niedziela, 30 czerwca 2013

Rzecz o kocie na drzewie

Za oknem naszej kuchni rośnie spore drzewo. Podobno klon. Zazwyczaj na tym drzewie urzędują turwky, a czasem sroki. Dziś jednak, wyjątkowo, na klonie urzędował kot, który wszedł i nie umiał zejść, o czym poinformował całą okolicę donośnym wrzaskiem.

Ona akurat szykowała się do wyjścia z domu i sypała nam kulki do misek, gdy usłyszeliśmy głośne kocie miauczenie dobiegające zza okna. Wyjrzała, żeby sprawdzić, co się dzieje. Myślała najpierw, że miauczy jeden z bezdomniaków, siedzący pod wspomnianym drzewem, jednak po chwili pod drzewem pojawił się facet, który stanął i patrząc w górę zaczął wołać: "Hulio, złaź! Hulio, ty głupku, gdzie wlazłeś, złaź, bo ja po ciebie nie wejdę!". Wtedy Ona zobaczyła na drzewie kota. Siedział tam, gdzie na zdjęciu pokazuje czerwona strzałka i płakał, nic sobie nie robiąc z nawoływań tego faceta.

Popatrzyła chwilę przez okno, po czym wpadła na genialny pomysł. Otworzyła okno i zawołała: "Przepraszam, może panu zniosę drabinę? Będzie pan go mógł dosięgnąć." Facet przystał na tę propozycję i Ona poleciała z drabiną na dół. Nie było jej dobrą chwilę, a gdy wróciła, opowiedziała nam, jak się sprawa zakończyła.

Okazało się, że był to kot tego faceta. Facet mieszka na poddaszu w klatce obok, a kot imieniem Hulio wychodzi przez okno dachowe na dach (!). Dziś z dachu trafił na drzewo i nie umiał z niego zejść, a Facet usłyszał jego miauczenie i wyszedł, by go zdjąć. Niestety, nasza drabina okazała się z krótka. Mimo że facet stanął na najwyższym stopniu, nie mógł dosięgnąć Hulia, a Hulio bał się zejść niżej. Gdy próbowali go wspólnie nakłonić do zejścia, z okna na parterze wychyliła się zaciekawiona całym zdarzeniem sąsiadka. Została poproszona o zorganizowanie jakiejś przynęty dla Hulia i po chwili wróciła z polędwicą sopocką w foliowym woreczku. Niestety mimo machania mu przed nosem smakowitą polędwicą Hulio nie zdecydował się zejść niżej. Wtedy z klatki wyszła inna sąsiadka i rzekła, że ma dłuższą drabinę i może pożyczyć.

Dłuższa drabina okazała się strzałem w dziesiątkę. Facet stanął na jej najwyższym stopniu (a Ona ją przytrzymywała, żeby się z niej nie zwalił z hukiem), wyciągnął się maksymalnie w górę, złapał kota za fraki i zdjął go z drzewa. Hulio okazał się być czarnym kotem sporych gabarytów. Ona powiedziała też, że był to kot z jajami, nie mam jednak pojęcia, co mogła mieć na myśli. Tak czy inaczej, facet grzecznie podziękował za pomoc i oddalił się z Huliem w objęciach, a pod drzewem pojawiła się Czarna z parteru, która wraz z bezdomniakami załapała się na niewykorzystaną podczas akcji polędwicę sopocką.

Niezły hultaj z tego Hulia, muszę przyznać. Istny dachowiec.

Pozdr.
T.
--------------------------
PS. A Podwładna doda, że próbowała przekonać Podwładnego kota Hulia, bo go jaj pozbawił, to nie będzie latał po dachach, narażał się na niebezpieczeństwo i przysparzał światu kolejnych kotów, jednak obawia się, że potrzebna byłaby tu bardziej dogłębna edukacja i większa siła perswazji.

wtorek, 25 czerwca 2013

Na straży

Sporo czasu spędzam ostatnio pilnując jej butów. Nie wynika to wcale z faktu, że sprawiła sobie nowe, na które trzeba mieć oko, by nie ukradli. Rzecz w tym, że buty, podobnie jak i Ona, są teraz dużo częściej w domu. Przestała wychodzić z samego rana i wracać pod wieczór, zostawiając nas samych na całe dnie. Nie zrywa się już bladym świtem, no chyba, że poprosimy o napełnienie misek. Siedzi za to wieczorami do późna, czasem nawet do trzeciej w nocy, a my nie możemy się doprosić, by wyłączyła już ten komputer i żebyśmy wszyscy poszli spać jak należy, do sypialni.

W ciągu dnia też siedzi i stuka, a przecież my ze Stefanem za dnia potrzebujemy dużo snu. Kryjemy się więc w sypialni, a trzeba Wam wiedzieć, że w upalne dni jest to najcieplejsze pomieszczenie w całym domu. Zwłaszcza rano panuje tam istna parówa. Kładziemy się więc na podłodze pod łóżkiem, bo tylko tam można liczyć na chłodzący prąd powietrza i modlimy się, żeby w przerwie swoich zajęć nie przychodziła co chwilę sprawdzać, co robimy, nie smyrała nas w wystające spod narzuty stopy i nie pytała, co tak ciągle śpimy. Śpimy, bo tak. Zawsze spaliśmy w ciągu dnia, a że była tego nieświadoma, bo jej całymi dniami nie było, to już nie nasza wina.

Jej obecność w domu ma też pewne zalety. Obiad dostajemy dużo wcześniej, niż dotychczas. Czasem udaje się go wynegocjować nawet o drugiej. Już nie musimy przepychać się przy automatycznej misce, której jedna komora otwiera się szybciej niż druga. Zostawiała nam często obiad w tej misce, jeśli miała godzinami nie wracać do domu. Mamy też praktycznie nieograniczony dostęp do otwartego balkonu, choć i tak korzystamy z niego tylko wczesnym rankiem i po południu, bo w ciągu dnia - patrz wyżej - śpimy.

Mówi, że teraz najbardziej chciałaby być na swoim, chociaż gdyby jakaś przyjemna fabryka zaproponowała, żeby przychodziła na cały dzień, to też rozważyłaby taką opcję. Nam ze Stefanem jest generalnie wszystko jedno (chociaż obiad o drugiej to jednak niezaprzeczalna korzyść). Cokolwiek jednak będzie robiła, niech robi tak, żeby wystarczyło na kulki i saszetki.

Muszę w przerwach między spaniem, jedzeniem i bywaniem na balkonie mieć ją na oku i stać na straży domowego budżetu. W ostateczności zostanę jej osobistym asystentem.


niedziela, 16 czerwca 2013

Ekstrakcja

Nie udało mi się wymigać od czyszczenia zębów. Domyślałem się, że coś się święci, gdy w środę rano nie dostałem śniadania. Jak co dzień, zacząłem domagać się go koło szóstej, a Ona, zamiast wstać i zaserwować nam kulki z saszetką, owszem, wstała, ale po to, by zamknąć nam przed nosem drzwi od sypialni.

Potem, gdy już wstała na dobre, zamknęła w sypialni mnie, a sama poszła do kuchni ze Stefanem. Stefan potem wygadał mi się, że dostał śniadanie, ona też jadła. Byłem już coraz bardziej wkurzony, ale postanowiłem nie dać tego znać po sobie. Poszedłem na balkon i jak gdyby nigdy nic obserwowałem turkwy.

Nie było mi dane długo tam posiedzieć. Zostałem podstępem zwabiony do mieszkania, złapany, zamknięty w transporterze, a następnie, mimo moich głośnych protestów, zaniesiony do weta, który, jak się okazało, już na nas czekał. Kazał mnie zważyć, zbadał, a potem wraził mi w tyłek igłę z zastrzykiem, po którym wszystko zaczęło mi się rozmywać przed oczami. W uszach poczułem jakby watę, a potem nagle, zamiast u weta, znalazłem się na naszym parkingu za domem. Brykałem sobie w najlepsze, a razem ze mną brykała Czarna z parteru, która namawiała mnie, żebym wskoczył na maskę samochodu, bo maska jest ciepła i można się na niej powygrzewać. Nie miałem jednak śmiałości tego zrobić, ponieważ jedynym samochodem na parkingu był samochód Pana T. Co prawda, był jakiś inny, niż go pamiętałem, czerwony i miał z przodu wierzgającego konika, a nie kółko, jednak wiedziałem, że to samochód Pana T. i nie wypada po nim skakać.

Właśnie miałem to Czarnej powiedzieć, gdy pojawił się biały kot w czarne łaty, który mieszka na podwórzu i wygrzewa się ostatnio na garażowym dachu. Ona podrzuca mu wieczorami Kitty z Biedronki w plastikowej misce. Biały podszedł do nas, wyszczerzył kły (ale miał kamień, ja cię kręcę!) i syknął do Czarnej: "Te, laska, na przyszłość: paszcza precz od mojej miski, czaisz? Masz swoje w domu? Masz? To się od mojego od pi........pip!" Uznałem, że sytuacja robi się nieciekawa i szepnąłem Czarnej, żebyśmy spadali, ale w tym momencie podwórko zniknęło, Czarna i Biały też, znowu poczułem watę w uszach i jak przez mgłę zobaczyłem Ją i weta, pochylających się nade mną.

"Musiałem usunąć mu kieł" - głos weta dochodził jakby zza ściany, ale był wystarczająco wyraźny. "O niee! I jak on teraz będzie wyglądał!?" - rzekła na to Ona, też jakby zza ściany. Chciałem zaprotestować, że jakim prawem, że jak to, mój kieł, nie wyrażałem zgody na ekstrakcję, ale jakoś opadłem z sił. Ponownie obudziłem się w domu, leżałem w kuchni na kocyku, Stefan stał nade mną i wąchając moje ucho łaskotał mnie wibrysami, a ja czułem, ze muszę siku, teraz, natychmiast. Dźwignąłem się i poczułem, że łapy mi się plączą, każda chce iść w inną stronę, a ja przecież muszę iść do łazienki... tu, za róg... już ją widać... to niedaleko... dam radę... jeszcze tylko kilka kroków... już jestem przy kuwecie... wchodzę do środka... ale wysoki ten próg... przednia... przednia... tylna... tylna... jestem... uf, co za ulga... teraz zakopię trochę... ok, wracam...

Tego dnia zasypiałem i budziłem się jeszcze wiele razy. Wieczorem przypomniałem sobie, że już dobę nie miałem nic w pysku, zacząłem więc domagać się kolacji. Niestety Ona powiedziała, że muszę wytrzymać do rana. Cóż było robić. Wdrapałem się na stół, gdzie Ona trzyma komputer, żeby spojrzeć na film, który sobie włączyła. Nie dotrwałem jednak nawet do końca czołówki i zasnąłem snem kamiennym na klawiaturze.

Przyznam, że jeszcze nie oglądałem się w lustrze po ekstrakcji kła. Na razie powoli oswajam się z myślą, że nie mam zęba, ale jestem pewien, że są Koty, którym brak prawego górnego kła może li tylko dodać charakteru. I ja się do nich na bank zaliczam.

Pozdr.
T.

----------------
PS. A Podwładna śpieszy wyjaśnić, że kieł trzeba było usunąć, bo zrobił się pod nim paskudny stan zapalny, którego w ogóle nie było na początku widać. Tak czy inaczej, Teofil ma czyste zęby, a Podwładna nadzieję, że mu tego czyszczenia wystarczy na dłużej niż ostatnio.

sobota, 8 czerwca 2013

O piciu

Bez picia nie ma życia, ja mawiają. Dlatego oddajemy się ze Stefanem piciu często i obficie. Ona twierdzi, że to dobrze, ponieważ przyczyniamy się w ten sposób do prawidłowego działania naszych układów moczowych i zapobiegamy powstawaniu kamieni w pęcherzu oraz wysokiemu pH moczu. Stefan już kiedyś to miał, więc wie, o czym mowa. Ale cóż, jedni mają kamień na zębach, a inni w pęcherzu. Tak czy inaczej, zazwyczaj pijemy wodę, którą Ona udostępnia nam w dwóch miskach. Czasem jednak nie wystarcza nam to i udajemy się wówczas na poszukiwanie innych substancji płynnych, umieszczonych w innych niż miska pojemnikach.

Stefan na przykład pasjami pije kranówę. Wskakuje na kuchenny blat i zaczyna wymownie lizać sitko od kuchennego kranu. Ona, widząc to, podchodzi i odkręca trochę kurek, woda zaczyna ciurkać, a Stefan jest wniebowzięty, bo może sobie pochłeptać u wodopoju. Ją bardzo to dziwi, bo przecież, mówi, obok stoi miska pełna wody, dlaczego więc Stefan preferuje kranówę? Pytałem o to Stefana. Mówi, że ciurkająca woda smakuje znacznie lepiej niż stojąca w misce. Namawiał mnie parę razy, bym spróbował, ale do mnie to jakoś nie przemawia.

Nie dałem się również namówić na picie mleka. Posłuchałem kiedyś, że mleko powoduje u kotów problemy gastryczne, trzymam się więc od niego z dala. Co innego Stefan. Nie tak dawno Ona postawiła na kuchence garnuszek z mlekiem do kawy, by je trochę podgrzać. Zanim podpaliła gaz, wyszła na chwilę z kuchni. Gdy wróciła, zastała Stefana z twarzą w garnuszku, chłepczącego mleko. Zdenerwowała się oczywiście i rzekła, że Stefan ma szczęście, iż nie zdążyła jeszcze podpalić gazu. Fakt, mógł sobie przecież osmalić wibrysy.

Ja natomiast preferuję mleczne produkty sfermentowane. Nie ma dnia, bym nie wycyganił od Niej miseczki jogurtu naturalnego na śniadanie. Moim ostatnim odkryciem jest jednak fantastyczny kwaskowy kefir. Parę dni temu namierzyłem ów kefir na kuchennym blacie, w szklance, przygotowany do skonsumowania wraz ze śniadaniem. Skorzystałem z chwili Jej nieuwagi i gdy oddaliła się na moment, wskoczyłem na blat i przejąłem kontrolę nad szklanką. Fantastyczny smak, mówię wam. Niestety, Ona dość szybko wróciła do kuchni i oświadczyła, bym w takim razie zabierał sobie cały ten kefir, bo ona po mnie i moim kamieniu nazębnym piła nie będzie. Cóż, nie trzeba było mi dwa razy powtarzać.



Pozdr.
T.
-----------------
PS. A Podwładna kupiła dziś w Lidlu większy zapas kefiru na wypadek, gdyby Teofil znów przejął kontrolę nad szklanką.