czwartek, 23 stycznia 2014

Nie taki straszny

Obiecanki-cacanki, a czytelnikom radość. Obiecała Wam, że będę więcej pisał w Nowym Roku. Tymczasem w zasadzie nie dopuszcza mnie do komputera. Twierdzi, że pracuje. Może faktycznie tak jest, bo kupiła nam ostatnio 10 kg karmy i karton saszetek. Z drugiej strony, dużego drapaka, który obiecuje nam, odkąd pamiętam, ciągle nie mamy. Więc kto ją tam wie, czy faktycznie pracuje i na co wydaje.

Tak czy inaczej, mija pierwszy miesiąc 2014 roku, a wpisów ani widu. Czując brzemię odpowiedzialności na grzbiecie, postanowiłem wziąć sprawy w swoje łapy i  metodą małych kroków zdobyć biuro, by przejąć komputer wraz z klawiaturą.

Odkryłem, że komputer jest do dyspozycji, jeśli Ona nie ma na czym usiąść. Doszedłem więc do wniosku, że słusznym będzie zaanektować w pierwszej kolejności krzesło, zwane przez nią fotelem.

Krzesło-fotel pojawiło się u nas w listopadzie ubiegłego roku. Jest bardzo ładne i według niej nietypowe. Mówi, że zazwyczaj krzesła do biura są czarne lub szare. Tymczasem nasze jest kraciaste i ma na plecach fikuśne kokardki. Według niej jednak najważniejsze jest to, iż owo krzesło jest wygodne. Można spędzać na nim długie godziny tłumacząc, pisząc i gadając na Facebooku.

Nie miałem dotąd okazji przekonać się, czy mówi prawdę, bo fotel budził we mnie nieuzasadnioną rezerwę. Stefan też nie palił się, by nań wskakiwać. Może powodem był fakt, iż zauważyliśmy, że siedzisko kręci się wokół własnej osi. Nie wyglądało to zbyt stabilnie. Ona twierdziła, że to bardzo dobrze, że nie wskakujemy na fotel. Dzięki temu pozostawał on jedynym w domu meblem do siedzenia nie pokrytym naszymi kłakami. Phi!

Kiedy jednak niemożność dorwania się do komputera przeciągała się, uznałem, że raz kotu śmierć. Trzeba zdobyć fotel, bo inaczej usłyszymy się - ja z Wami - w okolicach wakacji. Odczekałem, aż ona oddali się do łazienki suszyć włosy. Zależało mi, by w razie czego nie słyszała, gdyby fotel uległ uszkodzeniu, wywrócił się, przewrócił stół, drukarkę, choinkę...

Poszło gładko. Pomyślałem, przekalkulowałem trajektorię skoku, wybiłem się, skoczyłem i.... zdobyłem. Ułożyłem się wygodnie, a fotel okręcił się tak, że widać było tylko mój ogon.


Gdy Ona przyszła, zaniemówiła...

No i co? Nie taki fotel straszny, jak go malują. Teraz już nie mam wymówki, by nie pisać.

Zatem, stay tuned!

--------------------------
PS. Podwładna potwierdza, że fotel został zdobyty, ale będzie o pierwszeństwo na nim walczyła jak lew. Obiecuje jednak umożliwić Teofilowi publikowanie wpisów. I to nie są obiecanki-cacanki.