poniedziałek, 23 stycznia 2012

Pies Pawłowa

Chyba Wam już kiedyś pisałem o kocimiętce, nie? Że ona nam psika nią drapak, żebyśmy się bardziej cieszyli z jego użytkowania, kulali się wokół niego i szarpali go pazurami.

Nie wiem, co jest z tą kocimiętką, ale coś na pewno, bo odlot po niej jest gwarantowany. Mam nadzieję, że to nie jest nielegalne, może w Sejmie RP też sobie nią co nieco psikają. Ja w każdym razie bardzo lubię się sztachnąć.

Ona niestety nie zawsze pamięta, żeby nam regularnie psikać drapak, dlatego staram się jej przypominać. Kocimiętka ma swoja kryjówkę w najniższej szufladzie, w której ona trzyma tez przeterminowane kulki dla kotów i kupę innego śmiecia (co ją otworzy, to powtarza, że musi tu posprzątać, ale wiadomo - słomiany zapał szybko wygasa).

W związku z tym bałaganem rzadko zagląda do tej szuflady. Wykumałem jednak już jakiś czas temu, że szuflada może otworzyć się przez przypadek. Otóż, nawrzucała kiedyś za dużo torebek z ryżem i makaronem do szuflady piętro wyżej tak, że wypadło dno. I kiedy otwiera szufladę z torebkami, to, za sprawą spaczonego dna, otwiera się też ta z kocimiętką.

W spaczonej szufladzie, oprócz makaronu i ryżu, zawsze mieszkała sól w słoiku. Ona nie soli za wiele, bo mówi, że sól to biała śmierć czy coś, ale ma dziwny nawyk solenia wody, w której będzie się gotowało jajo (uwielbiam, na twardo!). Mówi, że skorupka mu wtedy nie pęka. Jajka gotuje często, więc gdy tylko widzę, że wyciąga jajko z lodówki i ładuje je do tego przypalonego kubeczka, lecę jak głupi i siadam przy szufladzie, bo wiem, że będzie wyciągała sól i przy okazji otworzy się szuflada z kocimiętką.

Ostatnio jednak coś się zmieniło. Widzę, że wyciąga jajko z lodówki, lecę, siadam koło szuflady, czekam, że się otworzy ... A ona wyciąga sól z zupełnie innej szafki ... I chociaż już od miesiąca wyciąga tę sól z szafki, ja ciągle biegnę, jak widzę jajko ... Co jest grane?

Ona mówi, że jestem pies Pawłowa. Nie wiem, ki diabeł ten Pawłow, pewnie, skoro ma psa, to jakiś spoko ziom, ale ja na bank nie jestem żadnym psem. Myślę, że po prostu jestem bystry. I inteligentny.

Pozdr.

T.

poniedziałek, 16 stycznia 2012

Wyjazd

Mówiła coś wczoraj, że będziemy się pakować i wyjeżdżać, ale prawdę mówiąc, nie wierzyłem. Myślałem, że żartuje, tym bardziej, że wcześniej nic nie wspominała o żadnych wyjazdach. Jednak gdy wczoraj wieczorem przyszła z transporterem, który długo był nieobecny po tym, jak Dzidka w nim wyjechała, domyśliłem się, że coś się jednak święci.

Dziś przyszła z fabryki i dla zmyłki dała nam saszetkę. Nie smakują mi te z wołowiną, mówię jej, ale ona nic, każe jeść i krzyczy, że albo zjem, albo nic innego nie dostanę, no to jem, bo co mam zrobić. Kiedy jedliśmy, cichcem spakowała saszetki (na szczęście z kurczakiem, chyba sobie jednak wzięła do serca), kulki i miski. Myślała, że jemy i nie widzimy, ale ja podglądałem jednym okiem, co robi.

Potem wyjęła drugi transporter i zamknęła sypialnię, żebyśmy nie mogli się schować pod łóżkiem (perfidna jest). Stefan, łazęga, poddał się bez walki, coś tam mamrotał, ale w ogóle nie oponował, dał się zapakować, cienki jest. Ja zastosowałem bierny opór, żeby nie było potem, że się stawiam. Na nic jednak, była nieugięta, kazała wchodzić bez gadania. No to wszedłem, nie chciałem robić jej przykrości.

Na dworze zimno jak w psiarni. Na szczęście nie jechaliśmy daleko i na szczęście nie do weterynarza. Tak jak przypuszczałem, pojechaliśmy do Dzidki. Zrobiłem szybki obchód całej miejscówki, zlokalizowałem Dzidkę w wersalce i uprzejmie zasugerowałem, żeby sobie poszła. Ostatecznie, Dzidka ma teraz wersalkę na co dzień, my ze Stefanem możemy co najwyżej liczyć na pudełko po butach albo torbę. Dlatego musimy korzystać, ile tylko się da.

Podobno zostajemy na trzy dni. Ona jedzie do Lublina, rodzinnego miasta Stefana. Stefan był trochę niepocieszony, że go nie zabiera, ale chyba nie dało rady się tym razem przejechać na krzywy ryj. Ona mówi, że jedzie w smutnej sprawie. Nic tam po Kotach.

Oby szybko wróciła.
Pozdr.

T.
-------------------------------------------------------

PS. A xmas_eve siedzi w domu bez Kotów i jest jej jakoś ... niewyraźnie.
x_e

czwartek, 5 stycznia 2012

Nowe wrogiem starego

Z Nowym Rokiem, jak wiadomo, pojawiają się nowe plany, aspiracje i nadzieje. Postanowienia noworoczne są robione, niektóre takie same, jak roku poprzedniego, inne całkiem nowe, jeszcze nie używane. Niektórzy postanawiają schudnąć, inni rzucić palenie, jeszcze inni pójść po rozum do głowy. I takie tam. My ze Stefanem nic nie planujemy. Co ma być, i tak będzie, więc po co się stresować na zapas. A nuż nie wypali i wtedy co? Smutek. Poza tym, po co komu Nowy Rok? Czy stary komuś przeszkadzał? A jak się okaże, że nowe wrogiem starego? Wtedy smutek ....

Nie wiem, co ona postanowiła, ale jest znana ze słabej silnej woli, więc cokolwiek to jest, jest szansa, że nie dotrzyma. W każdym razie, będziemy za nią ze Stefanem trzymali pazury, gdyby jednak chciała dotrzymać.

U nas z Nowym Rokiem nastał nowy drapak. Ona mówi, że kupiła go, mimo, że jej jeszcze pensji w tym miesiącu w fabryce nie zapłacili i że powinniśmy to docenić. Doceniamy, a jakże. Nieważne, że nie jest przykręcony i że pewnie będzie tak teraz stał pół roku, jak nie przymierzając ta sukienka z wesela, co od sierpnia wisiała na wieszaku i dopiero dziś ją schowała (może poczyniła postanowienie noworoczne - sprzątać ciuchy do szafy).

Drapak niby fajny, wygląda jak ten stary za czasów świetności. Doszedłem dziś jednak do wniosku, że chyba wolę stary. Ma fantastyczne wyszarpane sznurki, za które można się uczepić do góry głową i szarpać je zębami. Zanim z nowego wyszarpiemy sznurki, miną przecież całe wieki. Będzie nuda.

Nie wiem więc, czy z tym drapakiem to koniec końców taki dobry pomysł. Może się okazać, że nowe wrogiem starego ...
Pzdr.
T.