sobota, 18 maja 2013

Poniedziałek, trzynastego

Zazwyczaj to w piątek trzynastego przytrafiają się ludziom i Kotom różne pechy. Ją natomiast pech dopadł trzynastego, ale w poniedziałek. Rano tego dnia narobiła w domu takiego bałaganu, że nie mogliśmy ze Stefanem uwierzyć, iż to dzieło jednej osoby.

Zaczęło się od ochoty na jajecznicę. Jajecznica jest Jej śniadaniowym daniem weekendowym, jednak tego dnia postanowiła wyjątkowo zrobić ją sobie na poniedziałkowe śniadanie. Otworzyła więc lodówkę, chwyciła lewą ręką papierową foremkę, w której były dwa jaja i prawą ręką wyjęła jedno z nich. W tym momencie sytuacja wymknęła się jej spod kontroli, pewnie dlatego, że nie miała w oczach soczewek, przez które lepiej widzi. Foremka wymsknęła się jej z ręki i chociaż zdążyła ją złapać, jajo w niej będące wyswobodziło się i pofrunęło w stronę podłogi, na której rozbiło się tworząc zółtą kałużę sporych rozmiarów.

Podbiegłem natychmiast do rozbitego jaja i zacząłem chłeptać żółtko, bo taka gratka nie zdarza się codziennie. Zakazała mi jednak tego robić mówiąc, że w jaju może być salmonella. Wzięła mnie pod pachę, odłożyła wciąż trzymane w prawej ręce niezbite jajo na blat i poszła szukać okularów, by móc ocenić sytuację. Gdy dotarliśmy do sypialni, gdzie mogły znajdować się okulary, z kuchni doleciał nas stłumiony, suchy trzask.

"O, niee!" - krzyknęła, puściła mnie na podłogę i, już w okularach na nosie, pobiegła do kuchni, a ja za nią. A w kuchni ... pozostawione na blacie jajo sturlało się do jego krawędzi i spadło na podłogę, tworząc żółtą kałużę sporych rozmiarów, oddaloną od pierwszej o jakieś pięć kroków. Ona zaniemówiła, ja zresztą też. Bo jedną jajecznicę na podłodze jestem w stanie usprawiedliwić. Ale dwie, w tym samym czasie, co gorsza ...?

Gdy już odzyskała głos, zabrała się za sprzątanie najpierw jajecznicy spod lodówki, a potem tej koło szafek, narzekając, że spóźni się do pracy i że jajecznica rozmazuje się, zamiast dać się zetrzeć. Faktycznie, jako naoczny świadek mogę potwierdzić - sprzątanie jajecznicy z podłogi wyglądało na zadanie proste. "Może Perfekcyjna Pani Domu powinna zawrzeć praktyczne porady na temat usuwania jaj z podłogi w kolejnym odcinku swojego programu?" - zamruczała pod nosem.

Kiedy w końcu ostatnie ślady surowych jaj zniknęły z paneli, pośpieszyła robić sobie oko, a następnie śniadanie (jogurt z otrębami, herbata). Ponieważ ma zwyczaj czytać Internet podczas śniadania, konsumuje je w pokoju, gdzie mamy komputer. Zaniosła więc miseczkę z jogurtem, postawiła na stole i wróciła po herbatę, którą zwykła pijać w bardzo starym kubku. Kubkowi dawno temu obtłukło się ucho, a Ona przykleiła je wtedy poksipolem.

Siedziałem akurat pod suszarką z praniem, gdy przechodziła przez przedpokój z tym kubkiem pełnym herbaty. I wtedy nastąpiło coś, czego nikt się nie spodziewał, ani Ona, ani ja. Kubek, bez żadnego powodu, wyleciał jej z ręki na podłogę, uderzył w nią z hukiem, rozpadł na trzy kawałki, a gorąca herbata rozbryznęła się strumieniem tak szerokim, że musiałem odskoczyć, aby mnie nie dosięgnął. Spojrzałem na nią ze zdumieniem, a ona ze zdumieniem spojrzała na ucho od kubka, które zostało jej w ręce....

Trzy katastrofy jednego poranka. Dajecie wiarę?! Ja bym nie dał, gdybym nie widział tego wszystkiego na własne oczy.

Pozdr,
T.

----------------
PS. A Podwładna dorzuci od siebie, że mimo trzech katastrof porannych, o dziwo, nie spóźniła się do pracy. ^_^