Na nowy prawie nie spojrzymy, nawet gdy ona psika go kocimiętką. Zdajemy sobie sprawę, że Instalator zadał sobie wiele trudu, by go nam zainstalować. Oczywiście w głębi serca bardzo to doceniamy. Ona mówi, że ma przez drapak nagrabione u sąsiadów z powodu wiercenia wiertarką w Niedzielę Wielkanocną, czego ponoć czynić nie należy. Tym bardziej jest nam przykro.

Ocierając łezkę w oku zamieszczam jeszcze raz zdjęcie starego drapaka - ku pamięci. Nie wiem, ile wysiłku będziemy musieli ze Stefanem włożyć w to, by doprowadzić drapak do stanu używalności. Z poprzednim zajęło to nam i Dzidce w sumie siedem lat, więc - trzymajcie za nas kciuki.

T.

niedziela, 18 marca 2012

Ogon Stefana

Zauważyłem ostatnio, że Stefan nie jest do końca w zgodzie z własnym ciałem. Nie jestem pewien, czy to jakiś głębszy i poważniejszy problem i czy powinienem się o niego martwić, czy może to tylko chwilowe zaburzenie i samo mu przejdzie bez śladu.

Tak czy inaczej, Stefan wydaje się mieć wątpliwości, czy jego własny ogon rzeczywiście jest jego własnym. Nie wiem, jak to w ogóle jest możliwe. Ja na przykład jestem absolutnie pewien swojego ogona (ona mówi, że mam jego przeprost, nie wiem co może mieć na myśli). Jestem też absolutnie pewien swoich łap i uszu oraz futra, co więcej, jestem z nich po prostu dumny.

A Stefan ... Stefan ma problem. No bo jak inaczej to wytłumaczyć? Siedzi sobie spokojnie, patrzy przed siebie, albo dla odmiany myje futro (to akurat dobry objaw, słyszałem o takich kotach, które tego nie robią), wydaje się, że wszystko jest w zupełnym porządku, kiedy nagle, ni stąd ni zowąd, spogląda na koniec swojego ogona, jakby go nie rozpoznawał. Jego mina mówi: "O jacieeee, co to do licha jest?!" i, wyobraźcie sobie, rzuca się na swój własny koniuszek ogona z zamiarem schwytania go.

Nie muszę chyba dodawać, że ogon nie daje się schwytać, bo im bardziej Stefana łapy zbliżają się do niego, tym bardziej ogon się od nich oddala. To chyba oczywiste, Stefan jednak zdaje się nie rozumieć ani tego, ani tego, że na część swojego ciała polować nie należy, bo i po co? I kręci się w kółko jak szalony, dopóki mu się nie znudzi. Wtedy odpuszcza ogonowi i wraca do przerwanych czynności - patrzenia przed siebie lub mycia futra.

Nie rozumiem, o co mu może chodzić. Myślicie, ze to coś poważnego?
Pozdr.

T.
-----------------------------------------------------
PS. Następnym razem, gdy Stefanowi znowu zacznie odbijać na punkcie ogona, powiem jej, żeby nakręciła film, zobaczycie sami, co ja mam z tym Stefanem ....


wtorek, 28 lutego 2012

Froterka

W oczekiwaniu na hydraulika froterowałem dziś trochę podłogę w kuchni, żeby nie było wstydu, jak przyjdzie i zobaczy, jak tu u nas nieposprzątane. Ona sprząta tylko, jak się gości spodziewa, więc sami rozumiecie, co ja tu czasem mam. Muszę dbać, żebyśmy ze Stefanem nie stracili twarzy.

[uwaga, tu jest video, długo się ładuje, uprasza sie o cierpliwość .....]

video

Ona twierdzi, że to my ze Stefanem tak brudzimy, myślę jednak, że jest to z jej strony spore nadużycie. Zdarza nam się co prawda wysypać dwa, no może trzy ziarenka żwirku poza kuwetę, ale kto by tam się tym przejmował. Czym są dwa ziarenka żwirku wobec tego zalewu piachu i błota, którą oni przynoszą zza drzwi wejściowych.

Z moich obserwacji wynika, że najbardziej brudzi pies. Potem brudzi ona. Potem brudzą jej goście. Ona czasem mówi, że ten piach cały to chyba wyrasta spod ziemi, bo co odkurzy, on znów jest. Ja jednak uważam, że nic nie dzieje się bez przyczyny. Na przykład: zakłada buty rano, a potem się jej przypomina, że nam kulek nie dosypała do misek na cały dzień. I idzie do kuchni, a za nią piach.

A potem ja muszę froterować.

pzdr.

T.
---------------------------------------------------------------------
PS. Hydraulik przyszedł. Wiem, że powinienem nadzorować prace naprawcze, jak to zazwyczaj robię, bo jeszcze gotów coś spartolić. Tym razem jednak wolałem wycofać się na z góry upatrzone pozycje i obserwować go z pewnej odległości. Na pewno nabrudzi. Trzeba będzie froterować....

piątek, 17 lutego 2012

Prezent na Dzień Kota

Prawdę mówiąc, byliśmy ze Stefanem więcej niż pewni, że ona da plamę i nic nam nie sprawi na Dzień Kota. Żadnej niespodzianki, prezentu, upominku, najmniejszej nawet futrzanej myszki, nie mówiąc już o tych przepysznych puszkach z tuńczykiem za 3,79 zł sztuka, które mogłaby nam w końcu znów kupić, tak dawno ich już nie mieliśmy ....

Byliśmy pewni, że całkiem zapomniała. Rano wiadomo było, że nic nie dostaniemy, bo nie dość, że za późno wstała, to jeszcze powiedziała, że nie wie, w co się ma ubrać i zajęło jej to kupę czasu, żeby się dowiedzieć. Co za różnica, w co się ubrać? Potem cały dzień jej nie było, a jak wreszcie przyszła wieczorem, to z pustymi rękami. To znaczy, ręce miała zajęte, co prawda, ale nie było w nich prezentów dla Kotów, tylko ludzkie żarcie i mazidła oraz psikadła. "Beznadziejnie" - pomyślałem. Dla porządku zażądałem śmietany, jak robiła kolację, a potem poszedłem spać nie chcąc nawet myśleć, co mogły dostać na Dzień Kota inne Koty, mające lepszych podwładnych.

Tymczasem ... okazuje się, że miała jednak dla nas niespodziankę. Zwracamy jej ze Stefanem honor, tym bardziej, że mówi, że wolałaby już dawno pójść spać, bo już ją wszystko boli od tego siedzenia i klikania w komputer. Mimo to siedzi i klika ... i wyklikała nam fanpejdż na Facebooku!

A już myślałem, że się ze Stefanem nie doczekamy i do końca życia będziemy tylko mogli słuchać o tym, jak inne Koty dostają lajki, lansują się, maja fanów ...

Mówi, że fanpejdż na razie pusty, bo już naprawdę wszystko ją boli, nawet głowa, ale że zobowiązuje się go szybko zapełnić.

Wpadajcie więc i lajkujcie nas na Facebooku! Pierwszego fana już mamy ;)

Pozdr.

T.

czwartek, 9 lutego 2012

Drzewo

Mamy w domu drzewo iglaste. Ona sprawiła je nam już prawie dwa miesiące temu, przyniosła w fajnej nylonowej siatce z okami, którą lubię gryźć, postawiła w dużym i zawiesiła bombki i światełka.

Specjalnie się drzewem ze Stefanem nie interesowaliśmy, bo z poprzednich lat wiemy, że to żaden fun. Nie można się na nie wspinać, jak to robi nasz kuzyn z Lublina, Oskar, bo ona kupuje za małe okazy. Jako kot słusznego wzrostu nie będę przecież wygłupiał się i ryzykował upadku z niestabilnego, małego drzewa. Musiałbym na głowę upaść ... Szybko odkryliśmy też ze Stefanem, że nie da się tłuc bombek, co również czyni Oskar, bo ona kupiła już dawno temu bombki plastikowe. Taką bombkę można co najwyżej zdjąć i po cichu pokulać pod stół, jednak o spektakularnym tłuczeniu można sobie jedynie pomarzyć.

Żeby nie było, nadzorowaliśmy ze Stefanem ubieranie drzewa, sprawdziliśmy, czy równo wiesza i czy żadnej bombki nie dyskryminuje wieszając ją z tyłu. Potem się trochę pod nim pokręciliśmy, bo tam czasem można znaleźć prezenty, ale, jak już wspominałem, nic tam dla nas nie było. Ledwie się drapaka później doprosiliśmy. Ech, szkoda gadać.

Tak czy inaczej, wszyscy inni ludzie wyrzucają swoje drzewa dosyć szybko. W ogóle się z nimi nie cackają. Drzewo zrobiło swoje, drzewo może odejść. Tymczasem nasze drzewo stoi do dziś. Mało tego, wygląda na to, że chce zostać przynajmniej do wiosny, bo wysunęło zielone macki.

Ciekawe, co będzie, jeśli drzewo postanowi zostać na dobre ... Może urośnie na tyle, że będzie się można po nim wspinać. Wtedy może uda się rozbić którąś z plastikowych bombek - może zrzucona z dużej wysokości, spektakularnie się rozpryśnie?

Załączam Wam zdjęcia poglądowe - drzewo zeszłoroczne, które stało ledwo dwa tygodnie ...



...i tegoroczne, któremu się chyba wydaje, że jest w lesie.



Pzdr.

T.

--------------------------------------------
PS. Patelnia nie przyczyniła się w żaden sposób do śmierci zeszłorocznego drzewa. A tegoroczne niestety nie urośnie, bo nie ma korzeni :(
x_e

środa, 1 lutego 2012

Literatura

Ona chodzi czasem z tą drugą, co ją niby przez nas skóra swędzi, do jakiegoś takiego miejsca, gdzie mówi, że się pije kawę i herbatę i czyta książki, które tam stoją na półkach.

Nie wiem, czy to dobry pomysł, czytać nie swoje książki pijąc jednocześnie kawę czy herbatę. Można przecież oblać książkę albo, co gorsza, umazać ją ciastem, bo słyszałem, że ciasto też tam bywa jedzone.

Nie wiem w ogóle, czy to dobry pomysł chodzić gdzieś, żeby pić tę kawę i czytać książki, skoro można to robić w domu. Ma przecież cały regał różnych książek, to co, nie może sobie zrobić tej kawy, czy nawet herbaty rooibos (ona mówi, ze to nie herbata), wziąć z regału książki i poczytać w spokoju, bez włóczenia się? Ma tyle książek, które kupiła i nigdy nie przeczytała, że na wiele jeszcze seansów z kawą i herbata wystarczy.

No ale enyłej, z ostatniej wyprawy tamże przytargała takie dzieło, jak widać na zdjęciu. Tłumaczyła się, że chciała wybrać bardziej ambitną pozycję, o jakiejś pianistce. Ta druga jej jednak powiedziała, że tamto niestrawne, a że druga sponsorowała, to i prawo głosu i ostatnie słowo pewnie miała.

Wydaje mi się, że ta książka to literatura prosta, łatwa i przyjemna. Martwiłbym się o nią i jej gusta literackie, gdyby nie to, że widziałem, że jednocześnie czyta taką grubą cegłę o tym facecie, co nadgryzł jabłko. Mówi, że z tej cegły dowiedziała się miedzy innymi, że on się nie mył. Nie rozumiem, jak to może być. My ze Stefanem myjemy się kilka razy dziennie, czasem nawet w trakcie zabawy przystajemy, żeby umyć nogę lub ogon. Nigdy nie zaniedbujemy higieny osobistej.

Ech, ci ludzie. To jakiś gorszy gatunek ....

pozdr.

T.

--------------------------------------------------------------------------
PS. A miejsce, w którym xmas_eve pije rooibosa i czyta książki wraz z M. i z innymi koleżankami czasem, to oczywiście Bookarnia.
x_e

poniedziałek, 23 stycznia 2012

Pies Pawłowa

Chyba Wam już kiedyś pisałem o kocimiętce, nie? Że ona nam psika nią drapak, żebyśmy się bardziej cieszyli z jego użytkowania, kulali się wokół niego i szarpali go pazurami.

Nie wiem, co jest z tą kocimiętką, ale coś na pewno, bo odlot po niej jest gwarantowany. Mam nadzieję, że to nie jest nielegalne, może w Sejmie RP też sobie nią co nieco psikają. Ja w każdym razie bardzo lubię się sztachnąć.

Ona niestety nie zawsze pamięta, żeby nam regularnie psikać drapak, dlatego staram się jej przypominać. Kocimiętka ma swoja kryjówkę w najniższej szufladzie, w której ona trzyma tez przeterminowane kulki dla kotów i kupę innego śmiecia (co ją otworzy, to powtarza, że musi tu posprzątać, ale wiadomo - słomiany zapał szybko wygasa).

W związku z tym bałaganem rzadko zagląda do tej szuflady. Wykumałem jednak już jakiś czas temu, że szuflada może otworzyć się przez przypadek. Otóż, nawrzucała kiedyś za dużo torebek z ryżem i makaronem do szuflady piętro wyżej tak, że wypadło dno. I kiedy otwiera szufladę z torebkami, to, za sprawą spaczonego dna, otwiera się też ta z kocimiętką.

W spaczonej szufladzie, oprócz makaronu i ryżu, zawsze mieszkała sól w słoiku. Ona nie soli za wiele, bo mówi, że sól to biała śmierć czy coś, ale ma dziwny nawyk solenia wody, w której będzie się gotowało jajo (uwielbiam, na twardo!). Mówi, że skorupka mu wtedy nie pęka. Jajka gotuje często, więc gdy tylko widzę, że wyciąga jajko z lodówki i ładuje je do tego przypalonego kubeczka, lecę jak głupi i siadam przy szufladzie, bo wiem, że będzie wyciągała sól i przy okazji otworzy się szuflada z kocimiętką.

Ostatnio jednak coś się zmieniło. Widzę, że wyciąga jajko z lodówki, lecę, siadam koło szuflady, czekam, że się otworzy ... A ona wyciąga sól z zupełnie innej szafki ... I chociaż już od miesiąca wyciąga tę sól z szafki, ja ciągle biegnę, jak widzę jajko ... Co jest grane?

Ona mówi, że jestem pies Pawłowa. Nie wiem, ki diabeł ten Pawłow, pewnie, skoro ma psa, to jakiś spoko ziom, ale ja na bank nie jestem żadnym psem. Myślę, że po prostu jestem bystry. I inteligentny.

Pozdr.

T.

poniedziałek, 16 stycznia 2012

Wyjazd

Mówiła coś wczoraj, że będziemy się pakować i wyjeżdżać, ale prawdę mówiąc, nie wierzyłem. Myślałem, że żartuje, tym bardziej, że wcześniej nic nie wspominała o żadnych wyjazdach. Jednak gdy wczoraj wieczorem przyszła z transporterem, który długo był nieobecny po tym, jak Dzidka w nim wyjechała, domyśliłem się, że coś się jednak święci.

Dziś przyszła z fabryki i dla zmyłki dała nam saszetkę. Nie smakują mi te z wołowiną, mówię jej, ale ona nic, każe jeść i krzyczy, że albo zjem, albo nic innego nie dostanę, no to jem, bo co mam zrobić. Kiedy jedliśmy, cichcem spakowała saszetki (na szczęście z kurczakiem, chyba sobie jednak wzięła do serca), kulki i miski. Myślała, że jemy i nie widzimy, ale ja podglądałem jednym okiem, co robi.

Potem wyjęła drugi transporter i zamknęła sypialnię, żebyśmy nie mogli się schować pod łóżkiem (perfidna jest). Stefan, łazęga, poddał się bez walki, coś tam mamrotał, ale w ogóle nie oponował, dał się zapakować, cienki jest. Ja zastosowałem bierny opór, żeby nie było potem, że się stawiam. Na nic jednak, była nieugięta, kazała wchodzić bez gadania. No to wszedłem, nie chciałem robić jej przykrości.

Na dworze zimno jak w psiarni. Na szczęście nie jechaliśmy daleko i na szczęście nie do weterynarza. Tak jak przypuszczałem, pojechaliśmy do Dzidki. Zrobiłem szybki obchód całej miejscówki, zlokalizowałem Dzidkę w wersalce i uprzejmie zasugerowałem, żeby sobie poszła. Ostatecznie, Dzidka ma teraz wersalkę na co dzień, my ze Stefanem możemy co najwyżej liczyć na pudełko po butach albo torbę. Dlatego musimy korzystać, ile tylko się da.

Podobno zostajemy na trzy dni. Ona jedzie do Lublina, rodzinnego miasta Stefana. Stefan był trochę niepocieszony, że go nie zabiera, ale chyba nie dało rady się tym razem przejechać na krzywy ryj. Ona mówi, że jedzie w smutnej sprawie. Nic tam po Kotach.

Oby szybko wróciła.
Pozdr.

T.
-------------------------------------------------------

PS. A xmas_eve siedzi w domu bez Kotów i jest jej jakoś ... niewyraźnie.
x_e

czwartek, 5 stycznia 2012

Nowe wrogiem starego

Z Nowym Rokiem, jak wiadomo, pojawiają się nowe plany, aspiracje i nadzieje. Postanowienia noworoczne są robione, niektóre takie same, jak roku poprzedniego, inne całkiem nowe, jeszcze nie używane. Niektórzy postanawiają schudnąć, inni rzucić palenie, jeszcze inni pójść po rozum do głowy. I takie tam. My ze Stefanem nic nie planujemy. Co ma być, i tak będzie, więc po co się stresować na zapas. A nuż nie wypali i wtedy co? Smutek. Poza tym, po co komu Nowy Rok? Czy stary komuś przeszkadzał? A jak się okaże, że nowe wrogiem starego? Wtedy smutek ....

Nie wiem, co ona postanowiła, ale jest znana ze słabej silnej woli, więc cokolwiek to jest, jest szansa, że nie dotrzyma. W każdym razie, będziemy za nią ze Stefanem trzymali pazury, gdyby jednak chciała dotrzymać.

U nas z Nowym Rokiem nastał nowy drapak. Ona mówi, że kupiła go, mimo, że jej jeszcze pensji w tym miesiącu w fabryce nie zapłacili i że powinniśmy to docenić. Doceniamy, a jakże. Nieważne, że nie jest przykręcony i że pewnie będzie tak teraz stał pół roku, jak nie przymierzając ta sukienka z wesela, co od sierpnia wisiała na wieszaku i dopiero dziś ją schowała (może poczyniła postanowienie noworoczne - sprzątać ciuchy do szafy).

Drapak niby fajny, wygląda jak ten stary za czasów świetności. Doszedłem dziś jednak do wniosku, że chyba wolę stary. Ma fantastyczne wyszarpane sznurki, za które można się uczepić do góry głową i szarpać je zębami. Zanim z nowego wyszarpiemy sznurki, miną przecież całe wieki. Będzie nuda.

Nie wiem więc, czy z tym drapakiem to koniec końców taki dobry pomysł. Może się okazać, że nowe wrogiem starego ...
Pzdr.
T.