piątek, 16 sierpnia 2013

O Huliu tułaczu

Wiem, że miałem Wam pokazać zdjęcia z sesji, która zakończyła się naprawą szafy, ale ona mi na razie nie pozwoliła. Póki co więc spieszę przekazać Wam ostatnie wieści o kocie Hulio tym bardziej, że od wydarzeń, o których będzie mowa, minęło już trochę czasu.

To była ostatnia niedziela lipca. Ona siedziała od rana i czytała, mając w nosie cały świat łącznie z nami. W pewnej chwili doszła ją jednak woń niewyniesionych śmieci (frakcja mokra), wstała więc od stołu, zawiązała worek, założyła japonki i wyszła na korytarz. Zanim zamknęła za sobą drzwi, usłyszałem jeszcze, że coś do kogoś powiedziała.

Wróciła po dłuższej chwili mocno zaaferowana. Zadzwoniła gdzieś telefonem i podsłuchałem, jak opowiadała, że na klatce spotkała kota Hulio. Okazało się, że kiedy wyszła ze śmieciami, zobaczyła czarnego kota zwiniętego w kłębek na wycieraczce mieszkania naprzeciwko. W pierwszej chwili myślała, że to Czarna z parteru i zagaiła do niej, czy aby nie pomyliła adresu. Domniemana Czarna wstała z wycieraczki, a wtedy Ona stwierdziła, że to nie Czarna. Był to kot Hulio we własnej osobie. Podszedł do Niej, zaczął coś opowiadać i ocierać się o jej czarne legginsy, a te z miejsca pokryły się warstwą rdzawego kurzu. Ponoć to dlatego, że Hulio był utytłany. Nie mam pojęcia, co to znaczy "być utytłanym", my ze Stefanem nigdy chyba nie byliśmy utytłani.

Wyniosła mu potem jedną naszą saszetkę (Wrr!) w szklanej misce, którą ponoć prawie zjadł razem z zawartością saszetki. Gdy wracała z wylizaną, prawie zjedzoną miską, Hulio próbował wepchnąć się nam do mieszkania. Widzieliśmy go ze Stefanem zza Jej nóg. Filował, jakby tu się prześlizgnąć. Obserwowaliśmy go, czujni, by w razie czego nie wpuścić dalej niż za próg. Przecież mało go znamy, na dodatek był utytłany.

Ona tymczasem otrzepała legginsy i poszła do klatki obok, poinformować podwładnych Hulia, że gdyby go szukali, to on jest u nas. Zadzwoniła domofonem, ale nikt nie otworzył. Zadzwoniła więc piętro niżej i odebrał gość, który mieszka z nami przez ścianę, a na jego balkonie bywają czasem dwa psy. Powiedział, że gdy tylko zobaczy huliowych podwładnych, da im znać, by się po kota zgłosili.

Po powrocie do domu Ona wdała się jeszcze z tym gościem w sąsiedzkie pogaduszki przez balkon. Z miejsca bardzo go polubiłem. Usłyszałem, jak mówi o mnie i o Stefanie, że chyba jesteśmy miniaturowymi kotami, bo ich kot, który już nie żyje, był znacznie większy. Ha! I co? A ja się przejmowałem, że jestem monstrualny...

W końcu, po paru godzinach, znalazła się podwładna Hulia. Przyszła i zabrała go do domu. Ona powiedziała potem, że żałuje, że ją wołała, bo to bardzo nieodpowiedzialna osoba. Nazwała ją nie za pięknie, nie będę tu powtarzał, jak. Ponoć Hulio tułał się tak od dwóch dni. Gdy Ona rzekła jego podwładnej, że koty nie powinny tułać się blisko tak ruchliwej ulicy, jak nasza, tamta strzeliła focha. Ona coś tam jeszcze mówiła o jajkach, ale to już nie wiem, o co chodziło. Tak czy inaczej, podwładna Hulia pozostała z fochem  do końca rozmowy i zapomniała nawet podziękować Jej, że zajęła się kotem i uchroniła go od zjedzenia miski. Ona tymczasem zapowiedziała, że następnym razem, jeśli takowy będzie, nie zawoła huliowych podwładnych. O matko, i co wtedy...?

Pozdr.
T.
--------------------
PS. A Podwładną, chociaż minął już prawie miesiąc od akcji z Huliem, ciągle złość ogarnia, jak myśli o tych ludziach, którzy niefrasobliwie wypuszczają młodego, fajnego kota przy ruchliwej ulicy, którą jeździ tramwaj. Na dodatek nie chcą go wykastrować, więc tylko patrzeć, jak w okolicy pojawią się bezdomne kociaki.

PS 2. Na tej focie, zrobionej pewnego dnia, kiedy aparat jeszcze nie był zepsuty, widać, jak kot Hulio spaceruje po dachu nieopodal okien swojego mieszkania.