wtorek, 31 grudnia 2013

Szczęśliwego!

Chciałem dziś zrehabilitować się za brak życzeń światecznych i postarać się o dłuższy wpis z życzeniami noworocznymi. Ale:

- rano Ona wyszła po rajstopy i nie włączyła laptopa,
- jak wróciła, włączyła go, ale powiedziała, że musi pracować,
- teraz mówi, że wychodzi i jeśli zaraz nie wyłączy laptopa, to ucieknie jej komunikacja.

Nie miałem więc absolutnie żadnej szansy, bo do Was dziś napisać.

A zatem, krótko i na temat: SZCZĘŚLIWEGO NOWEGO ROKU 2014!


Pozdr.
T&S
----------
PS. Podwładna potwierdza wszystko, co powyżej zostało na nią naskarżone, dołącza się do życzeń i donosi, że na szczęście Teofil i Stefan nic sobie nie robią z sylwestrowych wybuchów. Zostają więc sami. Może zaproszą Czarną z parteru...




piątek, 20 grudnia 2013

Zrobieni na różowo

Nie mogę ostatnio dorwać się do laptopa. Ona ciągle siedzi i pisze. Dlatego nie opowiedziałem Wam dotychczas o wizycie jednej takiej gówniary, która mieszkała u nas przez tydzień na początku listopada.

Przyjechała pewnego dnia w różowym transporterze, z różową miską i różowymi piórkami na wędce. Ona powiedziała, że to nasza nowa koleżanka (phi!) i nazywa się Femka. Chyba Hello Kitty, pomyślałem. Dodała, że koleżanka Femka będzie u nas mieszkała przez tydzień, aż jej podwładna wróci z urlopu.

Zaglądamy ze Stefanem do różowego transportera, a tam młode i nieopierzone dziewczę. Siedzi i fuka. Eeeech, pomyślałem, żeby chociaż jakaś dorosła dziewczyna, jak Czarna z parteru, a nie taka młodzież kocia. Ale co było robić. Jak się nie ma, co się lubi... Przyjęliśmy z otwartymi ramionami, powitaliśmy chlebem i solą, zagailiśmy przyjaźnie. A ta syczy i nie chce z nami gadać.

Foch koleżanki Femki trwał cały następny dzień. Potem z wolna zaczęła się rozkręcać, aż rozkręciła się do tego stopnia, że musieliśmy ze Stefanem na nią uważać. Zaczęła na nas polować i chodziła bokiem z najeżonym ogonem, chcąc nas zastraszyć. Zamordowała nam różową świnkę z włóczki, której żaden z nas nawet nie śmiał tknąć. Z pewnością dopadła ją dlatego, że jest różowa.


 Uwzięła się szczególnie na Stefana, którego zdzieliła parę razy łapą po nosie i próbowała mu odgryźć ogon. 



Musicie przyznać, że Stefan wykazał się wyjątkową cierpliwością, taktem i wyrozumiałością. Mówi, że chciał być uprzejmy, bo, jak mawiają, gość, choć cham, to swoje prawa ma. Ja bym nie zdzierżył, by jakaś dziatwa kocia tak mi ogon obrabiała. Oberwałaby po głowie już po pięciu sekundach.

Koleżanka Femka wyjadała nam kulki z misek, w pogardzie mając swoją różową i jej zawartość. Pogoniłem ją parę razy, Stefan jednak dawał się odpędzać, fajtłapa jeden.

Przyjechała ze swoją kuwetą, nie różową co prawda, lecz beżową, ale wolała korzystać z naszej. W kuwecie załatwiała nie tylko to, co każdy szanujący się i dbający o porządek kot tam załatwia. Używała jej też w charakterze piaskownicy i placu zabaw, zabierając do środka nasze myszki lub, o zgrozo, wspomnianą wyżej różową świnkę. Zdarzało się więc, że kuweta była zajęta, kiedy akurat chcieliśmy ze Stefanem z niej skorzystać. Nie pozostawało nam wtedy nic innego, jak udać się do ciasnej i odkrytej kuwety, którą przywiozła i tam na widoku załatwić swoje sprawy.


Postanowiłem zemścić się, zajmując jej różowy transporter. Siedziałem tam do oporu, miałem jednak nieprzyjemne wrażenie, że Femka nic sobie  tego nie robi.


W końcu, po tygodniu, koleżanka Femka pojechała do domu, zabierając ze sobą prawie wszystkie nasze myszki. Ona maczała w tym palce. Spakowała jej myszki na drogę mówiąc, że my i tak nie bawimy się nimi, bo wolimy guziki, korki od mleka, migdałki oraz oczy. No i co z tego, że się nie bawimy, pytam!? To były nasze myszki. Nasze. Kategorycznie zażądałem ich zwrotu, ale w odpowiedzi dostałem od Niej kolejny korek od mleka. Ech. Cale szczęście, że różowej świnki jej nie oddała. Jest już co prawda zamordowana, ale wciąż nasza.

Pozdr.
T.
----------------------

PS. A Podwładna doda, że Femka to rodowita kolbudzianka, z Kolbud koło Gdańska. Pewnego wrześniowego dnia została podrzucona do ogrodu przyjaciół. Jej podwładna początkowo nie czuła się na siłach adoptować miesięcznego kota. Teraz jednak z pewnością uważa, że ten, kto podrzucił Femkę, wybrał właściwy ogród.


środa, 4 grudnia 2013

Mamy dom!

Ech. Znów zostałem bohaterem sesji fotograficznej. Jak już ktoś raz pokaże się w mediach, kolejne propozycje sypią się jak z rękawa ...

A na poważnie. Zanim jeszcze wystąpiliśmy w prasie, Ona zgłosiła nas do akcji Mój Kot Ma Dom. W akcji tej Koty i ich Oni opowiadają, jak to się stało, że razem zamieszkali i jak im się żyje pod jednym dachem - czy Oni sumiennie płacą czynsz, czy dogadzają swoim Kotom oraz czy panuje zgoda i wzajemne zrozumienie.

W ramach akcji trzeba wystąpić na zdjęciach i przedstawić się w kilku słowach. Podczas sesji zdjęciowej do prasy zostałem przestraszony i odmówiłem współpracy, nie paliłem się więc zbytnio do kolejnych występów przed obiektywem. Stefan za to nie mógł się doczekać. Już zapomniał, jak przepadł w konkursie fotograficznym. Czesał futro i mył się za uszami w oczekiwaniu na panią Fotograf.

Gdy przyszła, okazało się, że nie taki diabeł straszny, jak go fotografują. Doszedłem do wniosku, że pozowanie do zdjęć to jest właśnie to, co chciałbym robić, gdybym miał trochę więcej czasu. Uważam, że tym razem zakasowałem Stefana, który zaprezentował swój popisowy numer z piciem z cieknącego kranu. Ja pokazałem się od swej najlepszej strony - konesera dobrego jedzenia i Kota, który wie, czego chce.

Zapraszam na pokaz, a jak już obejrzycie, możecie poczytać. To Ona pisała.

Pozdr.
T.
--------------------
PS. A Podwładna zachęca wszystkich do wzięcia udziału w akcji Mój Kot Ma Dom. Opowiedzcie, jak to się stało, że adoptowaliście swoje zwierzęta, jakie one są i za co najbardziej je kochacie. Być może w ten sposób zachęcicie innych do mądrej adopcji. Na pamiątkę dostaniecie piękne zdjęcia. Psy i inne zwierzaki są również mile widziane.

Fot. Joanna Jankowska - Trochę Inne Zdjęcia


sobota, 30 listopada 2013

Oddaj głos - nakarmisz koty

Tym razem to ja dostałem się do finału konkursu Pet Supplies w kategorii Dachowiec Miesiąca. Nie głosujcie jednak na mnie. Postanowiłem zrzec się sławy i chwały na rzecz sprawy wyższej wagi.

Jedna młoda arystokratka startuje w równoległej kategorii Rasowiec Miesiąca i jeśli wygra, przekaże wygraną karmę do Pomorskiego Kociego Domu Tymczasowego.

W konkursie można oddać tylko jeden głos, niezależnie od tego, czy upatrzyło się sobie dachowca czy rasowca. Proszę Was zatem bardzo o oddawanie głosów na Lolę. Lola idzie łeb w łeb z jedną taką Figą, musimy więc zewrzeć szyki.

A zatem:

1. Kliknij: http://www.petsupplies.pl/dachowiec-i-rasowiec-miesiaca.html?prID=4590
2. Wpisz literki i cyfry, które zobaczysz pod zdjęciem.
3. Kliknij przycisk "zaloguj przez Facebook"(niestety, tylko facebookowicze mogą oddać głos)
4. Kliknij czerwony przycisk pod zdjęciem.

Gotowe!



Głosujemy do końca soboty, czyli dziś do godziny 23:59.

Do dzieła!

Pozdr.
T.
-----------------------
PS. Podwładna też zachęca gorąco do głosowania, PKDT potrzebuje naszej pomocy.
PS 2. Mała poprawka - głosujemy dziś do końca dnia.
PS 3. Meldujemy, że Lola zwyciężyła! Dziękujemy wszystkim za głosy :)

niedziela, 10 listopada 2013

Raj bez kota? Nie, dziękuję!

Jestem  kotem piszącym, czytaniem jednak nie zajmuję się zbyt często. Czasem tylko przejrzę kolorowe magazyny. Ona wytyka mi, że przeglądam je do góry nogami, ja jednak uważam, że to nie ma znaczenia. Liczy się sam fakt przeglądania.

Ona za to czyta często. Przegląda kolorowe magazyny do poduszki, a ja wytykam jej, że przeważnie nad nimi zasypia. Ona mówi, że właśnie o to chodzi. Żeby szybciej zasnąć, trzeba poczytać lub poprzeglądać.

Książki też czytuje i też nad nimi zasypia, choć nie nad wszystkimi. Niedawno dostała w prezencie książkę, nad którą nie zasypiała. Mało, że nie zasypiała. Czytając, chichotała pod nosem. Kiedy ze Stefanem wyraziliśmy zainteresowanie, co ją tak śmieszy, powiedziała, że w książce występuje ruda kocica Gałganka, która rozmawia ze swoją podwładną. Też coś! Była tak uprzejma, że przeczytała nam kilka fragmentów. Oto jeden z nich – po co według wyżej wymienionej na świecie istnieją kocury:

 –  Kocury – zaczęła Gałganka – są po to, żeby biegały za kotką […]. I są też po to, by rzucały kotce ogniste spojrzenia. I żeby wokół niej tańczyły.[…] Lecz przede wszystkim kocury są po to – tu Gałganka podniosła głos – żebyśmy my, kotki, wiedziały, że jesteśmy rozsądniejsze.

No coś podobnego! Rozsądniejsze? Aż prychnąłem, usłyszawszy te rewelacje, a Stefan zaniemówił z oburzenia. Na szczęście inny fragment, rzecz o stworzeniu pierwszych podwładnych, bardzo przypadł nam do gustu:

– Jeszcze chwileczkę – zawołałam. – A jak to było z ludźmi? Z Adamem i Ewą?
– Ich [Pan Bóg] stworzył tylko po to, żeby ktoś otwierał kotom puszki oraz otwierał i zamykał drzwi.

Co prawda, to prawda. Dodałbym jeszcze, że dobry Bóg stworzył ich po to, by wyściełali kotom swoje nowe wiklinowe fotele oraz udostępniali im do spania swoje łóżka.

Ona wyrywa mi klawiaturę, bo chce Was zachęcić, abyście sami sobie poczytali tę książkę. Dziś więc, w drodze wyjątku, pozwolę jej napisać trochę więcej niż tradycyjne postscriptum.
Pozdr.
T.
----------------

PS. Podwładna jest wdzięczna Teofilowi za dopuszczenie do głosu. Musi przyznać, że szczerze uśmiała się i wzruszyła, czytając Szczęście jest kotką Evy Berberich, swojej imienniczki przez 'v'.


Nie jest religijna, a mimo to, a może właśnie dlatego, uśmiechnęła się, czytając o alternatywnej wersji stworzenia świata. O tym, kto pomagał Panu Bogu ogarnąć panujący wówczas galimatias. Dzięki komu wieloryb nie został uszczęśliwiony długą i cienką szyją. Za czyją sprawą leniwiec trójpalczasty został mianowany właśnie leniwcem. I z czego tak naprawdę powstała podwładna rajskich kotów, niejaka Ewa.

Podwładna wzruszyła się natomiast czytając rozdział o żałobie. Jak to jest, gdy trzeba pożegnać swojego kota na zawsze? Jak na nasz smutek reaguje otoczenie? Zgadza się z autorką, która ubolewa, że nie każdy rozumie potrzebę i zasadność przeżywania takiej żałoby. By uspokoić tych, którzy nie lubią czytać o śmierci zwierząt, zdradzi, że fragment o żałobie na szczęście nie dotyczy głównej kociej bohaterki.

Mimo że niezbyt religijna, a może właśnie dlatego, była wzruszona, gdy dowiedziała się, że przy żłóbku, w którym leżał mały Jezusek, świat zwierząt reprezentowały nie tylko wół i osioł. No i w końcu, rozczulił ją niezmiernie krótki opis świata z perspektywy czterotygodniowego kocięcia.

Podwładnej ulubiony cytat ze „Szczęścia…” to:

Raj bez kota? Nie, dziękuję!

czwartek, 7 listopada 2013

Parcie na szkło

Mówiłem Wam, że podczas sesji foto do Magazynu Kocie Sprawy Stefan odkrył swoje prawdziwe powołanie i że jeszcze o nim usłyszymy.

Nie trzeba było długo czekać. Właśnie zdradził mi w tajemnicy, że wysłał swoje zdjęcie na konkurs fotograficzny. Mówi, że ma w związku z tym dobrą i złą wiadomość. Dobra jest taka, że jury okazało się  łaskawe i zakwalifikowało go do finału. Zła wiadomość natomiast jest taka, że oprócz niego w finale jest 99 innych kocich lanserów. Niezła konkurencja...

Stefan prosił, żebym wspomniał tu o jego udziale w rzeczonym konkursie i zaapelował o wsparcie dla niego, bo bardzo chciałby być sławny. Czemu nie, mogę go zaanonsować. A zatem, oto instrukcja głosowania na Stefana:

1. Kliknij link: http://www.petsupplies.pl/dachowiec-i-rasowiec-miesiaca.html?prID=4059
2. Wpisz literki i cyfry, które zobaczysz pod zdjęciem.
3. Kliknij przycisk "zaloguj przez Facebook"(niestety, tylko facebookowicze moga oddać głos)
4. Kliknij czerwony przycisk pod zdjęciem.

Gotowe!

Głosowanie trwa do 8 listopada do godz. 23.59.
Jedna osoba może oddać jeden głos.

Stefan mówi, że bardzo dziękuje. Jesli wygra atrakcyjne nagrody, na pewno się pochwali.
Pozdr.
T.

piątek, 25 października 2013

Kwiatek i korpus delicji

Moi wierni czytelnicy zapewne pamiętają, że od czasu do czasu lubię sobie przekąsić folię. Gustuję szczególnie w cienkich woreczkach, w których ona przynosi pomidory z Biedronki. Nie pogardzę też siatką nylonówką, w którą w Biedronce pakują cebulę.

Gdy dopadnę taką porzuconą i niedopilnowaną siatkę, biorę w zęby, odgryzam kawałek, np. ucho, memlam chwilę w paszczy, połykam, a następnie robię łatwo się domyślić co, przeważnie na dywanik w przedpokoju.

Nie pytajcie mnie, po co memlam  folię. Nie znam odpowiedzi na to pytanie. Sam się nad tym zastanawiam. To po prostu silniejsze ode mnie. Niech się strzegą wszelkie folie będące w zasięgu moich trzech kłów!

Ona oczywiście jest przeciwna gryzieniu foliowych siatek. Skrupulatnie chowa wszystkie przede mną, nie mam więc zbyt wielu okazji do memlania. Ale nie daj Bóg jakąś dopadnę, z miejsca jest afera. Jeśli dodatkowo nahaftuję na dywanik, wtedy już w ogóle kaplica. Nic, tylko zwijać się do schroniska czy gdzieś, takie ma pretensje…

Muszę Wam jednak powiedzieć, że ostatnio odkryłem coś znacznie bardziej fascynującego niż foliowe siatki. Było to w dniu, kiedy ona, spakowawszy uprzednio suszarkę do kabinówki, udawała się na wycieczkę do Poznania. Tego ranka, dokładnie o 5:30, obudziły ją odgłosy mojego haftowania. Jak zawsze w takich okolicznościach, wyskoczyła z łóżka i przybiegła sprawdzić, co narozrabiałem (wiadomo, co) i gdzie (wiadomo, na dywanik).

Tym razem trochę ją jednak zaskoczyłem. Długo musiała zastanawiać się, co to jest, to różowe i plastikowe, co jej zapodałem na dywanik. Chodziła po całym domu, zapalała światła i rozglądała się mówiąc: „Teofil, co zjadłeś, do licha!? Nie mamy czegoś takiego w domu! Skąd to wziąłeś!?” No jak to, nie mamy, pomyślałem, zajrzyj do łazienki, tam jeszcze nie byłaś.

Gdy w końcu dotarła do łazienki, od razu doznała olśnienia. Powiedziała potem, że na podłodze znalazła korpus delicji, wskazujący na popełnienie przeze mnie czynu niedozwolonego. Nie wiem, czy to był korpus, a tym bardziej, czy delicji. Według mnie był to kwiatek. Różowy, zmontowany z siatki z okami. Służy do mycia. Zazwyczaj wisi na wieszaku na ręczniki i pozostaje poza moim zasięgiem.

Tego ranka kwiatek, który miał więcej szczęścia niż ja i zarezerwował sobie nieco miejsca  w kabinówce, jechał na wycieczkę do Poznania. Poprzedniego dnia zajął więc z góry upatrzoną pozycję na podłodze w łazience, tuż obok kosmetyczki, by nie zostać zapomnianym. Tam też go nad ranem dopadłem, nadgryzłem i wymemlałem. Był doskonały, sprężysty i fantastycznie chrzęścił w zębach... A potem, to już wiecie, co było.

Powiedziała, że jak tak będę robił, któregoś razu przejadę się na tamten świat. Hm… A jeśli chodzi o kwiatka, to mimo bycia wymemlanym nie przejechał się na tamten świat, tylko do Poznania. Teraz chodzi na fitness, skąd wraca bardzo wypachniony. Tak bardzo, że może z mojej strony liczyć na pełną nietykalność. Mój nos by tego nie udźwignął.

Pozdr.
T.

---------------------

PS. A Podwładna zapewnia, że pilnuje wszelkich foliowych opakowań, jak oka w głowie i nie udostępnia ich Teofilowi. Jednak na to, że Teofil "zaopiekuje się" myjką kąpielową, w życiu by nie wpadła.


czwartek, 17 października 2013

Poduszka do klęczenia

To już rok, jak nasz wielki czerwony fotel, na którego oparciu wygniataliśmy lożę, został sprzedany. Do dziś uważamy ze Stefanem, że to niepowetowana strata. Do dziś też nie doczekaliśmy się niczego w zamian. Co prawda Ona przebąkuje od czasu do czasu o nowym fotelu, jednak do końca nie wiadomo, czy ma na myśli fotel rekreacyjny czy też służbowy. Potrzebne są oba, a że ostatnio nie przelewa się nam, pewnie wystarczy tylko na służbowy. Może dzięki temu zacznie się przelewać.

Z braku lepszego rozwiązania wygniatamy sobie nowe loże w oparciu sofy. Przy okazji zadzieramy pazurami  narzutę, którą Ona kupiła za trzydzieści kilka złotych i denerwuje się, gdy ją zaciągamy. Narzucie faktycznie łatwo wyciągnąć nitkę. Niespójna taka jest i niezbyt ścisła, ale to przecież nie nasza wina, tylko projektanta.

Tymczasem na miejscu nieodżałowanego fotela leży teraz poduszka, która jedynie kolorem może do niego nawiązywać. Jest mała, kwadratowa i służyć ma chyba do klęczenia. Ona kupiła ją zaraz po zniknięciu fotela. Zaprosiła gości i uświadomiła sobie, że nie będzie na czym siedzieć. Poszła więc do sklepu po poduszkę, którą można rzucić na podłogę.

Lubię nawet tę poduszkę. Często leżę na niej przednią połową ciała, a tylna zostaje na dywanie. Nie to, że nie mieszczę się w całości. Nic z tych rzeczy! Po prostu tak lubię. Ona śmieje się wtedy, że klęczę. No, może i klęczę. W końcu, jak już mówiłem, wygląda mi to na poduszko-klęcznik dla niegrzecznych dzieci, więc klęczenie jest tu jak najbardziej na miejscu.

Poduszka wyposażona była oryginalnie w zestaw guzików - cztery z jednej i cztery z drugiej strony. Niczego nie zapinały, były po prostu przyszyte. Ona mówi, że guziki, obciągnięte tym samym materiałem co poduszka, służyły czysto do ozdoby. Pewnego dnia zauważyłem, że spod jednego z nich snuje się nitka. Zahaczyłem pazurem, pociągnąłem, pomogłem sobie zębami, nitka puściła, a guzik odskoczył i poturlał się po podłodze. Zerwałem się i skoczyłem za nim. Pacnąłem go łapą. Potoczył się na panele, po których dalej przemieścił się ślizgiem. Był przecież z materiału! Ja za nim, a on ucieka pod stół. Widzę resztki nitki, którą zahaczyłem pazurem. Podrzucam do góry i  łapię. Kątem oka rejestruję Stefana, który obserwuje mnie z zazdrością. Też by popodrzucał sobie guzik, bo to przednia zabawa jest.

W ten sposób pozbawiłem poduszkę sześciu z ośmiu guzików. Pięć urwałem po kryjomu. Przy szóstym przyłapała mnie i zapytała dlaczego zniszczyłem poduszkę, a na dodatek zgubiłem wszystkie oberwane guziki oprócz jednego. No jak to - dlaczego? Musiałem czymś się zająć w oczekiwaniu na nowy fotel!

Pozd.
T.

------------
PS. A Podwładna potwierdza, że zakupy zacznie od fotela służbowego. Teofilowi powinien się jednak spodobać. Inna sprawa, że przeważnie będzie zajęty. ;)

PS 2: Aktualizacja z 22 października - poduszka została pozbawiona wszystkich guzików. ;)



niedziela, 6 października 2013

Kilka słów dla prasy

Wydało się. To po to były te zdjęcia, przy okazji których naprawiona została szafa. Jesteśmy w gazecie - Stefan, ja i Ona. Ona pozuje do zdjęć i opowiada o tym, jak to ja piszę bloga, ja pozuję starając się czmychnąć, gdy tylko nadarzy się okazja, a Stefan pozuje ujawniając skrywane dotychczas ciągoty ku modelingowi.

Cała ta akcja kosztowała mnie dużo nerwów, stresu i wymagała sporego poświęcenia. W sumie, jak teraz o tym myślę, dziwię się, że w ogóle dałem się na ten cyrk namówić. Podczas sesji Ona zamknęła drzwi od sypialni, żeby żaden z nas nie schował się pod łóżko. Nie lubię zamkniętych drzwi do sypialni. Świadomość, że nie mogę ukryć się w jedynym miejscu, gdzie trudno mnie dosięgnąć, przyprawia mnie o gęsią skórę. Dlatego na widocznym w gazecie zdjęciu mam taką, a nie inną minę. Na dodatek z wrażenia nie domknęła mi się paszcza, a jak wiecie, po ekstrakcji kła mam z domykaniem pewne problemy.

Stefan natomiast odnalazł w pozowaniu swe nieznane dotąd powołanie. Prężył się i wyginał na komendę patrząc w obiektyw albo udawał, że daje Jej buziaka. Nie znałem go od tej strony. Ona przecież często robi nam zdjęcia i Stefan nigdy nie zdradzał zamiłowania do modelingu. Widać trzeba było profesjonalnych fotografów, by obudzić drzemiący w nim potencjał. Jeszcze będzie o nim głośno, ja wam to mówię.

Dzidka oczywiście nie brała udziału w sesji. Musielibyśmy specjalnie sprowadzić ją tu z jej obecnego miejsca zamieszkania. To żadna różnica jednak, że jej nie było. Przecież gdyby nawet była obecna, i tak nie chciałaby z nikim gadać, o pozowaniu nie wspominając.

Ona nie powiedziała nikomu, że ma zamiar lansować nas w gazecie. Nikomu oprócz autorów zdjęć. Mówi, że nie chciała zapeszać. Nam coś tam raz czy dwa przebąknęła, ale myślałem, że żartuje, bo skąd niby? W gazecie?!

To jednak całkiem przyjemne uczucie, obejrzeć się na zdjęciu w prasie. Pal licho niekorzystną minę. Jestem sławnym autorem kociego bloga! Następnym krokiem będzie książka. Muszę ją ponaglić, żeby czym prędzej zajęła się tym tematem w moim imieniu. Tymczasem obejrzyjcie pozostałe zdjęcia ze wspomnianej sesji.

Pozdr.
T.









---------
PS. A Podwładna nie ma nic do dodania ponad to, że dziękuje foto&mohito za udane zdjęcia, a Ani Dąbrowskiej za zadanie pytań :)

środa, 25 września 2013

Zapach psa

Dawno go nie było. Ona twierdzi, że wyprowadził się półtora roku temu. Bardzo możliwe, bo już prawie zapomniałem, że w ogóle był. Jednak kiedy stanął w drzwiach, od razu go poznałem.
Nasz były Pies odwiedził nas w tym miesiącu i został cały tydzień.

Gdy tylko wszedł, przypomniałem sobie, jak fantastycznie pachniał. Gdy wracał ze spaceru, zawsze przynosił na sobie nieznane i tajemnicze wonie. Po powrocie ze dworu kładł się w łazience albo w kuchni, a ja szedłem za nim, aby potarzać się chwilę w jego ogonie, poocierać o łapy i ponapawać tymi fascynującymi zapachami. Strasznie się o to wkurzał, uciekał, a raz nawet pokazał zębiska. Ona twierdziła, że to dlatego, że czepiałem się go jak rzep psiego ogona. Czepiałem się, to fakt, czepiałem się ogona, to też fakt, jednak rzepa sobie wypraszam.

Tym razem, ponieważ tak długo już nie miałem z nim do czynienia, wydał mi się jeszcze bardziej pachnący niż kiedykolwiek wcześniej. Dopadłem go już w przedpokoju, a potem poszedłem za nim do kuchni i tradycyjnie zacząłem wąchać mu łapy. Ponieważ tak długo nie miał ze mną do czynienia, wkurzył się szybciej niż dotychczas. Nie odważył się jednak pokazać zębisków, ja za to pogroziłem mu łapą, co możecie zaobserwować na poniższym nagraniu z ukrytej kamery.


Pies przywiózł ze sobą torbę pełną różnych pyszności, wśród których szczególnie zafascynował mnie niebiańsko pachnący gryzak. Ona twierdzi, że gryzak cuchnął, nie pachniał, ja jednak uważam, że był doskonały, również w smaku. Ponoć zrobiono go z kawałka wołu. Ukryta kamera nagrała film o moim jedzeniu gryzaka oraz o próbach dostania się do paczki z psimi kulkami. Chciałem opublikować tutaj oba te filmy, jednak Ona mówi, że co za dużo to niezdrowo, wystarczy film o wąchaniu łap. Dwa pozostałe obiecała umieścić na Facebooku. Mam nadzieję, że to zrobi.

Na zdjęciu poniżej możecie za to zobaczyć, jak z poświęceniem pilnuję Psu smakołyka do czyszczenia zębów oraz kości pochodzącej od niezidentyfikowanego zwierzęcia.


Próbowałem parę razy podprowadzić mu ów smakołyk, również pięknie pachnący, z miski. Chciałem przeczyścić nim swoje zęby, okazał się jednak być niekompatybilny z moją paszczą.

Niestety po raz kolejny przekonałem się, że dysponujemy zbyt małym balkonem. Każdego ranka po śniadaniu pies zajmował cały balkon, a my ze Stefanem musieliśmy obejść się smakiem i czekać na swoją kolejkę.


 Musze dać jej do zrozumienia, by rozejrzała się za inną miejscówką, najlepiej z takim balkonem, jak u pana T.

A tymczasem podsłuchałem, że Pies znów ma zamiar się u nas pojawić i to już jutro. Idę przeczyścić nos, by żadna fantastyczna psia woń mi nie umknęła. Mam nadzieję, że przywiezie gryzaki.

Pozdr.
T.
--------------
PS. A Podwładna doda tylko, że pies Drops, znany kiedyś jako Niuniek, ma się dobrze i pozdrawia uprzejmie. ;)

sobota, 31 sierpnia 2013

Dojmujący brak wersalki

Dostajemy wiele pytań  z cyklu "A co tam u Dzidki?" A zatem, dziś krótki update o Dzidce.

Dzidka przeżyła ostatnio prawdziwą życiową tragedię. Została bowiem pozbawiona wersalki, w której od dawien dawna stacjonowała i w której znajdowaliśmy ją, gdy przyjeżdżaliśmy na letnie lub zimowe kolonie na Zaspę.

Ponoć Dzidka nie wyraziła zgody na pozbycie się wersalki przez jej obecną Podwładną, jednak jej zdanie nie zostało wzięte pod uwagę. Wersalka groziła zawaleniem, co stwarzało zagrożenie dla obu wyżej wymienionych. Dlatego pewnego dnia do drzwi zapukała ekipa, która wersalkę wyniosła na śmietnik, a w jej miejsce wstawiła całkiem nowe łóżko ze sklepu meblowego. Póki co widzieliśmy je ze Stefanem jedynie na zdjęciach. Ma fikuśną, malowaną na biało metalową ramę z kulkami. Podobno jest sto razy wygodniejsze od wersalki, nie ma jednak wnętrza, do którego mógłby zameldować się Kot.

Słyszałem, że Dzidka uznała brak wersalki za dojmujący i oprotestowała łóżko. Szczerze mówiąc, wcale się jej nie dziwię. My co prawda nigdy nie mieliśmy na własność żadnej wersalki, jednak aktywnie korzystamy ze wszystkich wersalek napotkanych na koloniach oraz wakacjach. Doskonale znamy więc ich zalety. Nigdzie, po prostu nigdzie nie można ukryć się tak skutecznie, jak w wersalce.

Z tego, co wiemy, po zakończeniu protestu Dzidka postanowiła jednak używać łóżka. Oferuje ono idealne warunki do przebywania na, a poza tym ma fantastyczne przestrzenie pod, zupełnie takie, jak u nas. Pogodzona ze swym losem Dzidka korzysta więc z obu tych możliwości.

A na koniec, zdradzę Wam tylko, że doszły mnie słuchy, iż Dzidka jest jeszcze bardziej monstrualnym Kotem niż ja. Ona mówi, że nie ma się z czego cieszyć, bo zna wiele Kotów, które koło monstrualności nawet nie leżały (phi!), ja jednak oddycham z ulgą, że nie jestem w czołówce tego rankingu.

Udanej ostatniej soboty wakacji!
T.
---------------
PS. A Podwładna doda, że Dzidka przebywa obecnie na koloniach u Pana T., gdzie ma do dyspozycji klasyczną wersalkę ze szmatą z tyłu. Może się w niej ukrywać, ile dusza zapragnie. :)

poniedziałek, 19 sierpnia 2013

Fejsbuń

Dzisiaj poniedziałek. Jestem niezmiernie zmęczony po upalnym weekendzie, który spędziłem na balkonie, wąchając melisę cytrynową i kolendrę. Dlatego dziś powiem do Was krótko: zapraszam Was na nasz profil na Facebooku, na którym Ona pisuje, linkuje i wrzuca zdjęcia.

Profil można oglądać, nawet jeśli nie jest się użytkownikiem "Fejsbunia". Dziś ogłaszają się tam koty, które szukają nowych podwładnych:



Zresztą, sami zobaczcie.
Pozdr.
T.
--------------
PS. A Podwładna przyłącza się do zaproszenia - zaglądajcie na Kotów "Fejsbunia".

piątek, 16 sierpnia 2013

O Huliu tułaczu

Wiem, że miałem Wam pokazać zdjęcia z sesji, która zakończyła się naprawą szafy, ale ona mi na razie nie pozwoliła. Póki co więc spieszę przekazać Wam ostatnie wieści o kocie Hulio tym bardziej, że od wydarzeń, o których będzie mowa, minęło już trochę czasu.

To była ostatnia niedziela lipca. Ona siedziała od rana i czytała, mając w nosie cały świat łącznie z nami. W pewnej chwili doszła ją jednak woń niewyniesionych śmieci (frakcja mokra), wstała więc od stołu, zawiązała worek, założyła japonki i wyszła na korytarz. Zanim zamknęła za sobą drzwi, usłyszałem jeszcze, że coś do kogoś powiedziała.

Wróciła po dłuższej chwili mocno zaaferowana. Zadzwoniła gdzieś telefonem i podsłuchałem, jak opowiadała, że na klatce spotkała kota Hulio. Okazało się, że kiedy wyszła ze śmieciami, zobaczyła czarnego kota zwiniętego w kłębek na wycieraczce mieszkania naprzeciwko. W pierwszej chwili myślała, że to Czarna z parteru i zagaiła do niej, czy aby nie pomyliła adresu. Domniemana Czarna wstała z wycieraczki, a wtedy Ona stwierdziła, że to nie Czarna. Był to kot Hulio we własnej osobie. Podszedł do Niej, zaczął coś opowiadać i ocierać się o jej czarne legginsy, a te z miejsca pokryły się warstwą rdzawego kurzu. Ponoć to dlatego, że Hulio był utytłany. Nie mam pojęcia, co to znaczy "być utytłanym", my ze Stefanem nigdy chyba nie byliśmy utytłani.

Wyniosła mu potem jedną naszą saszetkę (Wrr!) w szklanej misce, którą ponoć prawie zjadł razem z zawartością saszetki. Gdy wracała z wylizaną, prawie zjedzoną miską, Hulio próbował wepchnąć się nam do mieszkania. Widzieliśmy go ze Stefanem zza Jej nóg. Filował, jakby tu się prześlizgnąć. Obserwowaliśmy go, czujni, by w razie czego nie wpuścić dalej niż za próg. Przecież mało go znamy, na dodatek był utytłany.

Ona tymczasem otrzepała legginsy i poszła do klatki obok, poinformować podwładnych Hulia, że gdyby go szukali, to on jest u nas. Zadzwoniła domofonem, ale nikt nie otworzył. Zadzwoniła więc piętro niżej i odebrał gość, który mieszka z nami przez ścianę, a na jego balkonie bywają czasem dwa psy. Powiedział, że gdy tylko zobaczy huliowych podwładnych, da im znać, by się po kota zgłosili.

Po powrocie do domu Ona wdała się jeszcze z tym gościem w sąsiedzkie pogaduszki przez balkon. Z miejsca bardzo go polubiłem. Usłyszałem, jak mówi o mnie i o Stefanie, że chyba jesteśmy miniaturowymi kotami, bo ich kot, który już nie żyje, był znacznie większy. Ha! I co? A ja się przejmowałem, że jestem monstrualny...

W końcu, po paru godzinach, znalazła się podwładna Hulia. Przyszła i zabrała go do domu. Ona powiedziała potem, że żałuje, że ją wołała, bo to bardzo nieodpowiedzialna osoba. Nazwała ją nie za pięknie, nie będę tu powtarzał, jak. Ponoć Hulio tułał się tak od dwóch dni. Gdy Ona rzekła jego podwładnej, że koty nie powinny tułać się blisko tak ruchliwej ulicy, jak nasza, tamta strzeliła focha. Ona coś tam jeszcze mówiła o jajkach, ale to już nie wiem, o co chodziło. Tak czy inaczej, podwładna Hulia pozostała z fochem  do końca rozmowy i zapomniała nawet podziękować Jej, że zajęła się kotem i uchroniła go od zjedzenia miski. Ona tymczasem zapowiedziała, że następnym razem, jeśli takowy będzie, nie zawoła huliowych podwładnych. O matko, i co wtedy...?

Pozdr.
T.
--------------------
PS. A Podwładną, chociaż minął już prawie miesiąc od akcji z Huliem, ciągle złość ogarnia, jak myśli o tych ludziach, którzy niefrasobliwie wypuszczają młodego, fajnego kota przy ruchliwej ulicy, którą jeździ tramwaj. Na dodatek nie chcą go wykastrować, więc tylko patrzeć, jak w okolicy pojawią się bezdomne kociaki.

PS 2. Na tej focie, zrobionej pewnego dnia, kiedy aparat jeszcze nie był zepsuty, widać, jak kot Hulio spaceruje po dachu nieopodal okien swojego mieszkania.

wtorek, 30 lipca 2013

Szafa gra

Przyniosła mnie tu w moim nowym, fantastycznym kartonie i postawiła, by mi zrobić to mało udane zdjęcie na tle szafy. Po co? Otóż, jest powód! Szafa, którą rzekomo popsułem parę miesięcy temu, uległa naprawieniu.

Przyszli dziś do mnie i do Stefana z wizytą ciotka i wujek, którzy podobno dawno już o nas słyszeli i są fanami mojego pisarstwa. Phi! Nie znaliśmy się wcześniej, czas więc był najwyższy, by się poznać tym bardziej, że Ona zamówiła nam u nich zdjęcia.

Zdjęcia jak zdjęcia, nie jestem stworzony do pozowania, poza tym nie wyczesała mnie wcześniej i liniałem na planie, jak jakiś nie przymierzając łysiejący kocur. Co innego Stefan - rozłożył się na stole i strzelał pozy jak stary wyga modelingu. Był wyraźnie w swoim żywiole. Może niedługo zobaczymy jego zdjęcia na jakiejś rozkładówce.

Ale nie o tym chciałem. Kiedy wychodzili, Ona postanowiła odprowadzić ich na parking. Szukając swoich japonek, napomknęła o zepsutej szafie. A oni na to, że a co się stało, aaa, fakt, Teofil popsuł (jaaa?!), a zobaczmy, co tu nie działa, a masz latarkę, a śrubokręt? Miała. Wzięli się za szafę oboje, pogmerali, posiłowali się, postukali śrubokrętem i nagle oświadczają, że zrobione. Otwiera się i zamyka! Jeździ!

Myślę sobie, że dobrze mieć takich podwładnych, którzy przejawiają smykałkę do domowych napraw. Nie trzeba się martwić, jeśli przypadkowo kopnie się w jakieś drzwi, a gdy życiowe okoliczności zmuszą, to i najmie się taki podwładny na pana od wszystkiego i Kot nie musi bać się, że zabraknie na kulki.

Pozdr.
T.

---------------
PS. A Podwładna jeszcze raz bardzo dziękuje K i M, że drzwi od niechcenia i bezinteresownie naprawili oraz wyraża nadzieję, że Teofil już nigdy w nie nie kopnie.

wtorek, 23 lipca 2013

O rudym, co miał być stajennym

Dawno miałem Wam już opowiedzieć tę historię, ale jakoś tak zleciały dwa tygodnie...  W każdym razie, czuję się już znakomicie. Niestety, byłem wtedy wieziony do weterynarki jeszcze dwa razy i za każdym razem dostawałem zastrzyk w tyłek. Na szczęście, nie próbowała mi już podawać kontrastu, bo oplułbym ją jak nic.

Za każdym z tych trzech razy spotykaliśmy w poczekalni jednego takiego rudego gówniarza. Przychodził z dwiema podwładnymi, małą i dużą, ubrany w czerwone szelki. Elegancik jakiś! Na dodatek dwie podwładne ze sobą ciągnie, w pupie się przewraca od małego.

Siedząc w poczekalni, w ogóle nie wyglądał na zmartwionego tym, że przyszedł do weterynarza. Potem słyszałem jednak, jak darł się w gabinecie. Młode to i jeszcze niekumate, pomyślałem. Nie wie jeszcze, co go czeka. Tak czy inaczej, Jej się bardzo ten rudy podobał. Zagaiła do jego podwładnych i rzekła, że bardzo ładny, a jego duża podwładna przyznała jej rację i dodała, że zawsze chciała mieć rudego kotka. Phi!

Kiedy następnego dnia znowu go spotkaliśmy, Ona postanowiła zapytać, jak rudy ma na imię.
- Sebastian - powiedziała młodsza podwładna, a Ona przyjęła to ze zdziwieniem. Czemu tu się dziwić, pomyślałem. Jednemu jest Teofil, a innemu Sebastian, normalna sprawa.

Gdy siedzieliśmy w poczekalni trzeciego dnia mojej męki, znów przybył Sebastian. Został wniesiony na rękach przez większą podwładną, podczas gdy mniejsza niosła za nim kocyk. Paniczyk! Ona przywitała się z podwładnymi i tym razem zagaiła o stan zdrowia Sebastiana. Chciała wiedzieć, co właściwie mu dolega.

- Ma katar i ucho mu spuchło - rzekła młodsza podwładna. Ona jej na to, że całe szczęście, że nie oko i pyta, a skąd właściwie Seba się wziął. Wówczas odezwała się duża podwładna wyżej wymienionego i wyjaśniła co następuje: pewnego dnia zadzwonił do nich telefon. Duża odebrała, a w telefonie ktoś zapytał, czy nie chcieliby do stajni kotka. Duża na to, że no czemu nie, tylko problem w tym, że to nie jest stajnia, lecz mieszkanie prywatne i że to pomyłka. Głos z drugiej strony wyraźnie zafrasował się, a wtedy duża Seby zapytała, jaki to właściwie jest kot.

- Rudy - powiedział głos. No i było pozamiatane. Seba został przysposobiony do mieszkania prywatnego, zamiast do stajni.

Niestety, Ona tak bardzo zapatrzyła się na Sebę, a potem zasłuchała w historię jego krótkiego życia, że nie zrobiła mu zdjęć. Nie mamy więc czym zilustrować tego wpisu. Musicie sobie zatem wyobrazić małego kociego gówniarza w biało-rudym futrze i czerwonych szelkach. Dość powiedzieć, że jak urośnie, będzie pewnie wyglądał mniej więcej tak:


Ciekawe, czy Seba żałuje, że nie trafił do stajni. Pewnie nie bardzo, skoro taki z niego paniczyk w czerwonych szelkach. ;-)

Pozdr.
T.

poniedziałek, 8 lipca 2013

Monstrualny i zdrajczyni

Wczorajszego dnia zdecydowanie nie mogę zaliczyć do udanych. Dlaczego? A dlatego, że znowu zostałem, wbrew swojej woli, zawieziony do weta. Co gorsza, nie do tego, który jest tuż za rogiem i jedzie się do niego dwie minuty, tylko znacznie, znacznie dalej.

Uprzedzam co wrażliwszych - będzie o rzyganiu.

Ok, przyznaję, narzygałem. I to nie raz. Prawdę mówiąc narzygałem parę ładnych razy. Ona biegała i sprzątała, nawet o piątej rano i miała coraz bardziej zmartwioną minę. Już nawet nie pomstowała, że zarzygałem dokumentnie wszystkie dywaniki. Kupiła mi pastę w tubce, mówiła, że rozpuszcza ona w brzuchu kulki włosowe, która między innymi wyrzygiwałem. Jestem znany z tego, że dokładnie się myję, a czasem myję też Stefana. Niestety, przy okazji połykam w nadmiarze futro, co potem kończy się zwróceniem zgrabnego włochatego balasa na dywanik. Zdarza się to jednak od czasu do czasu, a obecne rzyganie było nieco bardziej intensywne. Dlatego gdy dziś rano wyrzygałem śniadanie zaraz po jego skonsumowaniu, powiedziała, że nie ma bata, jedziemy do weta.

Pech chciał, że wczoraj była niedziela, więc wet, który urzęduje tuż za rogiem i który niedawno pozbawił mnie kła, miał wolne. Nie żebym strasznie chciał jechać akurat do niego, ale jeśli już miałem wybierać, wolałem udać się do gabinetu tuż za rogiem. Tymczasem Ona zapakowała mnie do samochodu i zawiozła na koniec świata, jak się później okazało, do szpitala doktora R., w którym dawno temu spędziłem tydzień na kuracji ogona.

Kiedy powiedziała, że jedziemy do doktora R., poczułem ulgę i nawet trochę się ucieszyłem, bo w sumie fajnie byłoby zobaczyć gościa po tylu latach. Porządnie się mną wtedy zajął. Niestety, na miejscu okazało się, że doktor R. jest na urlopie, a dyżur pełni młoda weterynarka. Gdy otworzyła transporter, w którym przyjechałem, spojrzała na mnie i rzekła:

- Ten kot jest monstrualny...

Gdyby nie to, że byłem ogólnie zajęty byciem zestresowanym i gubieniem sierści z tegoż stresu, zastanowiłbym się, czy powinienem był to uznać za komplement czy wręcz przeciwnie. Usłyszałem tylko, że Ona coś usprawiedliwiająco zamamrotała, że jestem ciągle głodny i nieustannie wołam jeść oraz że biegam o piątej rano, żeby ją na karmienie obudzić. Zdrajczyni ...

Weterynarka stwierdziła, ze trudno jej cokolwiek wyczuć w moim brzuchu i że konieczne jest inne badanie. Ona wzięła mnie więc na ręce i poszliśmy na zaplecze. Przeszliśmy przez sklep, w którym apetycznie pachniało całą masa karm, a na podłodze leżał jakiś czarny kot i weszliśmy do pomieszczenia, gdzie weterynarka kazała położyć mnie na metalowym stole, a potem, o zgrozo, bzyczącą maszyną ogoliła mi pół brzucha. Wycisnęła następnie na mój goły brzuch zimną substancję i zaczęła jeździć po nim grubym patykiem. Kątem oka zauważyłem, że czarny kot, którego mijaliśmy w sklepie, wszedł do pomieszczenia i ułożył się pod metalowym stołem... Zapewne miał niezły ubaw, gdy usłyszał, jak weterynarka oznajmiła, że w moim brzuchu coś świeci i że najlepiej będzie zrobić zdjęcie.

Ze zdjęcia, które było bardziej czarne niż białe, wynikło, że mam w brzuchu jakieś "złogi", może to kule włosowe, a może coś innego. Weterynarka zapytała Ją, czy nie zjadam czasem zabawek. Ona odrzekła, że zabawek nie, ale że lubię memlać folię. Zdrajczyni ...

Weterynarka orzekła, że mi da zastrzyki i kontrast (wtf?). Zastrzyki dostałem w skórę na karku. Jakoś je przebolałem, ale kontrast, który zaaplikowano mi do paszczy, okazał się tak paskudny, że zaplułem nim cały świat. Widząc to weterynarka stwierdziła, że narobiłem niezłego bałaganu, a potem wróciła do tematu monstrualności. Chciała wiedzieć, czy bawię się ze Stefanem i czy się ganiamy, bo powinienem ganiać, żeby schudnąć (!). Ona jej na to, że owszem, ganiam, nawet całkiem intensywnie, ostatnio ganiając zepsułem drzwi od szafy. Zdrajczyni...

Po powrocie do domu byłem tak wykończony, że musiałem zregenerować siły na dywanie w pełnym słońcu, a potem przypomniałem jej, że jestem głodny.


Pozdr.
T.

-----------------------
PS. A Podwładna pragnie uspokoić Czytelników, że Teofil ogólnie czuje się dobrze, więcej nie rzygał, zjadł trochę saszetki z pastą odkłaczającą i udał się na spoczynek. Jutro czyli dziś (poniedziałek) jedziemy na wizytę kontrolną.

niedziela, 30 czerwca 2013

Rzecz o kocie na drzewie

Za oknem naszej kuchni rośnie spore drzewo. Podobno klon. Zazwyczaj na tym drzewie urzędują turwky, a czasem sroki. Dziś jednak, wyjątkowo, na klonie urzędował kot, który wszedł i nie umiał zejść, o czym poinformował całą okolicę donośnym wrzaskiem.

Ona akurat szykowała się do wyjścia z domu i sypała nam kulki do misek, gdy usłyszeliśmy głośne kocie miauczenie dobiegające zza okna. Wyjrzała, żeby sprawdzić, co się dzieje. Myślała najpierw, że miauczy jeden z bezdomniaków, siedzący pod wspomnianym drzewem, jednak po chwili pod drzewem pojawił się facet, który stanął i patrząc w górę zaczął wołać: "Hulio, złaź! Hulio, ty głupku, gdzie wlazłeś, złaź, bo ja po ciebie nie wejdę!". Wtedy Ona zobaczyła na drzewie kota. Siedział tam, gdzie na zdjęciu pokazuje czerwona strzałka i płakał, nic sobie nie robiąc z nawoływań tego faceta.

Popatrzyła chwilę przez okno, po czym wpadła na genialny pomysł. Otworzyła okno i zawołała: "Przepraszam, może panu zniosę drabinę? Będzie pan go mógł dosięgnąć." Facet przystał na tę propozycję i Ona poleciała z drabiną na dół. Nie było jej dobrą chwilę, a gdy wróciła, opowiedziała nam, jak się sprawa zakończyła.

Okazało się, że był to kot tego faceta. Facet mieszka na poddaszu w klatce obok, a kot imieniem Hulio wychodzi przez okno dachowe na dach (!). Dziś z dachu trafił na drzewo i nie umiał z niego zejść, a Facet usłyszał jego miauczenie i wyszedł, by go zdjąć. Niestety, nasza drabina okazała się z krótka. Mimo że facet stanął na najwyższym stopniu, nie mógł dosięgnąć Hulia, a Hulio bał się zejść niżej. Gdy próbowali go wspólnie nakłonić do zejścia, z okna na parterze wychyliła się zaciekawiona całym zdarzeniem sąsiadka. Została poproszona o zorganizowanie jakiejś przynęty dla Hulia i po chwili wróciła z polędwicą sopocką w foliowym woreczku. Niestety mimo machania mu przed nosem smakowitą polędwicą Hulio nie zdecydował się zejść niżej. Wtedy z klatki wyszła inna sąsiadka i rzekła, że ma dłuższą drabinę i może pożyczyć.

Dłuższa drabina okazała się strzałem w dziesiątkę. Facet stanął na jej najwyższym stopniu (a Ona ją przytrzymywała, żeby się z niej nie zwalił z hukiem), wyciągnął się maksymalnie w górę, złapał kota za fraki i zdjął go z drzewa. Hulio okazał się być czarnym kotem sporych gabarytów. Ona powiedziała też, że był to kot z jajami, nie mam jednak pojęcia, co mogła mieć na myśli. Tak czy inaczej, facet grzecznie podziękował za pomoc i oddalił się z Huliem w objęciach, a pod drzewem pojawiła się Czarna z parteru, która wraz z bezdomniakami załapała się na niewykorzystaną podczas akcji polędwicę sopocką.

Niezły hultaj z tego Hulia, muszę przyznać. Istny dachowiec.

Pozdr.
T.
--------------------------
PS. A Podwładna doda, że próbowała przekonać Podwładnego kota Hulia, bo go jaj pozbawił, to nie będzie latał po dachach, narażał się na niebezpieczeństwo i przysparzał światu kolejnych kotów, jednak obawia się, że potrzebna byłaby tu bardziej dogłębna edukacja i większa siła perswazji.

wtorek, 25 czerwca 2013

Na straży

Sporo czasu spędzam ostatnio pilnując jej butów. Nie wynika to wcale z faktu, że sprawiła sobie nowe, na które trzeba mieć oko, by nie ukradli. Rzecz w tym, że buty, podobnie jak i Ona, są teraz dużo częściej w domu. Przestała wychodzić z samego rana i wracać pod wieczór, zostawiając nas samych na całe dnie. Nie zrywa się już bladym świtem, no chyba, że poprosimy o napełnienie misek. Siedzi za to wieczorami do późna, czasem nawet do trzeciej w nocy, a my nie możemy się doprosić, by wyłączyła już ten komputer i żebyśmy wszyscy poszli spać jak należy, do sypialni.

W ciągu dnia też siedzi i stuka, a przecież my ze Stefanem za dnia potrzebujemy dużo snu. Kryjemy się więc w sypialni, a trzeba Wam wiedzieć, że w upalne dni jest to najcieplejsze pomieszczenie w całym domu. Zwłaszcza rano panuje tam istna parówa. Kładziemy się więc na podłodze pod łóżkiem, bo tylko tam można liczyć na chłodzący prąd powietrza i modlimy się, żeby w przerwie swoich zajęć nie przychodziła co chwilę sprawdzać, co robimy, nie smyrała nas w wystające spod narzuty stopy i nie pytała, co tak ciągle śpimy. Śpimy, bo tak. Zawsze spaliśmy w ciągu dnia, a że była tego nieświadoma, bo jej całymi dniami nie było, to już nie nasza wina.

Jej obecność w domu ma też pewne zalety. Obiad dostajemy dużo wcześniej, niż dotychczas. Czasem udaje się go wynegocjować nawet o drugiej. Już nie musimy przepychać się przy automatycznej misce, której jedna komora otwiera się szybciej niż druga. Zostawiała nam często obiad w tej misce, jeśli miała godzinami nie wracać do domu. Mamy też praktycznie nieograniczony dostęp do otwartego balkonu, choć i tak korzystamy z niego tylko wczesnym rankiem i po południu, bo w ciągu dnia - patrz wyżej - śpimy.

Mówi, że teraz najbardziej chciałaby być na swoim, chociaż gdyby jakaś przyjemna fabryka zaproponowała, żeby przychodziła na cały dzień, to też rozważyłaby taką opcję. Nam ze Stefanem jest generalnie wszystko jedno (chociaż obiad o drugiej to jednak niezaprzeczalna korzyść). Cokolwiek jednak będzie robiła, niech robi tak, żeby wystarczyło na kulki i saszetki.

Muszę w przerwach między spaniem, jedzeniem i bywaniem na balkonie mieć ją na oku i stać na straży domowego budżetu. W ostateczności zostanę jej osobistym asystentem.


niedziela, 16 czerwca 2013

Ekstrakcja

Nie udało mi się wymigać od czyszczenia zębów. Domyślałem się, że coś się święci, gdy w środę rano nie dostałem śniadania. Jak co dzień, zacząłem domagać się go koło szóstej, a Ona, zamiast wstać i zaserwować nam kulki z saszetką, owszem, wstała, ale po to, by zamknąć nam przed nosem drzwi od sypialni.

Potem, gdy już wstała na dobre, zamknęła w sypialni mnie, a sama poszła do kuchni ze Stefanem. Stefan potem wygadał mi się, że dostał śniadanie, ona też jadła. Byłem już coraz bardziej wkurzony, ale postanowiłem nie dać tego znać po sobie. Poszedłem na balkon i jak gdyby nigdy nic obserwowałem turkwy.

Nie było mi dane długo tam posiedzieć. Zostałem podstępem zwabiony do mieszkania, złapany, zamknięty w transporterze, a następnie, mimo moich głośnych protestów, zaniesiony do weta, który, jak się okazało, już na nas czekał. Kazał mnie zważyć, zbadał, a potem wraził mi w tyłek igłę z zastrzykiem, po którym wszystko zaczęło mi się rozmywać przed oczami. W uszach poczułem jakby watę, a potem nagle, zamiast u weta, znalazłem się na naszym parkingu za domem. Brykałem sobie w najlepsze, a razem ze mną brykała Czarna z parteru, która namawiała mnie, żebym wskoczył na maskę samochodu, bo maska jest ciepła i można się na niej powygrzewać. Nie miałem jednak śmiałości tego zrobić, ponieważ jedynym samochodem na parkingu był samochód Pana T. Co prawda, był jakiś inny, niż go pamiętałem, czerwony i miał z przodu wierzgającego konika, a nie kółko, jednak wiedziałem, że to samochód Pana T. i nie wypada po nim skakać.

Właśnie miałem to Czarnej powiedzieć, gdy pojawił się biały kot w czarne łaty, który mieszka na podwórzu i wygrzewa się ostatnio na garażowym dachu. Ona podrzuca mu wieczorami Kitty z Biedronki w plastikowej misce. Biały podszedł do nas, wyszczerzył kły (ale miał kamień, ja cię kręcę!) i syknął do Czarnej: "Te, laska, na przyszłość: paszcza precz od mojej miski, czaisz? Masz swoje w domu? Masz? To się od mojego od pi........pip!" Uznałem, że sytuacja robi się nieciekawa i szepnąłem Czarnej, żebyśmy spadali, ale w tym momencie podwórko zniknęło, Czarna i Biały też, znowu poczułem watę w uszach i jak przez mgłę zobaczyłem Ją i weta, pochylających się nade mną.

"Musiałem usunąć mu kieł" - głos weta dochodził jakby zza ściany, ale był wystarczająco wyraźny. "O niee! I jak on teraz będzie wyglądał!?" - rzekła na to Ona, też jakby zza ściany. Chciałem zaprotestować, że jakim prawem, że jak to, mój kieł, nie wyrażałem zgody na ekstrakcję, ale jakoś opadłem z sił. Ponownie obudziłem się w domu, leżałem w kuchni na kocyku, Stefan stał nade mną i wąchając moje ucho łaskotał mnie wibrysami, a ja czułem, ze muszę siku, teraz, natychmiast. Dźwignąłem się i poczułem, że łapy mi się plączą, każda chce iść w inną stronę, a ja przecież muszę iść do łazienki... tu, za róg... już ją widać... to niedaleko... dam radę... jeszcze tylko kilka kroków... już jestem przy kuwecie... wchodzę do środka... ale wysoki ten próg... przednia... przednia... tylna... tylna... jestem... uf, co za ulga... teraz zakopię trochę... ok, wracam...

Tego dnia zasypiałem i budziłem się jeszcze wiele razy. Wieczorem przypomniałem sobie, że już dobę nie miałem nic w pysku, zacząłem więc domagać się kolacji. Niestety Ona powiedziała, że muszę wytrzymać do rana. Cóż było robić. Wdrapałem się na stół, gdzie Ona trzyma komputer, żeby spojrzeć na film, który sobie włączyła. Nie dotrwałem jednak nawet do końca czołówki i zasnąłem snem kamiennym na klawiaturze.

Przyznam, że jeszcze nie oglądałem się w lustrze po ekstrakcji kła. Na razie powoli oswajam się z myślą, że nie mam zęba, ale jestem pewien, że są Koty, którym brak prawego górnego kła może li tylko dodać charakteru. I ja się do nich na bank zaliczam.

Pozdr.
T.

----------------
PS. A Podwładna śpieszy wyjaśnić, że kieł trzeba było usunąć, bo zrobił się pod nim paskudny stan zapalny, którego w ogóle nie było na początku widać. Tak czy inaczej, Teofil ma czyste zęby, a Podwładna nadzieję, że mu tego czyszczenia wystarczy na dłużej niż ostatnio.

sobota, 8 czerwca 2013

O piciu

Bez picia nie ma życia, ja mawiają. Dlatego oddajemy się ze Stefanem piciu często i obficie. Ona twierdzi, że to dobrze, ponieważ przyczyniamy się w ten sposób do prawidłowego działania naszych układów moczowych i zapobiegamy powstawaniu kamieni w pęcherzu oraz wysokiemu pH moczu. Stefan już kiedyś to miał, więc wie, o czym mowa. Ale cóż, jedni mają kamień na zębach, a inni w pęcherzu. Tak czy inaczej, zazwyczaj pijemy wodę, którą Ona udostępnia nam w dwóch miskach. Czasem jednak nie wystarcza nam to i udajemy się wówczas na poszukiwanie innych substancji płynnych, umieszczonych w innych niż miska pojemnikach.

Stefan na przykład pasjami pije kranówę. Wskakuje na kuchenny blat i zaczyna wymownie lizać sitko od kuchennego kranu. Ona, widząc to, podchodzi i odkręca trochę kurek, woda zaczyna ciurkać, a Stefan jest wniebowzięty, bo może sobie pochłeptać u wodopoju. Ją bardzo to dziwi, bo przecież, mówi, obok stoi miska pełna wody, dlaczego więc Stefan preferuje kranówę? Pytałem o to Stefana. Mówi, że ciurkająca woda smakuje znacznie lepiej niż stojąca w misce. Namawiał mnie parę razy, bym spróbował, ale do mnie to jakoś nie przemawia.

Nie dałem się również namówić na picie mleka. Posłuchałem kiedyś, że mleko powoduje u kotów problemy gastryczne, trzymam się więc od niego z dala. Co innego Stefan. Nie tak dawno Ona postawiła na kuchence garnuszek z mlekiem do kawy, by je trochę podgrzać. Zanim podpaliła gaz, wyszła na chwilę z kuchni. Gdy wróciła, zastała Stefana z twarzą w garnuszku, chłepczącego mleko. Zdenerwowała się oczywiście i rzekła, że Stefan ma szczęście, iż nie zdążyła jeszcze podpalić gazu. Fakt, mógł sobie przecież osmalić wibrysy.

Ja natomiast preferuję mleczne produkty sfermentowane. Nie ma dnia, bym nie wycyganił od Niej miseczki jogurtu naturalnego na śniadanie. Moim ostatnim odkryciem jest jednak fantastyczny kwaskowy kefir. Parę dni temu namierzyłem ów kefir na kuchennym blacie, w szklance, przygotowany do skonsumowania wraz ze śniadaniem. Skorzystałem z chwili Jej nieuwagi i gdy oddaliła się na moment, wskoczyłem na blat i przejąłem kontrolę nad szklanką. Fantastyczny smak, mówię wam. Niestety, Ona dość szybko wróciła do kuchni i oświadczyła, bym w takim razie zabierał sobie cały ten kefir, bo ona po mnie i moim kamieniu nazębnym piła nie będzie. Cóż, nie trzeba było mi dwa razy powtarzać.



Pozdr.
T.
-----------------
PS. A Podwładna kupiła dziś w Lidlu większy zapas kefiru na wypadek, gdyby Teofil znów przejął kontrolę nad szklanką.

sobota, 25 maja 2013

Nadzór

Słyszeliśmy ze Stefanem, że zbliża się kolejny długi weekend. Tym razem Ona nigdzie nie zamierza wyruszać. Mówi, że będzie w domu, bo tylko czwartek ma wolny. I bardzo dobrze, ileż można mieć długich weekendów. Ostatecznie, ktoś musi pracować.

To mi jednak przypomina, że nie opowiedziałem Wam o naszym poprzednim długim weekendzie, podczas którego Ona wyjechała do kraju zwanego Szwecją, a z nami zamieszkał Pan T.

Koncepcja spędzenia długiego weekendu we własnym domu, bez konieczności wyjazdu do Dzidki, spodobała nam się, tym bardziej, że wciąż mamy plan, by zaprosić Czarną z parteru. Dlatego, gdy zapytała nas, co my na to, by Pan T. zamieszkał z nami, gdy jej nie będzie, rzekliśmy zgodnie, że się zgadzamy.

Pięć dni Jej nieobecności upłynęło nam bardzo pracowicie. Naszym głównym zajęciem był nadzór nad pracami naprawczo-konserwatorskimi, prowadzonymi w naszym mieszkaniu przez Pana T. Braliśmy między innymi udział w sklejaniu szafki RTV, która rozlazła się pod ciężarem dziesięciotomowej encyklopedii, od wielu lat leżącej na jej dolnej półce. Sklejanie szafki było poważną operacją. Najpierw pomagaliśmy w wybebeszeniu jej, a było co wybebeszać, a potem pilnowaliśmy, czy równo się skleja. Encyklopedia, którą Ona nabyła w czasach, kiedy jeszcze nie było Internetu i teraz nie wie, co z nią zrobić, bardzo się podczas tych prac przydała - posłużyła jako obciążnik. Niestety, dysponujemy tylko tym, jakże kiepskim zdjęciem, dokumentującym wysiłek, jak włożyliśmy w reperacje szafki, która teraz jest jak nowa.

Potem nadzorowaliśmy jeszcze wymianę wylewek w kranach oraz węża od prysznica, jednak te zajęcia nie były nawet w połowie tak zajmujące i angażujące, jak naprawa szafki. Stefan mówi, że więcej nie chciałoby mu się już żadnych robót pilnować, ale ja chętnie ponadzorowałbym coś znowu i mam nadzieję, że wkrótce nadarzy się ku temu okazja. Podsłuchałem, że w poniedziałek ma przyjść ktoś w sprawie kopniętych przez mnie drzwi od szafy wnękowej. Doświadczenie zdobyte podczas reperacji szafki pozwoli mi fachowym okiem spojrzeć na jego pracę. Żaden szczegół mi nie umknie.

Ostatecznie nie zaprosiliśmy Czarnej z parteru na weekend. Sami jednak widzicie, że mieliśmy pełne łapy roboty. Na przyjmowanie gości zabrakło już czasu.

Pozdr.
T.
-----------------
PS. A Podwładna wtrąci tylko, że jeśli ktoś chciałby wejść w posiadanie dziesięciotomowej Encyklopedii Gazety Wyborczej, to chętnie odda, a nawet dowiezie. Może nowi Czytelnicy z biblioteki? :)

PS2. Mała aktualizacja: Podwładna dała się nabrać Teofilowi i nie policzyła tomów encyklopedii. A jest ich w istocie dwadzieścia.... Tym bardziej więc, jeśli ktoś chciałby je wszystkie przygarnąć, zachęcamy do kontaktu!

sobota, 18 maja 2013

Poniedziałek, trzynastego

Zazwyczaj to w piątek trzynastego przytrafiają się ludziom i Kotom różne pechy. Ją natomiast pech dopadł trzynastego, ale w poniedziałek. Rano tego dnia narobiła w domu takiego bałaganu, że nie mogliśmy ze Stefanem uwierzyć, iż to dzieło jednej osoby.

Zaczęło się od ochoty na jajecznicę. Jajecznica jest Jej śniadaniowym daniem weekendowym, jednak tego dnia postanowiła wyjątkowo zrobić ją sobie na poniedziałkowe śniadanie. Otworzyła więc lodówkę, chwyciła lewą ręką papierową foremkę, w której były dwa jaja i prawą ręką wyjęła jedno z nich. W tym momencie sytuacja wymknęła się jej spod kontroli, pewnie dlatego, że nie miała w oczach soczewek, przez które lepiej widzi. Foremka wymsknęła się jej z ręki i chociaż zdążyła ją złapać, jajo w niej będące wyswobodziło się i pofrunęło w stronę podłogi, na której rozbiło się tworząc zółtą kałużę sporych rozmiarów.

Podbiegłem natychmiast do rozbitego jaja i zacząłem chłeptać żółtko, bo taka gratka nie zdarza się codziennie. Zakazała mi jednak tego robić mówiąc, że w jaju może być salmonella. Wzięła mnie pod pachę, odłożyła wciąż trzymane w prawej ręce niezbite jajo na blat i poszła szukać okularów, by móc ocenić sytuację. Gdy dotarliśmy do sypialni, gdzie mogły znajdować się okulary, z kuchni doleciał nas stłumiony, suchy trzask.

"O, niee!" - krzyknęła, puściła mnie na podłogę i, już w okularach na nosie, pobiegła do kuchni, a ja za nią. A w kuchni ... pozostawione na blacie jajo sturlało się do jego krawędzi i spadło na podłogę, tworząc żółtą kałużę sporych rozmiarów, oddaloną od pierwszej o jakieś pięć kroków. Ona zaniemówiła, ja zresztą też. Bo jedną jajecznicę na podłodze jestem w stanie usprawiedliwić. Ale dwie, w tym samym czasie, co gorsza ...?

Gdy już odzyskała głos, zabrała się za sprzątanie najpierw jajecznicy spod lodówki, a potem tej koło szafek, narzekając, że spóźni się do pracy i że jajecznica rozmazuje się, zamiast dać się zetrzeć. Faktycznie, jako naoczny świadek mogę potwierdzić - sprzątanie jajecznicy z podłogi wyglądało na zadanie proste. "Może Perfekcyjna Pani Domu powinna zawrzeć praktyczne porady na temat usuwania jaj z podłogi w kolejnym odcinku swojego programu?" - zamruczała pod nosem.

Kiedy w końcu ostatnie ślady surowych jaj zniknęły z paneli, pośpieszyła robić sobie oko, a następnie śniadanie (jogurt z otrębami, herbata). Ponieważ ma zwyczaj czytać Internet podczas śniadania, konsumuje je w pokoju, gdzie mamy komputer. Zaniosła więc miseczkę z jogurtem, postawiła na stole i wróciła po herbatę, którą zwykła pijać w bardzo starym kubku. Kubkowi dawno temu obtłukło się ucho, a Ona przykleiła je wtedy poksipolem.

Siedziałem akurat pod suszarką z praniem, gdy przechodziła przez przedpokój z tym kubkiem pełnym herbaty. I wtedy nastąpiło coś, czego nikt się nie spodziewał, ani Ona, ani ja. Kubek, bez żadnego powodu, wyleciał jej z ręki na podłogę, uderzył w nią z hukiem, rozpadł na trzy kawałki, a gorąca herbata rozbryznęła się strumieniem tak szerokim, że musiałem odskoczyć, aby mnie nie dosięgnął. Spojrzałem na nią ze zdumieniem, a ona ze zdumieniem spojrzała na ucho od kubka, które zostało jej w ręce....

Trzy katastrofy jednego poranka. Dajecie wiarę?! Ja bym nie dał, gdybym nie widział tego wszystkiego na własne oczy.

Pozdr,
T.

----------------
PS. A Podwładna dorzuci od siebie, że mimo trzech katastrof porannych, o dziwo, nie spóźniła się do pracy. ^_^


niedziela, 12 maja 2013

Jak lew

Sława sławą ale, do licha, nabawiłem się zapalenia dziąseł. Generalnie jestem bardzo zdrowym kotem, nie imają się mnie żadne tam takie, tfu tfu, kaszle czy katary. I raz tylko w życiu byłem w szpitalu. Było to na początku mojej znajomości z Nią, kiedy to spotkała mnie z uszkodzonym ogonem na podwórzu i najpierw dawała jeść, a w końcu zawiozła do szpitala. Spędziłem tam tydzień, podczas gdy Ona była w delegacji.

Zapalenie dziąseł już kiedyś mnie nękało. Nie lubię go, bo niby ogólnie czuję się normalnie, robię to co zwykle, jednak kiedy przychodzi do jedzenia, przypominam sobie, że bolą mnie zęby i dziąsła. Bolą zwłaszcza, kiedy zabieram się za gryzienie kulek, postanawiam więc ich nie gryźć, tylko połykam w całości. Na efekty nie trzeba długo czekać, a poszkodowany zostaje zazwyczaj jeden z dywaników w przedpokoju.

Pierwszy raz zrobiłem taki numer w zeszłą sobotę wieczorem, po jej powrocie z wyjazdu do kraju, w którym łosie ponoć często przebiegają przez ulicę (o naszym urlopie od Niej opowiem Wam następnym razem). Gdy zobaczyła, że zarzygałem dywanik, nie ochrzaniła mnie, jak to zwykła czynić, że czemu nie podłogę, tylko bardzo się zmartwiła. Wiecie, Felicjan i Emil, nasi przyszywani kuzyni, też rzygali, a teraz już ich z nami nie ma :-( Szybko jednak pokumała, o co biega, jak zobaczyła, iż dywanik obdarowany został pochłoniętymi w całości kulkami. Zajrzała mi do paszczy, chociaż broniłem się jak lew i postawiła diagnozę, którą w poniedziałek potwierdził gość w zielonym kitlu z sygnetem na palcu, zwany wetem. Aby jednak mógł ją potwierdzić, musiałem się do niego udać osobiście, na co nie miałem najmniejszej nawet ochoty.

Ona z kolei nie miała ochoty na żadne negocjacje w tej sprawie. Bezceremonialnie zapakowała mnie do transportera i wyniosła do samochodu. Nie omieszkałem zaprotestować oralnie. Protestowałem przez całą drogę, która trwała jakieś 5 minut i nie przestałem nawet na miejscu, gdzie jakaś pani, która wyszła z gabinetu, rzekła: "O, a ja myślałam, ze to jakieś dziecko tak płacze!" Ja ci dam dziecko, pomyślałem, nie było jednak szans na odwet, bo zostałem wniesiony do środka, wyjęty z transportera i poddany oględzinom. Oczywiście broniłem się jak lew i myślałem czmychnąć ze stołu pod szafki, które zlokalizowałem pod ścianą, nie dali mi jednak szans. Wet kazał mnie za to zważyć i tu okazało się, że nic nie przytyłem od ostatniego ważenia. Gwoli ścisłości, nic też nie schudłem. Potem zaś wet zaszedł mnie od tyłu i zdradziecko wraził mi igłę w grzbiet.

Niestety sytuacja powtórzyła się jeszcze dwa razy. Podsłuchałem też coś o usuwaniu kamienia nazębnego. O nie! Po moim trupie! Miałem już usuwany kamień nazębny i wiem, czym to pachnie (Ona twierdzi, że pachnie nieładnie, tak nawiasem mówiąc). Wtedy stało się to poza moją świadomością, a gdy świadomość mi wróciła, byłem tak nieprzytomny, że zsikałem się do transportera. Będę więc bronił mojego kamienia jak lew!

Stay tuned!

Pozdr.
T.

-------------------
PS. Podwładna nadmieni tylko, gwoli ścisłości, że Teofil nie broni się u weta jak lew. Jest bardzo grzeczny, tylko oczy ma jak spodki. Myśl o czmychnięciu pod szafki była w tych oczach wyraźnie widoczna :)

środa, 8 maja 2013

Mówili o nas na mieście

Możecie mi wierzyć lub nie, jednak jest to tak zwany fakt autentyczny. Wczoraj mówili o nas na mieście. Na Starym Mieście na dodatek. Mnie zresztą wcale to nie dziwi. Jestem stworzony do bycia celebrytą. Stefan niekoniecznie, ale kto wie, może i on odnalazłby się w błysku fleszy. Winą za to, że dotąd nie było o nas głośno, możemy spokojnie obarczyć Ją. Nie promuje nas należycie, a przecież uczyła się pijaru i marketingu. Ech ... Ale po kolei.

Przyjechała wczoraj z pracy zziajana i mówi, że zaraz musi lecieć dalej, bo idzie na piwo, jak co wtorek, ale wcześniej chce wpaść na jakieś spotkanie w bibliotece. Nie spodobał mi się ten pomysł, bo oznaczało to, że wypuści nas na balkon na góra pół godziny, a potem go zamknie i pójdzie, a sami widzicie, że pogoda aż się prosi, by z niej korzystać. Powiedziała jednak, że na spotkaniu będą mówili o blogach i blogerach z naszego miasta, uznałem więc, że okej, niech idzie. Może przyniesie mi jakieś nowinki, może dowiem się, co piszą inne koty. Pojechała więc, z fasonem, taksówką! Guzdrała się, tramwaj nie wchodził więc w rachubę, bo w życiu nie zdążyłaby na czas.

Wróciła grubo po dziesiątej i od progu woła, że mówili o nas na mieście. Wychyliłem się więc z kuchni, by nadstawić ucho. Okazało się, że na spotkaniu, na które spóźniła się ostatecznie pół godziny (!), była mowa o blogach ludzi, którzy mieszkają w naszym mieście i piszą o nim lub o przepisach na pyszne potrawy, o książkach, które czytają, o swoich wycieczkach, o sztuce, którą tworzą i tym podobnych historiach. Ona siedziała, słuchała i zastanawiała się, czy też nie zacząć pisać bloga o naszym mieście, gdy nagle na zakończenie prezentacji powerpointowej, na ostatnim slajdzie jej oczom ukazał się blog, który właśnie czytacie. Nasz blog. Mój blog!

Nie do wiary, mówię, skąd o nas wiedzieli? Z internetu, mówi ona. Ponoć była bardzo zaskoczona. I wzruszona. Miała potem swoje pięć minut, by o nas opowiedzieć, ale ponieważ nie była przygotowana na publiczne występy, nie miała kartki, za to miała tremę, to zapomniała powiedzieć, jak się nazywa (!). Dobrze, że powiedziała, jak my się nazywamy i że fotę zrobiła, chociaż marną.

Cóż, ja bym to oczywiście zrobił o niebo lepiej. Rzadko miewam tremę, łatwo nawiązuje kontakty i odznaczam się wybitnymi zdolnościami autoprezentacji. Ponadto jestem rozmowny i mogę swobodnie wypowiadać się na każdy temat. Ach, jaka szkoda, że mnie tam nie było! Tak czy inaczej jednak, zaistnieliśmy na forum publicznym. Niezmiernie mnie to cieszy i mam nadzieję, że to nie ostatni raz.
Stay tuned!

pozdr.
T

-----------------------
PS. A Podwładna doda tylko, że o Teofilu i spółce wspomniano na spotkaniu w ramach tegorocznego Bibliocampu. :)

poniedziałek, 22 kwietnia 2013

Nie ma tego złego

Zima w tym roku przeciągnęła się co prawda do Wielkanocy, ale ostatecznie chyba poszła sobie precz. Wraz z nadejściem wiosny coraz częściej domagamy się ze Stefanem otwierania balkonu. Siadamy przed balkonowymi drzwiami i wywieramy na Nią presję. By spotęgować efekt, Stefan czasem drapie roletę. Gdy w końcu balkon staje otworem, wychodzimy nań, napawamy się coraz cieplejszymi podmuchami wiatru i obserwujemy turkwy, które zastąpiły sikorki i tłumnie pojawiły się na lipach, a jedna siedziała nawet ostatnio na tramwajowej sieci trakcyjnej. Stefan czasem ucieka, bo boi się ryku motocykli, a te również tłumnie wyległy na ulice, zupełnie jak turkwy na lipy.

Na mnie balkon wpływa wyjątkowo energetycznie. Gdy tylko posiedzę już chwilę i popatrzę na turkwy, tramwaje i motocykle, przychodzi czas na trochę ruchu na świeżym powietrzu. Robię tak: startuję z balkonu, wpadam do dużego, tam się rozpędzam, na zakręcie trochę przyhamowuję, żeby nie wypaść z toru na śliskiej podłodze, potem przyspieszam czasem przemieszczając dywaniki w przedpokoju i ląduję na drzwiach przesuwanych od szafy z butami. Wskakuję na drzwi z wielkim impetem, popycham je, one wtedy przesuwają się, szafa się otwiera, a ja wpadam do środka, robię szybki obrót w butach i lecę z powrotem. Przedpokój, wiraż na zakręcie, przyspieszenie na ostatniej prostej w dużym i meta na balkonie przy akompaniamencie odgłosów paszczą, które według Niej słychać na całej ulicy. Wspaniała zabawa!

Niedawno postanowiłem potrenować trochę przy zamkniętym balkonie, pod jej nieobecność. Zupełnie nie wiem, jak do tego doszło, ale na finiszu w przedpokoju tak dynamicznie wskoczyłem na drzwi od szafy, że wyskoczyły z prowadnic. Kiedy Ona przyszła z fabryki i zobaczyła, że drzwi krzywo stoją, strasznie się zdenerwowała. Nakrzyczała na mnie, chociaż na dobrą sprawę nie wiedziała na sto procent, że to ja zawiniłem. Przecież jej przy tym nie było. Próbowała następnie drzwi z powrotem na miejsce wpasować, ale nie szło jej to za bardzo, co jeszcze bardzo ją wkurzyło. Powiedziała, że teraz będzie musiała załatwiać nowe drzwi, albo chociaż rolki, czy co tam one mają i czy zdaję sobie sprawę, ile to będzie kosztowało.

Nie mam najbledszego nawet pojęcia, oczywiście. Bardzo mi przykro, ze zepsułem drzwi. Serio. Chociaż podejrzewam, że mając otwarte permanentnie drzwi będzie bardziej skłonna zrobić w szafie wiosenne porządki, które planuje od zeszłego roku. Może więc nie ma tego złego ... ?

Pozdr.
T.

-----------------------
PS. A Podwładna jeno nadmieni, że drzwi od szafy są od podłogi do sufitu, więc Teofil ma niezłego powera, że je zepsuł.

czwartek, 21 marca 2013

Niestety

Niestety, kot Teofil umie i lubi pisać tylko o w miarę wesołych sprawach. Dziś jest smutna wiadomość do przekazania, dlatego odmówił umieszczenia wpisu. Wyręczy go więc Podwładna, aby z żalem donieść, że kot Emil zatęsknił chyba bardzo za kotem Felicjanem i opuścił nas tydzień temu na zawsze.

Kot Emil mieszkał u Pana T. ponad półtora roku. Przez ten czas zakumplował się z psem Niuńkiem i darł czasem koty z kotem Felicjanem, chociaż tak naprawdę niezmiernie go lubił. Po jego nagłym odejściu w lipcu ubiegłego roku tak bardzo zatęsknił za kocim towarzystwem, że próbując przedostać się na sąsiedni balkon, gdzie mieszkały koty, sfrunął z drugiego piętra do przyblokowych ogródków. Nic nie robił sobie z faktu, że przecież balkon jest zasiatkowany i nie ma którędy wyfrunąć. Wyszedł z tej przygody bez szwanku i chyba więcej strachu najedliśmy się my z Panem T., szukając go pod balkonem, niż on sam.

Kot Emil lubił szatkować kartony, a ponieważ był kotem biurowym (pracował w Biurze Rachunkowym), szczególną estymą darzył kartony po papierze do drukarki. Umiejscawiał się w pustym kartonie i po kawałeczku odgryzał jego brzegi, wypluwając poszarpane ścinki na dywan wokół siebie. W ten sposób skutecznie zaśmiecał biuro i pomagał utylizować makulaturę.

Kot Emil miał swoje własne drzwiczki do toalety oraz osobisty składany fotel turystyczny, na którym stacjonowała brygada włóczkowych miśków, zrobionych na drutach przez ciocię Angelę, mniej więcej takich:



W przypływie dobrego humoru wybierał jednego miśka, brał go w zęby i przenosił w inne miejsce, w którym potem znajdował go Pan T. dziwiąc się, jak też misiek się tam znalazł.

Kot Emil lubił wypijać wodę z dzbanka, w którym stała nać pietruszki. Lubił też chodzić w gości do Pani Basi, sąsiadki z naprzeciwka. Kiedy otwierały się drzwi wejściowe od mieszkania Pana T., bo ktoś akurat wchodził lub wychodził, korzystał ze sposobności, by wyjść na klatkę i zażądać zapukania do sąsiadów. Wpuszczony spędzał u nich trochę czasu, a potem wracał do domu z futrem przesiąkniętym wonią papierosowego dymu, bo oboje sąsiedzi lubią sobie zapalić.

Kot Emil pilnował, by Stefan i Teofil nie chodzili zbyt wiele po kwaterze, kiedy spędzali u niego listopadowe wakacje, bo Podwładna wojażowała po świecie.

Kot Emil nie lubił być transportowany. Nie raz i nie dwa rozkwasił sobie nos o kratkę, próbując wydostać się z transportera, w którym był niesiony do lekarza lub na inną wyprawę, np. na przechowanie pod nieobecność Pana T.

Kota Emila nie zmogła cukrzyca, na którą zapadł parę miesięcy temu, a z której bohatersko wyciągnął go pan T., aplikując mu rano i wieczorem zastrzyki z insuliny. Kota Emila, podobnie jak Kota Felicjana, dopadł wredny wirus, który ukrywa się pod trzyliterowym skrótem - FIP.

Będzie nam go brakowało. A zwłaszcza Panu T.

wtorek, 12 marca 2013

Śpiący

Przepraszam uprzejmie wszystkich moich fanów, ale jestem ostatnio tak bardzo śpiący, że nie mam siły nic dla Was pisać. Zapadłem w spóźniony sen zimowy, mimo że to już marzec i niedźwiedzie oraz świstaki ze snu zimowego zasadniczo właśnie się budzić powinny.

Czuję się jednak w pełni usprawiedliwiony, ponieważ za oknem spadł śnieg i jest zimno jak ...piip ..... Osobiście to dziś rano sprawdzałem wyszedłszy na balkon i zanurzywszy łapę w cienkiej co prawda, ale zawsze, warstwie śniegu pokrywającej posadzkę. Brrr.

I ani śladu mysikrólika, który mógłby nas przecież w tej zawierusze nawiedzić. Jest ponoć ptakiem lubiącym ekstremalnie niskie temperatury. Nic z tego jednak, same nudne gawrony, nawet turwky niewidzialne się zrobiły. Być może odleciały do tak zwanych ciepłych krajów, gdzie koty są szczupłe i szczęśliwe.Nuda.

Dlatego oddaję się błogiej drzemce, ile wlezie. Czasem miewam fascynujące sny. Ona mówi, że macham wtedy łapami i warczę przez sen. Gdy ostatnio tak warczałem, myślała ponoć, że przez sen zobaczyłem dzikiego zwierza. Jakiego tam zwierza...! Dzidka mi się przyśniła, a dawno już na nią nie warczałem.

Cóż, oby do wiosny.
Stay tuned.


środa, 20 lutego 2013

Wstyd sie przyznać

Wstyd się przyznać - mamy bardzo niemodny telewizor. Na dodatek mały. Do niedawna mieliśmy niemniej niemodny, ale przynajmniej dużo większy. Można było znacznie wygodniej się na nim rozsiąść. Mieściliśmy się bez problemu jeden obok drugiego. Niestety zepsuł się już dawno temu i został wyekspediowany za drzwi pokoju, gdzie stoi ekranem do ściany i podobno czeka, aż go zabiorą do elektrośmieci. Czasem łazimy po nim, ale bez przekonania, telewizor stojący na podłodze to jednak nie to samo, co telewizor stojący na szafce RTV.

Ona rzadko włącza ten niemodny i jakże obciachowy mały telewizor. Mówi, że ma dosyć patrzenia na to, co dzieje się w TYM kraju. I że nie ma już żadnego przyzwoitego serialu, który można byłoby śledzić, bo nawet "Na dobre i na złe" zeszło na psy (dobrze, że nie na koty ...). Nawet się jej nie chciało zaprogramować pierdyliarda programów, jakie oferuje nasz dostawca telewizji kablowej. Zakodowała sobie tylko TVN Style, żeby czasem spojrzeć na Perfekcyjną Panią Domu i dowiedzieć się, jak usuwać nasze szlachetne włosie z mebli oraz Domo+, żeby dowiedzieć się w końcu, jak przemeblować nasz duży pokój. I jakie nam kupić fotele, bo przecież nie mamy na czym leżeć. Mamy też Animal Planet, żeby oglądać, jak sobie żyją Koty w innych krajach.

I co? I jajco. Niczego nie oglądamy. Ona ogląda czasem "Na Wspólnej" na tefałenie, jeśli akurat jest wieczorem w domu, a reszty programów w ogóle nie włącza. Wciąż więc nie poznała magicznego sposobu na usuwanie kociego włosia z mebli, nie przemeblowała dużego pokoju, a my nadal nie wiemy, co słychać u Kotów żyjących w innych krajach, gdzieś hen na świecie.

Jesteśmy skazani na słuchanie Programu 3 Polskiego Radia. Czasem nawet zostawia nam włączone radio, jak wychodzi wieczorem, żebyśmy sobie posłuchali np. listy przebojów. Stefan chciał nawet kiedyś zagłosować, ale nie umiał kompa włączyć, a kartek pocztowych już się ponoć nie wysyła.

Cóż, z utęsknieniem czekamy, aż kupi nam duży i płaski telewizor. Po takim telewizorze mogą się ponoć przechadzać nawet bardzo duże Koty.

poniedziałek, 14 stycznia 2013

Walka o władzę

Toczę ostatnio z Nią i ze Stefanem walkę o władzę. Sporna strefa wpływów obejmuje jedno krzesło zwykłe z przytroczoną kraciastą poduszką pod tyłek i jedno krzesło na wypasie, z podłokietnikami i na rzeźbionych nogach, które to meble, wraz ze stołem, są na wyposażeniu naszego kąta jadalniano-biurowego.

Z punktu widzenia mojego i Stefana, najbardziej pożądanym meblem w tym rejonie naszego mieszkania jest owo krzesło z podłokietnikami. Krzesło to, o wyściełanym siedzisku, wyposażone w podusię pod Jej plery, stanowi bardzo ekskluzywną miejscówkę, niemalże tron. Można na nim spać lub leżąc spoglądać przez okno na rozrabiające na lipie kawki i gawrony.


Tron zajmowany jest zgodnie z zasadą "kto pierwszy, ten lepszy" i jeszcze do niedawna startowaliśmy w tym wyścigu wszyscy troje. Całkiem niedawno jednak Ona się wycofała mówiąc, że plery ją bolą, jak na nim siedzi. Rzekła więc, że oddaje nam tron we władanie i żebyśmy dzielili się nim sprawiedliwie.


Nasze dzielenie się tronem wygląda tak, że jeśli ja jestem pierwszy, to Stefan obywa się smakiem i, spoglądając tęsknie w moją stronę, usadawia się na wspomnianym wyżej krześle z przytroczoną poduszka pod tyłek. Niestety, krzesło to jest często-gęsto zajęte przez Nią, wtedy Stefanowi pozostają trzy pozostałe, o wiele mniej atrakcyjne krzesła.

Jeśli jednak to Stefan jakimś cudem pierwszy wskoczy na tron, wtedy przybywam ja i używam całej swojej siły perswazji, by go stamtąd wykurzyć. Najpierw chodzę wokół tronu wydając odgłosy, a jeśli to nie skutkuje, wskakuję na stół, z niego przechodzę na podłokietniki i stojąc na nich zaczynam trącać Stefana łapą. Jeśli to wciąż nie przynosi pożądanego efektu, nachylam się nad Stefanem i gryzę go w kark. Czasem się stawia, a czasem Ona mówi, bym przestał. Z reguły jednak udaje mi się przekonać Stefana do opuszczenia tronu i wtedy z rozkoszą moszczę się na leżącym na siedzisku seledynowym kocyku i odpływam w sen.


Z drugim krzesłem sprawa jest nieco trudniejsza, bo nieważne, czy ja pierwszy je zajmę, czy Stefan, i tak w końcu przychodzi Ona i mówi, żebyśmy spadali, bo ona musi pracować.


Wynika z tego, że w walce o tron z przyległościami ona prowadzi, bo tronu zrzekła się dobrowolnie, a krzesło z kraciastą poduszką ma prawie na wyłączność.

......

Czy ja się w końcu doczekam następcy czerwonego fotela z lożą? Nie sądzę.

Pozdr.
T