piątek, 20 grudnia 2013

Zrobieni na różowo

Nie mogę ostatnio dorwać się do laptopa. Ona ciągle siedzi i pisze. Dlatego nie opowiedziałem Wam dotychczas o wizycie jednej takiej gówniary, która mieszkała u nas przez tydzień na początku listopada.

Przyjechała pewnego dnia w różowym transporterze, z różową miską i różowymi piórkami na wędce. Ona powiedziała, że to nasza nowa koleżanka (phi!) i nazywa się Femka. Chyba Hello Kitty, pomyślałem. Dodała, że koleżanka Femka będzie u nas mieszkała przez tydzień, aż jej podwładna wróci z urlopu.

Zaglądamy ze Stefanem do różowego transportera, a tam młode i nieopierzone dziewczę. Siedzi i fuka. Eeeech, pomyślałem, żeby chociaż jakaś dorosła dziewczyna, jak Czarna z parteru, a nie taka młodzież kocia. Ale co było robić. Jak się nie ma, co się lubi... Przyjęliśmy z otwartymi ramionami, powitaliśmy chlebem i solą, zagailiśmy przyjaźnie. A ta syczy i nie chce z nami gadać.

Foch koleżanki Femki trwał cały następny dzień. Potem z wolna zaczęła się rozkręcać, aż rozkręciła się do tego stopnia, że musieliśmy ze Stefanem na nią uważać. Zaczęła na nas polować i chodziła bokiem z najeżonym ogonem, chcąc nas zastraszyć. Zamordowała nam różową świnkę z włóczki, której żaden z nas nawet nie śmiał tknąć. Z pewnością dopadła ją dlatego, że jest różowa.


 Uwzięła się szczególnie na Stefana, którego zdzieliła parę razy łapą po nosie i próbowała mu odgryźć ogon. 



Musicie przyznać, że Stefan wykazał się wyjątkową cierpliwością, taktem i wyrozumiałością. Mówi, że chciał być uprzejmy, bo, jak mawiają, gość, choć cham, to swoje prawa ma. Ja bym nie zdzierżył, by jakaś dziatwa kocia tak mi ogon obrabiała. Oberwałaby po głowie już po pięciu sekundach.

Koleżanka Femka wyjadała nam kulki z misek, w pogardzie mając swoją różową i jej zawartość. Pogoniłem ją parę razy, Stefan jednak dawał się odpędzać, fajtłapa jeden.

Przyjechała ze swoją kuwetą, nie różową co prawda, lecz beżową, ale wolała korzystać z naszej. W kuwecie załatwiała nie tylko to, co każdy szanujący się i dbający o porządek kot tam załatwia. Używała jej też w charakterze piaskownicy i placu zabaw, zabierając do środka nasze myszki lub, o zgrozo, wspomnianą wyżej różową świnkę. Zdarzało się więc, że kuweta była zajęta, kiedy akurat chcieliśmy ze Stefanem z niej skorzystać. Nie pozostawało nam wtedy nic innego, jak udać się do ciasnej i odkrytej kuwety, którą przywiozła i tam na widoku załatwić swoje sprawy.


Postanowiłem zemścić się, zajmując jej różowy transporter. Siedziałem tam do oporu, miałem jednak nieprzyjemne wrażenie, że Femka nic sobie  tego nie robi.


W końcu, po tygodniu, koleżanka Femka pojechała do domu, zabierając ze sobą prawie wszystkie nasze myszki. Ona maczała w tym palce. Spakowała jej myszki na drogę mówiąc, że my i tak nie bawimy się nimi, bo wolimy guziki, korki od mleka, migdałki oraz oczy. No i co z tego, że się nie bawimy, pytam!? To były nasze myszki. Nasze. Kategorycznie zażądałem ich zwrotu, ale w odpowiedzi dostałem od Niej kolejny korek od mleka. Ech. Cale szczęście, że różowej świnki jej nie oddała. Jest już co prawda zamordowana, ale wciąż nasza.

Pozdr.
T.
----------------------

PS. A Podwładna doda, że Femka to rodowita kolbudzianka, z Kolbud koło Gdańska. Pewnego wrześniowego dnia została podrzucona do ogrodu przyjaciół. Jej podwładna początkowo nie czuła się na siłach adoptować miesięcznego kota. Teraz jednak z pewnością uważa, że ten, kto podrzucił Femkę, wybrał właściwy ogród.