poniedziałek, 29 października 2012

O ptaku z balkonu

W niedzielę byliśmy ze Stefanem bardzo bliscy zdobycia trofeum. Wstaliśmy dość późno, bo Ona przestawiła zegarek do tyłu. Bladym świtem dała nam jeść i poszła dalej spać, więc my z nią, a kiedy w końcu postanowiła zacząć dzień koło dziesiątej, udaliśmy się ze Stefanem pod okno balkonowe, żeby zobaczyć, co słychać na świecie.

Podchodzimy, wyglądamy ... i nie wierzymy własnym oczom. Na balkonie coś siedzi i patrzy na nas przez szybę. Ptak. Stefan zasugerował, że to turkwa w końcu spadła nam z drzewa, jednak ja byłem sceptyczny. Turkwy nie mają przecież żółtych irokezów i są duże, a to był jakiś miniaturowy skubaniec.

Zaczęliśmy Ją wołać, żeby nas wypuściła, żebyśmy mogli dopaść ptaka i sprawdzić, co za jeden. Przyszła, zapytała, czy chcemy na balkon (nie, no skąd, tak tylko sobie stoimy ...), już miała rękę na klamce, już otwierała drzwi, kiedy zauważyła ptaka i wstrzymała się. Jęknęliśmy w duchu z zawodu, bo zamiast pozwolić nam wyjść, wzięła aparat i dawaj robić mu zdjęcia.

Aż mnie skręcało, żeby obwąchać go z bliska, prosiłem ją więc i prosiłem, żeby otworzyła, a ona nic, dalej pstryka. Stefan po chwili dał za wygraną i oddalił się w stronę swojego ulubionego krzesła. Nie mogłem uwierzyć, jak można odpuścić okazję dorwania takiego kąska.

Niestety, mi też ostatecznie nie było dane go dopaść. Wygoniła nas ze Stefanem z pokoju i sama wyszła na balkon. Słyszałem, jak opowiadała potem przez telefon, że wzięła go na ręce, a on nic, łypie okiem i siedzi. Mówiła mu, żeby leciał, a on nic, dalej siedzi. Myślała, że już tak zostanie na długie godziny na balkonie, ze złożonymi dłońmi i siedzącym na nich ptakiem wczepionym w rękawiczkę, kiedy w końcu, pokręciwszy głową i łypnąwszy okiem, rozłożył swoje mini-skrzydła i poleciał.

....... :'-(

Następnej okazji nie przepuszczę.

Pozdr.
T.

środa, 24 października 2012

Taka strata

Minął już tydzień, a my ze Stefanem wciąż nie możemy się otrząsnąć. W najstraszniejszych koszmarach nie śniło mi się, że mogłaby to zrobić. Od jakiegoś czasu odgrażała się co prawda, że ma zamiar pozbyć się go, bo wielki i zawalidroga, pół pokoju zajmuje, a nikt prawie na nim nie siada (jak to NIKT, a ja?). Że trzeba mu znaleźć nowy dom, bo dopóki tu jest, nie można pokoju przemeblować, a przemeblować trzeba (a kto mówi, że TRZEBA?). Nie podejrzewałem jednak, że mówi poważnie.

Tymczasem Ona naprawdę to zrobiła. Sprzedała nasz fotel z lożą! Nie pytając nas o zdanie, nie konsultując z nami, po prostu go w zeszłą środę sprzedała.

Spędziłem tego dnia w loży sporo czasu, jakby przeczuwając, że coś się święci. Ostatnio trochę ją omijaliśmy. Stefan wolał krzesło, ja budę pod biurkiem. Loża stała zapomniana. Teraz, gdy jej nie ma, nie możemy odżałować, że tak ją zaniedbaliśmy.

Gdy Ona przyszła wtedy z pracy, zaczęła mruczeć, że znów krater wyleżeliśmy, a zaraz przyjdą po fotel i jak to teraz wyglądać będzie. Myślałem, że żartuje. Wyjęła odkurzacz, więc oddaliłem się do sypialni, bo nie lubię typa. Potem był harmider, otworzyły się drzwi, weszli jacyś ludzie, coś stuknęło, a gdy zapadła cisza i wyjrzałem z sypialni, okazało się, że fotela nie ma ....

Została po nim wielka pusta przestrzeń i narzuta. Dobrze, że zdążyłem się z nim tego dnia pożegnać. Stefan nie zdążył. Teraz podobno inne Koty wylegują krater. Podobno cztery na raz. A my nie możemy miejsca sobie znaleźć. Leżymy na sofie, którą Ona natychmiast przestawiła pod inną ścianę, ale to już jakby nie to samo. Zaczęliśmy robić krater w sofowej poduszce. Może z czasem zastąpi nam nieodżałowaną lożę, kto wie.

Mam nadzieję, że łączycie się z nami w bólu.

Pozdr.
T.

--------------------------------------------------------
PS. Konia z rzędem temu, kto zgadnie, kto jest na zdjęciu na drugim planie.