piątek, 12 grudnia 2014

Świąteczna zbiórka na koty

Słuchajcie, trochę dałem ciała i zapomniałem wcześniej Was zawiadomić. Ale lepiej późno niż wcale, więc szybko mówię, o co chodzi. A mówię przede wszystkim do moich sympatyków z Trójmiasta i okolic. Chociaż gdyby ktoś chciał z dalszych rejonów przybyć, to będziemy bardzo szczęśliwi.

Jutro i pojutrze w Galerii Bałtyckiej jest zbiórka przedświąteczna na Pomorski Koci Dom Tymczasowy. Będą do kupienia kalendarze na Nowy Rok i całe mnóstwo gadżetów i ozdóbek, które dziś jeszcze zalegają u nas w sypialni, ale już jutro będą na stoisku.


Gadżety są wszystkie ręcznie robione. Z tego co widziałem, są miśki z włóczki, kolczyki z filcu, wisiorki z obrazkiem, ozdoby na choinkę i wiele innych rzeczy, które są na razie u innych Podwładnych innych Kotów.

Kalendarz jest o kotach, psach i innych zwierzętach. Bardzo elegancki.


Więc w każdym razie, razem z Nią zapraszamy Was bardzo. Możecie kupić sobie ozdóbkę, kalendarz, albo po prostu wrzucić grosz do skarbonki dla takich kotów jak kiedyś Biała, Ludwik albo ta Adela, która nam zakosiła transporter. 

Akcja startuje jutro (sobota) o 11.00 i potrwa do 20.00. I w niedzielę tak samo. Ona każe mi dopisać, że trzeba się kierować na poziom 0, wejście od Grunwaldzkiej, koło salonu Kruk. 

Jeśli chcielibyście dorzucić jakiś rękodzielniczy gadżet do puli, to też śmiało wpadajcie. :)

A tak było w zeszłym roku (miętosi jakiegoś obcego kota, jak widać na załączonym obrazku):



Pozdr.
T.
----------
PS. A Podwładna dołącza się do zaproszenia. Będzie tam osobiście w niedzielę od 11.00 do 14.00. :)

***
PS 2. Należy się update. Podczas dwóch dni zbiórki, dzięki sprzedaży kalendarzy, ekotoreb, magnesów i pięknego rękodzieła, przekazanego przez sympatyków i przyjaciół, w skarbonkach PKDT znalazło się... 5000 zł! Wielkie dzięki dla wszystkich, którzy byli, wspierali, ofiarowali i pomagali :)


niedziela, 7 grudnia 2014

Od przybytku głowa nie boli

Nie wiem, co się dzieje, ale u nas ostatnio na bogato. Dostaliśmy nowe miejsca do leżenia. I to żeby jedno! Dostaliśmy trzy z dachem i dwa bez. A wcale nie byliśmy specjalnie grzeczni.

Najpierw przyjechały białe, pluszowe poduszki na parapet. Wcześniej w tym miejscu leżały równie pluszowe poduszki, ale w bardzo gustowny lamparci rzucik, z którym było nam bardzo do twarzy. Uwielbialiśmy na nich leżeć. Niestety, Ona orzekła, że nie pasują do nowego wystroju sypialni, Oddała poduszki Dzidce, a nam sprawiła białe. Chyba sobie je sprawiła! Stefan jakoś dał się przekonać. Ja nie. W bieli nie jest mi do twarzy, a poduszki dziwnie szeleszczą pod łapami. Dlatego jeśli przez przypadek znajdę się na parapecie, obchodzę je szerokim łukiem. Czyli stąpam po wąskim pasku parapetu, który pozostał.


Potem przyjechał dwa szare transportery. Musicie bowiem wiedzieć, że zostaliśmy bez transporterów. Duży już dawno przejęła Dzidka. Mały zabrała jedna kocica z Pomorskiego Kociego Domu Tymczasowego. Wszystko te kocicie kotu rozgrabią....

Transportery przyjechały w odstępie kilku tygodni. Pierwszy stanął w dużym obok telewizora. Ona postanowiła nie chować go szafy. Podsłuchałem, jak mówiła, że to dlatego, abyśmy nie kojarzyli go z wyprawą do weterynarza. Będę musiał więc byś podwójnie czujny, jak przyjdzie co do czego. Do weterynarza zabrać się nie dam! Nawet w nowym transporterze.

Początkowo toczyliśmy ze Stefanem walkę o to, kto będzie spał w transporterze. Jakoś tak zazwyczaj wychodziło, że ja. Wkrótce jednak przyjechał drugi, taki sam. Stanął obok pierwszego i nasze kłótnie skończyły się, jak widać.

No i wreszcie - przebój ostatnich dni, mój absolutny faworyt. Namiot z filcu! Z miejsca zdobył moje uznanie. Śpię w nim, kiedy tylko się da. Jeśli akurat w środku przebywa Stefan, daję mu delikatnie do zrozumienia, aby przeniósł się do transportera. Nie znaczy to jednak, że porzuciłem definitywnie torbę z Piotra i Pawła. Co to, to nie. Torba zawsze będzie miała specjalne miejsce w moim sercu.



Jestem zachwycony rozwojem wypadków. Jak tak dalej pójdzie, może w końcu dostaniemy drapak-drzewo. Wtedy już zupełnie nie będziemy wiedzieli, które miejsce wybrać do spania. No, ale cóż. Od przybytku głowa nie boli, prawda?

Pozdr
T.
-------------
PS. A Podwładna doda, że Koty kazały przekazać, że pozdrawiają serdecznie Pana Damiana ze sklepu na Pilotów i dziękują za transportery Guliwer w rozmiarze 2. :)

PS. Podwładna przyzna się jeszcze bez bicia, że zakosiła Kotom poduszkę z filcowego namiotu. Jest biała i pluszowa i idealnie pasuje do wystroju sypialni. Koty tymczasem dostały kraciastą. Nie protestują. :)

wtorek, 11 listopada 2014

Paw świąteczny

Podobno dziś było jakieś święto. Nie wiedziałem. Gdybym wiedział, zachowywałbym się rano nieco ciszej, by uszanować świąteczny nastrój. Tymczasem wydawało mi się, że dziś jest najzwyklejszy w świecie wtorek. I że Ona wstanie skoro świt i pójdzie sobie na cały dzień. Albo przynajmniej wstanie nieco później i zasiądzie na cały dzień do komputera.

Dlatego uznałem, że nie powinna mieć do mnie pretensji, jeśli w okolicach godziny szóstej pozbędę się kuli z kłaczków, która od jakiegoś czasu ciążyła mi na żołądku. I tak przecież będzie zaraz wstawała, to przy okazji posprząta, a zaraz potem da nam jeść.

Okazało się jednak, że jest święto. Ona nie wstaje. A przynajmniej nie miała zamiaru wstawać. Zmieniła zdanie, gdy usłyszała mnie i moją kulę z kłaczków, jak walczymy ze sobą. Pojawiła się w przedpokoju i zapytała gdzie puściłem pawia, bo nigdzie go nie widzi. No skoro już pytasz, rzekłem, to w łazience. Trochę puściłem na podłogę, a resztę na dywanik.

Co Wam będę mówił. Nie była zachwycona. Powiedziała, że przegiąłem. Że skoro już muszę puszczać na dywanik, to zachęca, bym robił to, jak dotychczas, na dywanik w przedpokoju. Bo jest on gładki. Dywanik w łazience jest włochaty i nie poddaje się łatwo zabiegom higienicznym. Prosiła, żebym miał włochatość na uwadze, jeśli przyjdzie mi do głowy puścić pawia na dywanik w sypialni, niemniej włochaty. Rzekła, że jeżeli to zrobię, wystawi mi transporter i kuwetę za drzwi. A potem dała nam jeść i poszła z powrotem spać. My też. :)

Tyle z tego dobrego, ze dostałem do polizania moją ulubiona pastę Malt. Powinienem dostawać ją regularnie, nie miałbym wtedy powodów do pozbywania się kulek z kłaczków. Ona jednak zapomina mi ją dawać, a sam nie umiem odkręcić tubki. Ma więc za swoje. Ha.

A swoją drogą, puszczanie pawia z kuli kłaczków o szóstej rano to niezawodna metoda budzenia Podwładnego. Podwładny wstaje bez pudła, zabiera się za sprzątanie, a następnie od razu serwuje śniadanie. Polecam to rozwiązanie wszystkim Kotom.

Pozdr.
T.
-----------
PS. A tymczasem Podwładna zaczęła Święto Niepodległości od wrzucenia do pralki rzeczonego dywanika.


sobota, 25 października 2014

Gala

Dowiedziałem się własnie, że została zaproszona na galę wręczenia nagród w konkursie, na który nas zgłosiła. Mówi, żebym się nie łudził, że dostanę tam jakąś nagrodę za moje pisanie. Twierdzi, że raczej idzie poklaskać zwycięzcom.

Ja tam nie wiem, nie znam się. Jestem jedynie zbulwersowany faktem, że ani mnie, ani Stefana ze sobą nie zabiera. Jak zapytałem dlaczego, rzekła, że przecież nie lubimy jeździć w transporterach na wycieczki. No ba. Nie lubimy, bo przeważnie jedziemy do weterynarza. Ale na galę... Na galę pojechałbym nawet w szelkach. Ha!


Jestem obrażony i rozczarowany. A co, jak dostaniemy nagrodę pocieszenia? Wrrr. Mam nadzieję, że chociaż foty porobi, żebyśmy mogli obejrzeć.

Pozdr.
T

---------------
PS. Podwładna z radością wybierze się do Teatru Szekspirowskiego w Gdańsku, żeby dowiedzieć się, kto otrzymał nagrodę Blog of Gdańsk 2014 na tegorocznym Blog Forum. Foty oczywiście porobi. :)

wtorek, 7 października 2014

Sami w domu

Czy dacie wiarę, że zostawiła nas na weekend SAMYCH w domu?!
Już od jakiegoś czasu przebąkiwała, że się gdzieś wybiera. Że niby do Warszawy, gdziekolwiek to jest. Myśleliśmy jednak, że nas w związku z tym zawiezie do Rudych. A przynajmniej do Dzidki. Tymczasem zostawiła nas w domu, samych jak palec. Jak dwa palce.

Wyjechała w czwartek, a wróciła w niedzielę. Gdybyśmy wcześniej wiedzieli, że nas zostawi, ustawilibyśmy imprezę z Czarną. A tak, na ostatnią chwilę, to już za późno było. Czarna umówiła się z kimś innym na melanż.

Nie żeby się nami nie zajmowano. Wręcz przeciwnie! W sumie mieliśmy do dyspozycji trzy osoby, więc przyznacie, że całkiem na wypasie. Przychodziła Ciocia Gosia, Mama Podwładna Dzidki, a nawet Pan T. raz przyszedł. Ledwie się za jednym drzwi zamknęły, już musieliśmy się zrywać, żeby witać kolejnego gościa.

Tymczasowi podwładni porozumiewali się między sobą zaszyfrowanymi wiadomościami. Zostawiali je na stole na małych karteczkach. Jak Ona wróciła i je znalazła, to powiedziała, ze je schowa do archiwum.


W przerwach między odwiedzinami była z nami nasza automatyczna miska, która zawsze towarzyszy nam podczas nieobecności Podwładnych. Miska bawi się z nami w kotka i myszkę, eee, to znaczy miskę. Zabiera nam kulki, chowa, a potem znienacka oddaje. Ten kto pierwszy usłyszy, że własnie się otworzyła, ten miszcz. Miska ma co prawda dwie skrytki, po jednej na głowę. Nigdy jednak nie otwierają się one jednocześnie.Trzeba więc być czujnym. Bo jak się nie jest, to Stefan zjada wszystko.

Na Ciocię Gosię mam szczególny patent. Jak tylko wchodzi, rzucam się na podłogę w kuchni i przejmująco gdaczę. Udaję, że dogorywam z głodu. Turlam się i gdaczę coraz głośniej, aż w końcu sypie nam do mich, z górką. A nawet daje saszetkę. Ponoć u niej w domu koty zawsze mają z górką nasypane. Pewnie nieustannie turlają się i gdaczą. Na naszą to niestety niezbyt działa. Albo muszę popracować nad techniką.

Tak czy inaczej, wróciła w niedzielę. Nic nam nie przywiozła. Oprócz zapachu jakiegoś psa. Powiedziałem jej, że następnym razem oczekujemy ze Stefanem wcześniejszego zawiadomienia. Skoro nas zostawia bezdusznie, chcemy coś z tego mieć. Imprezę z Czarną na ten przykład.

Pozdr.
T.
-----------
PS. Podwładna potwierdza - gdakanie w ogóle na nią nie działa. Turlanie tym bardziej. ;)

czwartek, 2 października 2014

Oddaj głos na Teofila & co.

Wiem, że się ostatnio lenię i nie dostarczam Wam interesujących historii o nas. Niestety, ona na całe dnie zabiera laptopa i wychodzi w nieznanym kierunku. Mówi, że do biura.

Wrzesień przeleciał nam jak z bicza trzasł, bez słowa na blogu. Nasze wrzosy, co to je sadziliśmy ostatnio, już rozkwitły. Tylko jeden umarł, biedaczek. Co ciekawe, umarł w tej samej skrzynce, w której w lecie umarła petunia. Podejrzana sprawa. Albo skrzynka.

Tak, czy inaczej, Ona obiecała, że powściągnie swój pracoholizm i użyczy mi w końcu sprzętu, żebym mógł napisać o wizycie Białej. Zanim doszczętnie zapomnę, jak to było. Zobaczymy!

Ale nie o tym chciałem.... Jest konkurs. Zgłosiła nas tam. Można głosować do końca niedzieli. Zagłosujecie? Zagłosujcie!

Tu jest LINK



niedziela, 31 sierpnia 2014

Z pamiętnika młodego ogrodnika

Zrobiło się zimno, mało więc ostatnio wychodziliśmy na balkon. Po co marznąć, skoro można leżeć na przytulnej papierowej torbie. Dziś jednak musiałem wreszcie zaprowadzić na balkonie trochę porządku. Nasze letnie kwiaty zaanonsowały koniec lata przekształcając się w, jak stwierdziła Ona, spaloną słońcem łąkę.


Petunie uschły wcale nie dlatego, że nie były podlewane. Uschły same z siebie, ot tak. Może uznały że już pora na nie. Tak czy inaczej, wysłałem ją po nowe kwiaty, bardziej pasujące do sezonu, który się zaczyna. A potem wzięliśmy się do roboty.

Kupiła wrzosy. Wrzosów jeszcze ci u nas nie było, dlatego powitałem je wylewnie i czule.

video

Przesadzanie kwiatów to ciężka praca. Pomagałem jej nosić skrzynki, wyrywać uschnięte petunie i pakować je do wora ze śmieciami. Wyjmowaliśmy wrzosy z tymczasowych doniczek i wsadzaliśmy do skrzynek. Dźwigaliśmy wór z ziemią rozsypując na wszystkie strony. Ugniataliśmy ziemię palcami i łapami. Strzepywaliśmy ją z krawędzi skrzynek. Wreszcie - gotowe!


Przeprowadziłem ostateczną kontrolę jakości. Musze powiedzieć, że byłem niezmiernie rad z efektów. Dla pewności nagryzłem jednego wrzosa. Chciałem sprawdzić, czy jest świeży i jędrny. Był. Nie był jednak tak smaczny, jak szczypior z Biedronki ani kwiat z sypialni, dałem więc spokój.

Na koniec wakacji mamy więc nowe kwiaty na balkonie. Teraz będziemy z niepokojem wypatrywać pierwszych przymrozków. Oby jak najdłużej!


Pozdr.
T.
--------------
PS. Pod słowami "Oby jak najdłużej!" Podwładna podpisuje się obiema rekami.



poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Ludwik na swoim

Zanim opowiem Wam o naszych ostatnich gościach i o tym, jak musieliśmy w trybie awaryjnym ewakuować się z domu z powodu gniewu niejakiej Białej, kazała mi napisać o Ludwiku. Ok, więc powiem Wam w skrócie. Zamieszkał na swoim!

Ona była dziś u niego była z wizytą. Mówi, że dobrze mu się układa. Ma dwoje Podwładnych do dyspozycji oraz dwa psy. Się ustawił! Ponoć kwatera niezbyt duża, ale za to z wanną. A Ludwik jest lubiący wannę, więc trafił idealnie. Jego obecna Podwładna donosi, że spędza w wannie dużo czasu nawet, jeśli jest w niej akurat woda. Trochę tego nie rozumiem, ale niech mu będzie. Ona mówi, że może Ludwik miał wśród przodków rasowe pływające koty Van. Van czy nie Van, ja tam nie wiem. Na arystokratę mi nie wyglądał. Ale jeśli Van znaczy, że ma inklinacje do wanny, to by się zgadzało.

Tak czy inaczej, zadomowił się i zdaje się, nie ma już zamiaru nas nawiedzać. Całe szczęście!


PS. A Podwładna doda, że Ludwik jest w swoim nowym domu już od około miesiąca. Dobrze się miewa i wygląda na szczęśliwego. :)

czwartek, 10 lipca 2014

Śmierdząca wizyta

Ahoj! Wróciliśmy już dawno temu z tych naszych wojaży. Nie było nam jednak dane zbyt długo cieszyć się spokojem. Przyjechał do nas kot Ludwik. Ponoć z powodu jakichś spraw zdrowotnych, które trzeba było załatwić. Coś tam miał obcięte. Nie wiem, co dokładnie, chociaż podsłuchałem, jak Ona mówiła, że jajka. Hm.

Przywiozła go w ostatnia niedzielę. Patrzymy ze Stefanem, że wchodzi i taszczy obcy transporter. W środku coś siedzi. Myśleliśmy, że Dzidka, chociaż na zdrowy rozum, w jaki sposób Dzidka miałaby się zmieścić do takiego małego transportera?  Femka to też nie była. Jak wiadomo, ta księżniczka podróżuje w różowym transporterze, a ten był zielony.

Zaczęliśmy węszyć i zaraz wszystko stało się jasne. To był Ludwik. Ten, który tu już raz był, kiedy my byliśmy u Rudych i Pana T. Wtedy po powrocie wszędzie było czuć Ludwikiem, chociaż ona twierdziła, że posprzątała i nawet umyła podłogę nawet. Jego zapach prześladował nas jeszcze parę dni, a teraz poczuliśmy go ze zdwojoną siłą. Co za smród! Inny niż Stefana, inny niż Rudych, inny niż Dzidki i Femki, a nawet inny niż Edka z Tczewa!

Nie wiedziałem, jak zareagować na tę inwazję zapachu, więc na wszelki wypadek zjeżyłem się i nawarczałem na typa od progu. Stefan mi zawtórował. Ludwik nie przejął się jakoś specjalnie i zaczął zwiedzać. Chciał się z nami zaprzyjaźniać, ale mu zgodnie powiedzieliśmy, że ma spadać. Wtedy się obraził, podrapał w odwecie Ją i zrobił coś jeszcze, ale Ona zabroniła mi o tym pisać.


Nie wiem, czy to za karę, czy z innego powodu, w każdym razie nazajutrz rano nie dostał żarcia. Patrzyliśmy na niego z politowaniem, że w ogóle się nie upominał o śniadanie, tylko poszedł bawić się piłką. Co za cienias, pomyślałem. Nie wie, że trzeba głośno i wyraźnie komunikować swoje potrzeby żywieniowe, szczególnie wczesnym porankiem? Dużo się jeszcze musi nauczyć.

Potem Ona go zapakowała do zielonego transportera i pojechali. Wróciła sama. Później znów wyszła i wróciła z Ludwikiem. Znów śmierdział, ale inaczej. I nie kontaktował. Nietrzeźwy jakiś był, albo sztachnął się nadmiernie kocimiętką. W każdym razie nie było z nim kontaktu do końca dnia. Wypełzał parę razy z transportera i czołgał się po kuchni. Raz nawet podszedł do miski Stefana i chciał mu wyjeść, ale w ostatniej chwili padł tuż przed nią.

Poszliśmy spać, bo co, mieliśmy z nietrzeźwym gadać? W nocy się ocknął. Zaczął dobierać się do ciasta, które ona upiekła poprzedniego dnia. Na szczęście usłyszała i poleciała na ratunek ciastu, a potem dała jeść jemu i nam też. No, przynajmniej jakiś pożytek z niego w końcu był.

Nazajutrz przyjechała jego Tymczasowa Podwładna i go zabrała, a razem z nim zabrała nasz fantastyczny tekturowy drapak wielkanocny.


Że niby Ludwik go lubi, a w domu tymczasowym  nie ma i się nudzi. My też go lubiliśmy do licha! Tego już za wiele, pomyślałem. Wszystko nam ci goście wynoszą. Rudzi zabrali piszczącą mysz, Femka zabrała czarne myszki, Ludwik poprzednim razem wyniósł gumowe piłki. Jak tak dalej pójdzie, kamień na kamieniu tu zostanie. Trzeba przeliczyć łyżeczki, bez dwóch zdań.

Pozdr.
T.
--------------
PS. A Podwładna wyjaśni, że Ludwik śmierdział tylko w pojęciu Kotów, dla ludzi nic a nic. Podwładna podejrzewa, ze Koty czuły, iż to jeszcze stuprocentowy kocur, chociaż młody. Teraz jest już po kastracji i nadal szuka domu. Ważna informacja jest taka, że miał robione badania krwi. Jest wolny od chorób wirusowych i ogólnie zdrowy. :) Gdyby ktoś się w Ludwiku zakochał, prosimy o kontakt.

A jeśli chodzi o drapak, to już jedzie do Kotów nowy z Zooplusa :)

poniedziałek, 16 czerwca 2014

Wyjazdy, powroty, przyjazdy

Nie narzekamy ostatnio na nadmiar spokoju i niedobór wrażeń. Wyjeżdżamy w gości, przyjmujemy gości, goście są przyjmowani pod naszą nieobecność... Do wyboru, do koloru.

Nasz pobyt u Rudych przeciągnął się do dwóch tygodni z kawałkiem. Już miała po nas przyjechać po tamtym weekendzie w maju, kiedy okazało się, że kocica Femka przyjeżdża na kolonie, bo jej Podwładna jedzie na wakacje. Zamiast więc wrócić do domu w ustalonym terminie, zostaliśmy u Rudych, bo Femka już nie lubi mieszkać z nieznanymi Kotami. Na bank są z jednej rodziny z Dzidką. Dzidka też nie lubi. Ponoć Femka była bardzo grzeczna. Ponoć do kuwety chodziła ze swoim miśkiem. Phi!

U Rudych tak nam się spodobało, że jak Ona przyszła w odwiedziny, spyliliśmy do kanapy i udaliśmy, że jej nie znamy. Bardzo ją to jednak zasmuciło, więc następnym razem już odpuściliśmy ten numer. Stefan się schował, ale ja wyszedłem i umożliwiłem drapanie brzucha. Powiedziałem też parę słów o tym, jak jest nam fajnie i że możemy zostać jeszcze dłużej. Chyba jednak nie zrozumiała, bo przyjechała pewnego dnia, spakowała nas w transportery i tyle nas widzieli. Na pamiątkę mamy zdjęcia na balkonie, za którego przestrzenią tęsknimy niezmiernie. Mam też trochę niewyraźne zdjęcie na torbie, a właściwie na plecaku. Bardzo zacne spanie. Miałem tam też, jak pewnie zauważyliście, swoją markową torbę z papieru. :)





Zdążyliśmy wrócić do domu, gdy okazało się, że na weekend przyjeżdża Dzidka. No i się zaczęło... Chyba nas nie poznała albo przynajmniej udawała, że nas nie zna. Mało nas nie opluła przez kratkę transportera, tak syczała i warczała od samego wejścia. Najbardziej dostało się Jej. My wycofaliśmy się pod łóżko, ale ręka, która karmi, została ugryziona i podrapana. Pięknie! Wstyd po prostu. Ostatecznie Dzidka spędziła weekend w izolatce, czyli w salonie. Drapaliśmy do niej trochę, a Stefan nawet na chwilę wszedł i zapierniczył jej parę kulek z miski i napił się wody z drugiej miski. Zważywszy na fakt, że miski stały tuż obok Dzidki legowiska, wykazał się nie lada odwagą. Nie poznaję kolegi!


Słyszałem, że na zbliżający się długi weekend znów jedziemy do Rudych. Podobno ma tu u nas stacjonować jakiś Ludwik. Ona wysyła nas na wakacje, bo nie chce, byśmy się z nim stykali. Nie zaszczepił się jeszcze na choroby zakaźne. Ludwik to gówniarz, ale rośnie na przystojniaka. Szuka domu, bo obecny ma na jakiś czas. Może komuś z Was się spodoba?




Do usłyszenia po naszym powrocie!
T.
----------
PS. A Podwładna doda, że też już jest zakręcona tymi kocimi wizytami i wyjazdami. Wypatruje weekendu, kiedy sama nie będzie nigdzie jechała, a Koty będą na miejscu. Dwa. ;) Aha, i poleca kota Ludwika, gdyby ktoś z Czytelników rozważał adopcję. Chętnie udzieli dalszych informacji o nim.

czwartek, 22 maja 2014

Weekend u Rudych

Podsłuchałem, jak mówiła, że na weekend jedziemy do Rudych - Czesława i Ryśka. Doskonale, pomyślałem, będzie nadprogramowa kolacja, którą, jak tylko Rudzi wyjechali, natychmiast nam obcięła. Zaraz jednak przypomniałem sobie, że będzie też nadprogramowa porcja fitnessu. Zacząłem więc zawczasu robić formę.


Zamierzam nie zapomnieć swojej papierowej markowej torby, żeby mieć na czym leżeć. Nie wiem tylko, w co się spakuję, bo ona twierdzi, że torbę podróżną zabiera.


Mam też nadzieję na odbicie myszy. Nie wspominałem Wam chyba, że na odchodne wzięli sobie naszą ćwierkającą mysz i tyle ją widzieliśmy. Słyszałem ostatnio, że Czesław mało jej  nie wyrzucił przez balkon. Trzeba więc spieszyć z odsieczą.


No dobra, to nie przedłużam, lecę się szykować i pogonię Stefana. Zabierzemy chyba lidlowe kiełbasy jako gościniec. Żeby nie było, że gość cham ;)
Pozdr.
T
-----------------
PS. A Podwładna potwierdza, że torbę podróżną zabiera, a Teofilowi powie, żeby papierowej nie taszczył. Rudzi użyczą mu swojej, bo na niej nie leżą. ;)


poniedziałek, 21 kwietnia 2014

Gość w dom

Od ponad miesiąca mamy gości. Goście w osobach Ryszarda i Czesława, znanych też jako Koty Pana T., przyjechali pewnego marcowego dnia na weekend i zostali na dłużej. Ponoć niedługo mają zwijać się do domu. Sądząc jednak po tym, jak bardzo się zadomowili, nie wydaje mi się, żeby w najbliższym czasie mieli zamiar pakować manatki.

Nie byliśmy ze Stefanem specjalnie szczęśliwi, że przyjechali. Nawarczeliśmy na nich, jak tradycja każe i od razu zajęliśmy ich transportery. Niech wiedzą, kto tu sprawuje władzę. Oni jednak nie pozostali nam dłużni. Zajęli parapet w sypialni i leżące na nim nasze osobiste podkładki w panterkę.


Stopniowo zajmowali kolejne miejsca: fotel wiklinowy, zabytkowy fotel Stefana, kanapę, pufę i łóżko. Cudem udało mi się obronić torbę, chociaż  i na nią były czynione zakusy.


Nie muszę chyba dodawać, że dobierają się do naszych misek. Zwłaszcza kot Ryszard rozsmakował się w tym procederze. Udaje, że nie rozumie, iż jego miska stoi razem z miską Czesława po przeciwnej stronie kuchni. Kiedy Ona podaje nam miski, Rysiek leci i pakuje się do mojej. Ona wtedy odsuwa go i mówi: "Ryśku, dlaczego udajesz, że nie pamiętasz, że twoja miska jest przy drzwiach, a nie pod oknem? Nie jesteś chyba kotkiem o bardzo małym rozumku?" Phi! 

Żeby jednak nie było, że tylko narzekam, muszę przyznać, że jest z nich też pewien pożytek. Rysiek i Czesiek mają zwyczaj jeść trzy posiłki dziennie. My zawsze dostawaliśmy dwa. Kiedy przyjechali do nas, Ona zarządziła, że dopasujemy nasze pory karmienia do ich zwyczajów, bo inaczej będą wieczorem mendzić, że nie jedli kolacji. I w ten oto sposób dostajemy ze Stefanem wieczorny posiłek saszetkowy ekstra. Oczywiście, nie mamy zamiaru z niego zrezygnować nawet, kiedy oni wyjadą. :-D

Dzięki Ryśkowi i Cześkowi mamy też codziennie solidną porcję fitnessu. Nie jestem pewien, czy fakt ten należy zaliczyć do wad, czy do zalet ich pobytu u nas. Ona zalicza go do zalet. Mówi, że dzięki temu spalimy nadprogramowy posiłek. W każdym razie podzieliliśmy się na dwuosobowe teamy i mamy zajęcia w podgrupach. Stefan gania się z Cześkiem, a ja uprawiam zapasy z Ryśkiem. Musze przyznać, że wymagający z niego zawodnik, chociaż na pozór chucherko i chudzielec. Muszę ostro się spinać, żeby mnie nie pokonał. Stefan mówi, że Czesiek też niekiepsko zasuwa. Można dostać zadyszki.

Czasem jednak dajemy im wygrać. Bo przecież gość cham, ale swoje prawa ma. Nie?

Stay tuned, bo jeszcze Wam o Ryśku i Cześku to i owo napiszę.
Pozdr.
T.
---------------------------
PS. A Podwładna wtrąci się na chwilę, żeby poinformować Czytelników, iż tymczasowo włącza obrazkowe potwierdzenia komentarzy na blogu. Jakiś wyjątkowo uporczywy spamer-robot przyczepił się do nas i nie chce się odczepić.

niedziela, 6 kwietnia 2014

Sasza - zakończenie

Mówi, że dawno chciała o tym napisać, ale jakoś nie mogła się zebrać. Bo było jej smutno. Dziś jednak wreszcie się zebrała. Mówi, że musi napisać o Saszy, bo jest to winna Czytelnikom, którzy go wsparli. Przekazuję więc klawiaturę:

Niestety historia kota Saszy z Poznania, którego wspieraliśmy z Waszą pomocą, nie ma szczęśliwego zakończenia. Nie udało się go uratować. Była co prawda chwilowa poprawa jego stanu zdrowia, wydawało się też, że powoli wychodzi z depresji. Niestety, na chwilę. Wkrótce Sasza przestał jeść i osłabł. Wdała się anemia i problemy z oddychaniem.

Intensywnie szukaliśmy dla niego domu. Do wydarzenia, utworzonego dla Saszy na Facebooku dołączyło 136 uczestników. Jak wiele osób udostępniło to wydarzenie, nie jestem w stanie zliczyć. Napisałam też w sprawie Saszy do pani Doroty Sumińskiej, która prowadzi w TOK FM program "Wierzę w zwierzę". Pani Dorota ogłasza na antenie zwierzęta pilnie potrzebujące domu. Była gotowa opowiedzieć o Saszy w najbliższym programie na żywo. Niestety, nie zdążyła.

Mimo wyjątkowo troskliwej opieki, którą otaczała go Monika, opiekunka kotów z poznańskiego schroniska i pomimo ogromnego wsparcia materialnego wielu osób, które przekazały pieniądze i karmę, Sasza odszedł od nas 18 marca.

Nie wszystkie uzbierane pieniądze zostały wydane na karmę dla Saszy. Wraz z Moniką, Podwładną Kota Errora, z którą koordynowałyśmy pomoc dla Saszy, postanowiłyśmy kupić za pozostałą kwotę karmę i leki potrzebne w poznańskim schronisku. Koty dostały sporo dobrej karmy weterynaryjnej na problemy jelitowe, Feliway oraz lek wspomagający odporność.

Na zdjęciu poniżej kot Error nadzoruje zakupy tuż przed przekazaniem ich do schroniska.


Bardzo dziękuję Czytelnikom, którzy zdecydowali się pomóc Saszy. Wielka szkoda, że nie udało się go uratować. :(

poniedziałek, 17 marca 2014

Torba forever

Nie pisałem do Was ostatnio zbyt często, wiem. Poprzestałem na komunikatach o stanie zdrowia kota Saszy, które, Bogiem a prawdą, pisała Ona. Musicie mi jednak wybaczyć. Byłem zajęty. Przez większość czasu, kiedy byłem zajęty, leżałem na torbie.

Leżenie na torbie jest moim ulubionym zajęciem, odkąd Ona przyniosła torbę do domu.Torba ta nie jest może szczytem moich marzeń w kwestii wzornictwa oraz wielkości. Mogłoby być lepiej. Na moje potrzeby jest jednak wystarczająca.

Jest wystarczająco duża, by zmieścić się do niej w całości. Ma też wystarczającą powierzchnię, by się na niej wygodnie umościć, zwinąwszy się uprzednio w kłębek. Jest wystarczająco gruba, by szarpać ją pazurami w poszukiwaniu zakrętki, która się w niej ukryła i nie zrobić dziur. No i wystarczająco odporna, gdy z impetem wbiega się na nią podczas codziennej głupawki.

Nie bez znaczenia jest też fakt, że nie jest to torba "no name", znaleziona na byle bazarze. Ani żadna tania podróbka. Torba jest znanej marki. Ma nadrukowane logo w widocznym miejscu. To znacząco podnosi prestiż jej użytkownika.


Odkąd torba jest w domu, w kąt poszła czerwona poduszka z oberwanymi guzikami. Nie interesuje mnie kanapa, fotel, drugi fotel ani pufa. Przestałem ich używać. Całymi dniami leżę na torbie. Wyjątek robię dla łóżka, bo torba nie chodzi z nami do sypialni. Jest stacjonarna, salonowa.


Ona marudzi, że torba psuje wystrój salonu. Że się "poniewiera". Że ją zatłuściłem i wygniotłem i wygląda teraz, jak psu z gardła wyjęta. Że ją straszę, gdy wbiegam na torbę z impetem, a ona głośno szeleści.

Co mogę powiedzieć... Będzie musiała się do tego przyzwyczaić. Żadna moja poprzednia miłość do kartonów po butach i piwie nie była tak nieprzemijająca, jak miłość do torby. Torba forever!

Pozdr.
T
---------------------------------
PS. A Podwładna doda, że Teofil nic o tym nie wie, ale torba została już raz wymieniona na nową. Była bowiem już tak złachana, że godziła w poczucie estetyki Podwładnej. Dlatego przy okazji wizyty w supermarkecie Piotr i Paweł wzięła ona nową torbę i niepostrzeżenie ja Teofilowi podmieniła. Wkrótce planuje kolejną podmianę. Tym razem weźmie dwie torby. Na zapas.

czwartek, 27 lutego 2014

Saszetka dla Saszy - update

Poprosiła, bym dziś wrzucił trochę informacji o Saszy dla tych Czytelników, którzy nie śledzą Facebooka, a dorzucili parę złotych do Saszowej diety Urinary. A więc:

Dziś do Moniki dotarła przesyłka ze Zwierzakowo.pl, zamówiona za część uzbieranych pieniędzy (dokładnie 299,16 zł):


[T: Patrzcie, jak ten Error sprawdza, czy nic nie zginęło w transporcie!]

W międzyczasie Sasza dostał też przesyłkę od pani Joanny. Na zdjęciu Error, kot Moniki, przysnął po tym, jak przeliczył zawartość pudełka:


[T: Zacny prezent, nie pogardziłbym.]

Sasza jest więc nieźle zaopatrzony w karmę. Chcemy, aby określił się, która marka najbardziej mu smakuje. Wówczas zrobimy zakupy za resztę uzbieranej kwoty.

Niestety Sasza jest niejadkiem. Prawdopodobnie na skutek stresu niespecjalnie chętnie je. W ostatnich dniach nie czuł się też dobrze psychicznie. Jego opiekunka ze schroniska donosiła, że bardzo przeżywa pobyt w schronisku i niechętnie wchodzi w kontakt z człowiekiem. Dziś już jest w trochę lepszym nastroju. Nastawia się do głaskania i podchodzi do otwartych drzwiczek klatki. Denerwuje go jednak sprzątanie w klatce.

Być może, jeśli padnie taka sugestia ze strony opiekunów, za część pozostałej kwoty sfinansujemy Saszy dyfuzor Feliway. To taki magiczny, niestety nietani, preparat z fermononami, który poprawia kotom nastrój. Sasza już go używa, warto jednak, by miał wkłady na zapas.

Drodzy czytelnicy! Szukamy dla Saszy odpowiedzialnego DOMU STAŁEGO, w którym byłby jedynym kotem. To dla niego szansa na powrót do zdrowia, zarówno fizycznego jak i psychicznego. Udostępniajcie proszę tę wiadomość. Wierzymy, że ten dom gdzieś na niego czeka....

[T: Udostępniajcie, koniecznie. Nie możemy pozwolić, by chłopak został w schronisku!]
----------------
PS. Jeśli ktoś byłby zainteresowany adopcją Saszy, podaję namiary:

https://www.facebook.com/poznanskiekoty

Schronisko dla Bezdomnych Zwierząt w Poznaniu
ul. Bukowska 266, 60-189 Poznań
tel.: 61 868-10-86, 61 868-10-87


czwartek, 20 lutego 2014

Saszetka dla Saszy

Dziś zagaję do Was z prośbą o parę złotych dla kumpla Saszy z Poznania. Ona już dorzuciła coś w naszym imieniu i włączyła się czynnie w akcję zbierania pieniędzy. Sasza chwilowo nie ma Podwładnych, a potrzebuje jeść karmę na chory pęcherz, na którą go nie stać. Napisała mi tu o nim parę słów.

----------------------------

Sasza trafił do poznańskiego schroniska dla bezdomnych zwierząt po śmierci swojej opiekunki. Ma około 14 lat i choruje na syndrom urologiczny. Jest po operacji usunięcia kamienia z pęcherza. Cierpi. Powinien jeść specjalną leczniczą karmę, która przynosi ulgę w takich chorobach.

Sasza jako kot chory ma marne szanse na adopcję. Dodatkowo w schronisku nie może liczyć na to, że dostanie karmę weterynaryjną, bo nie jest ona tania.

Dlatego razem z Moniką z Poznania, która na Facebooku prowadzi fanpage swojego kota, kot ERROR | cat ERROR, robimy zbiórkę funduszy na karmę typu Urinary dla Saszy.

Na początek potrzebna jest karma mokra, by Sasza po operacji nie musiał męczyć się i gryźć.

Dla Saszy liczy się każda saszetka. Saszetka Urinary Royal Canin kosztuje ok. 4,70 zł. To niewiele, jeśli kupuje się jedną. Jeśli jednak potrzeba ich w diecie na stałe, robi się z tego poważny wydatek, na który schroniska nie stać.

Dlatego - dołączcie się do naszej akcji i dorzućcie po jednej saszetce! To mniej niż 5 zł, które możecie przelać dla Saszy.

Jeśli ktoś chce włączyć się do akcji, proszę o wiadomość na ewapiorko@gmail.com. Podam numer konta do przelewu. Zamówienie zrobi w Poznaniu Monika i przekaże do schroniska. Pierwsze saszetki i puszki, przesłane pocztą przez naszą fankę, dotarły do Saszy już dziś rano.

W wydarzeniu na Facebooku Facebookowicze mogą śledzić postępy akcji.

W imieniu Saszy z góry BARDZO dziękujemy za pomoc!

------------------
No, to już wszystko wiecie. Polecam, zachęcam i namawiam!
Pozdr.
T

poniedziałek, 17 lutego 2014

Podmieniony

Kot Edek pojechał do domu we wtorek wieczorem, a my ze Stefanem wciąż nie możemy otrząsnąć się ze zdumienia. Jesteśmy więcej niż pewni, że Edka ktoś podmienił. Podesłał nam na weekend jakiegoś innego Kota, a Edka ukrył albo porwał. Ten, który był u nas, nie mógł być Edkiem. Był na to za grzeczny.

Kiedy jego Podwładni przywieźli go w ubiegły piątek wieczorem i zostawili, zdradzał jeszcze oznaki bycia dawnym Edkiem. Prowokował mnie wzrokiem, więc ostrzegawczo na niego warczałem. Dwa razy ugryzł śpiącego już na łóżku Stefana tak mocno, że Ona postanowiła wyprosić go na noc z sypialni. Jej też się dostało. Podczas podawania Edkowi miski z karmą została kilka razy dziabnięta w rękę. Powiedziałem mu, że niepisana zasada między Kotami i Podwładnymi brzmi: "Nie gryź ręki, która karmi". Odwarknął, że ma to w nosie.

Chodził taki nabzdyczony jeszcze następnego dnia do południa. Skoczył nam kilka razy na plecy i walił Ją łapą, kiedy próbowała go posmyrać. Potem jednak nagle, stopniowo, powoli, ale zauważalnie zaczął zdradzać objawy bycia zupełnie innym kotem, nie Edkiem. Zupełnie, jakby ów nie-Edek na początku kamuflował się i stwarzał pozory, a potem zapomniał się i pokazał, kim naprawdę jest.

Najpierw przestał bić i gryźć Ją. Mogła podawać mu miskę bez obawy, że straci rękę. Mogła go nawet głaskać, a nawet wzięła go parę razy na ręce. Trzymała go co prawda przezornie z daleka od twarzy, ale Edek najwyraźniej nie miał nic przeciwko byciu przeniesionym z miejsca na miejsce, bo nie dał jej z liścia. Zaczął się jej ocierać o nogi, żebrząc o jedzenie, którego potem i tak nie zjadał.

Drugiego wieczora Edek nie ugryzł już leżącego na łóżku Stefana. Wcale go nie zaczepiał, więc drzwi sypialni zostały otwarte. Nie miał jednak wcale zamiaru spać z nami na łóżku. Ona twierdzi, że to dlatego, że w domu ma zakazane. Hm. Ja bym na jego miejscu wykorzystał sytuację i się przespał, jak pozwalają.

Edek nawiązał wyraźną komitywę ze Stefanem. Zaczęli się ganiać, ścigać i polować na siebie dla draki. Początkowo obserwowałem to wszystko z rezerwą. Na byłej szafce RTV, w towarzystwie Nessie, czułem się bezpiecznie.


Nie miałem zamiaru iść w ślady Stefana i się z Edkiem bratać. Kiedy jednak ona postanowiła do reszty Edka rozbroić i psiknęła drapak kocimiętką w spraju, ostatecznie dałem za wygraną. Na poniższym filmie widać mnie na drugim planie:

video

Potem, jak już się razem sztachnęliśmy, pokazałem mu nasz balkon:


W zamian on mi pozwolił poleżeć w swoim transporterze. A potem już wszyscy razem zgodnie spożywaliśmy posiłki:



Pisząc to, po prostu się wzruszyłem i otarłem łezkę. Bo szkoda, że to jednak nie był Edek. Tylko ten podmieniony...

Będę tęsknił!

Pozdr.
T.
--------------------------
PS. A Podwładna pragnie wyjaśnić, że  Edka nie podmieniono. Pobyt w zacnym towarzystwie Kotów i jej samej zaowocował tak skuteczną resocjalizacją.

PS2: Tu Teofil - rzutem na taśmę, mówię do tych, którzy nie śledzą nas na Facebooku: z okazji Dnia Kota życzymy ze Stefanem wszystkim znajomym i nieznajomym Kotom zadowolenia z Podwładnych. A tym, które jeszcze Podwładnych nie mają, życzymy szybkiego i skutecznego ich zatrudnienia.

czwartek, 6 lutego 2014

Nadciąga Edek

Poznajecie? To Edek. Podsłuchałem dziś, jak Ona mówiła, że przyjeżdża do nas na weekend...

Przedostatnim razem, jak tu był, próbował ugryźć psa Niuńka. Potem puścił śmierdzącego bąka w sypialni.

Ostatnim razem, kiedy u nas mieszkał, przeganiał nas od misek i skakał nam na plecy.

Gdy my z kolei byliśmy kiedyś u niego, jeszcze w jego Podwładnej starej miejscówce, okazał się  bardzo niegościnny i nie pozwalał nam wyjść z garderoby. Nie mogliśmy iść siku ani nic.

Nie wiem, czego mamy spodziewać się tym razem. Uprzedziłem Stefana, żeby pochował wszystkie nasze ulubione zakrętki od butelek i guziki, bo Edek gotów nam je zabrać.

Wolałbym chyba, żeby wpadła do nas ta młoda, Femka. Z nią łatwiej poradzilibyśmy sobie, jakby co. Chociaż Ona twierdzi, że jak ostatnio była u młodej z wizytą, ta potraktowała ją z liścia i pazurem. Ponoć trochę bezczelna się zrobiła. Dorasta.

No, to już nie wiem, co gorsze. Tak czy inaczej, spodziewajcie się szczegółowej relacji.

Pozdr.
T.
-----------------------
PS. A Podwładna doda, że jest pewna, że wizyta Edka przebiegnie w pokojowej atmosferze i bez większych ekscesów. :)

czwartek, 23 stycznia 2014

Nie taki straszny

Obiecanki-cacanki, a czytelnikom radość. Obiecała Wam, że będę więcej pisał w Nowym Roku. Tymczasem w zasadzie nie dopuszcza mnie do komputera. Twierdzi, że pracuje. Może faktycznie tak jest, bo kupiła nam ostatnio 10 kg karmy i karton saszetek. Z drugiej strony, dużego drapaka, który obiecuje nam, odkąd pamiętam, ciągle nie mamy. Więc kto ją tam wie, czy faktycznie pracuje i na co wydaje.

Tak czy inaczej, mija pierwszy miesiąc 2014 roku, a wpisów ani widu. Czując brzemię odpowiedzialności na grzbiecie, postanowiłem wziąć sprawy w swoje łapy i  metodą małych kroków zdobyć biuro, by przejąć komputer wraz z klawiaturą.

Odkryłem, że komputer jest do dyspozycji, jeśli Ona nie ma na czym usiąść. Doszedłem więc do wniosku, że słusznym będzie zaanektować w pierwszej kolejności krzesło, zwane przez nią fotelem.

Krzesło-fotel pojawiło się u nas w listopadzie ubiegłego roku. Jest bardzo ładne i według niej nietypowe. Mówi, że zazwyczaj krzesła do biura są czarne lub szare. Tymczasem nasze jest kraciaste i ma na plecach fikuśne kokardki. Według niej jednak najważniejsze jest to, iż owo krzesło jest wygodne. Można spędzać na nim długie godziny tłumacząc, pisząc i gadając na Facebooku.

Nie miałem dotąd okazji przekonać się, czy mówi prawdę, bo fotel budził we mnie nieuzasadnioną rezerwę. Stefan też nie palił się, by nań wskakiwać. Może powodem był fakt, iż zauważyliśmy, że siedzisko kręci się wokół własnej osi. Nie wyglądało to zbyt stabilnie. Ona twierdziła, że to bardzo dobrze, że nie wskakujemy na fotel. Dzięki temu pozostawał on jedynym w domu meblem do siedzenia nie pokrytym naszymi kłakami. Phi!

Kiedy jednak niemożność dorwania się do komputera przeciągała się, uznałem, że raz kotu śmierć. Trzeba zdobyć fotel, bo inaczej usłyszymy się - ja z Wami - w okolicach wakacji. Odczekałem, aż ona oddali się do łazienki suszyć włosy. Zależało mi, by w razie czego nie słyszała, gdyby fotel uległ uszkodzeniu, wywrócił się, przewrócił stół, drukarkę, choinkę...

Poszło gładko. Pomyślałem, przekalkulowałem trajektorię skoku, wybiłem się, skoczyłem i.... zdobyłem. Ułożyłem się wygodnie, a fotel okręcił się tak, że widać było tylko mój ogon.


Gdy Ona przyszła, zaniemówiła...

No i co? Nie taki fotel straszny, jak go malują. Teraz już nie mam wymówki, by nie pisać.

Zatem, stay tuned!

--------------------------
PS. Podwładna potwierdza, że fotel został zdobyty, ale będzie o pierwszeństwo na nim walczyła jak lew. Obiecuje jednak umożliwić Teofilowi publikowanie wpisów. I to nie są obiecanki-cacanki.