poniedziałek, 16 stycznia 2012

Wyjazd

Mówiła coś wczoraj, że będziemy się pakować i wyjeżdżać, ale prawdę mówiąc, nie wierzyłem. Myślałem, że żartuje, tym bardziej, że wcześniej nic nie wspominała o żadnych wyjazdach. Jednak gdy wczoraj wieczorem przyszła z transporterem, który długo był nieobecny po tym, jak Dzidka w nim wyjechała, domyśliłem się, że coś się jednak święci.

Dziś przyszła z fabryki i dla zmyłki dała nam saszetkę. Nie smakują mi te z wołowiną, mówię jej, ale ona nic, każe jeść i krzyczy, że albo zjem, albo nic innego nie dostanę, no to jem, bo co mam zrobić. Kiedy jedliśmy, cichcem spakowała saszetki (na szczęście z kurczakiem, chyba sobie jednak wzięła do serca), kulki i miski. Myślała, że jemy i nie widzimy, ale ja podglądałem jednym okiem, co robi.

Potem wyjęła drugi transporter i zamknęła sypialnię, żebyśmy nie mogli się schować pod łóżkiem (perfidna jest). Stefan, łazęga, poddał się bez walki, coś tam mamrotał, ale w ogóle nie oponował, dał się zapakować, cienki jest. Ja zastosowałem bierny opór, żeby nie było potem, że się stawiam. Na nic jednak, była nieugięta, kazała wchodzić bez gadania. No to wszedłem, nie chciałem robić jej przykrości.

Na dworze zimno jak w psiarni. Na szczęście nie jechaliśmy daleko i na szczęście nie do weterynarza. Tak jak przypuszczałem, pojechaliśmy do Dzidki. Zrobiłem szybki obchód całej miejscówki, zlokalizowałem Dzidkę w wersalce i uprzejmie zasugerowałem, żeby sobie poszła. Ostatecznie, Dzidka ma teraz wersalkę na co dzień, my ze Stefanem możemy co najwyżej liczyć na pudełko po butach albo torbę. Dlatego musimy korzystać, ile tylko się da.

Podobno zostajemy na trzy dni. Ona jedzie do Lublina, rodzinnego miasta Stefana. Stefan był trochę niepocieszony, że go nie zabiera, ale chyba nie dało rady się tym razem przejechać na krzywy ryj. Ona mówi, że jedzie w smutnej sprawie. Nic tam po Kotach.

Oby szybko wróciła.
Pozdr.

T.
-------------------------------------------------------

PS. A xmas_eve siedzi w domu bez Kotów i jest jej jakoś ... niewyraźnie.
x_e