poniedziałek, 9 lipca 2012

Polowanie

Upolowałem sobie niedawno pióro. Poszedłem na balkon, patrzę, leży. Zaczaiłem się więc i znienacka dałem susa, chwyciłem je łapami, przytrzymałem ... Nie broniło się wcale. Pachniało ptakiem. Przyniosłem je sobie do wewnątrz i zacząłem podrzucać, trącać i wydawać tryumfalne okrzyki. Byłem dumny, że je upolowałem.

Ona wyjrzała z kuchni i zapytała, co tam mam. Powiedziała, że pióro jest na pewno brudne i przenosi choróbska. Chciała mi zabrać. Nie dałem. Broniłem pazurami. W końcu dała za wygraną, ale zamiast tego zaczęli mnie oboje ganiać z aparatem. Nie miałem jednak najmniejszego zamiaru pozować podczas aktywności fizycznej.


Pióro jest absolutnie fantastyczne, dostarcza niesamowitej rozrywki oraz zapewnia dużo ruchu. W kwestii atrakcyjności może mierzyć się z nim tylko jeden gadżet, który postaram się opisać wkrótce. Co prawda już trochę mi się znudziło, wiadomo, urok nowości minął, ale wciąż do niego wracam od czasu do czasu.

Tymczasem dziś rano wyśledziliśmy ze Stefanem, do kogo pióro owo oryginalnie należało. Ona wstała o bardzo nieprzyzwoitej porze, ponoć postanowiła zdobyć miejsce parkingowe pod samym oknem swojego służbowego pokoju, a tego można dokonać tylko o godzinie 07:20. Wypuściła nas więc ze Stefanem bladym świtem na balkon. Trochę byliśmy zmęczeni, bo chwilę wcześniej waliliśmy łapami w zamknięte drzwi sypialni, ale co tam, poszliśmy, siadamy, patrzymy, a na lipie jakiś harmider. Ptak. Siedzi na lipie i odłamuje gałązki. Z odłamaną gałązką udaje się na sąsiednią lipę. Tam coś chachmęci i wraca na tę pierwszą. I tak w kolo Macieju.

Byliśmy ze Stefanem poruszeni. Co tam pióro. Upolować takiego ptaka - to dopiero byłby wyczyn.


Ona po chwili przyszła i, widząc nasze poruszenie, poinformowała nas, że to jest turkwa. Buduje gniazdo. Czekamy więc na małe turkwy z małymi piórkami .... Mrrr.

T.