poniedziałek, 10 września 2012

Kot, który spacerował

Wróciła wczoraj wieczorem do domu i mówi, że widziała faceta z Kotem na smyczy w centrum Gdańska. Była na spotkaniu towarzyskim, siedziała w lokalu gastronomicznym, jadła coś i piła zerkając przez okno. Nagle patrzy, a na pobliski skwerek zmierza facet z Kotem na ramieniu (ja nigdy nie daję się brać na ramię, Stefan owszem). Po dojściu na trawnik zrzucił Kota z ramienia i wtedy okazało się, że Kot wyposażony jest w szelki i smycz, jak, nie przymierzając, pies jakiś.

Kot i jego facet zaczęli spacerować po skwerze. Kot co rusz przystawał, by wąchać trawę. Facet też przystawał popuszczając trochę smyczy z automatycznego podajnika. Zainteresował się nimi nawet leżący pod krzakiem stały bywalec skweru. Wyszedł ze swojej kryjówki i podążał ich śladem, cały czas trzymając się jednak w bezpiecznej odległości kilku kocich kroków.


Ona mówi, że ten Kot wcale nie bał się spacerować (no ba, bo wszystkie Koty są odważne!). Co więcej, nie przeszkadzało mu, że jego facet założył mu szelki. No to już niepojęte! Pamiętam, że ona kiedyś próbowała nam ze Stefanem zakładać szelki. Stawiliśmy czynny opór, a gdy to nie pomogło, przeszliśmy na bierny. Ubrani w szelki przewracaliśmy się na podłogę udając nieżywe Koty. To ją definitywnie zniechęciło do eksperymentów z szelkami.

Myślę sobie jednak, że to nie taka głupia sprawa - wyjść na spacer. Można byłoby zaznajomić się z tą czarną z parteru, która obserwowała nas siedzących w transporterach, gdy jechaliśmy na urlop. Poskakać po maskach samochodów zostawiając na nich piaszczyste ślady łap. Zrobić siku do piasku pod cudzym oknem zamiast do żwirku w swojej kuwecie. Pójść pod lipę przy balkonie i poczekać, aż spadnie z niej jakaś turkwa. Albo chociaż piórko trukwy. Życie od czasu do czasu okraszone spacerem mogłoby być całkiem przyjemnie urozmaicone. Tylko te szelki ... ech.

T.