czwartek, 10 lipca 2014

Śmierdząca wizyta

Ahoj! Wróciliśmy już dawno temu z tych naszych wojaży. Nie było nam jednak dane zbyt długo cieszyć się spokojem. Przyjechał do nas kot Ludwik. Ponoć z powodu jakichś spraw zdrowotnych, które trzeba było załatwić. Coś tam miał obcięte. Nie wiem, co dokładnie, chociaż podsłuchałem, jak Ona mówiła, że jajka. Hm.

Przywiozła go w ostatnia niedzielę. Patrzymy ze Stefanem, że wchodzi i taszczy obcy transporter. W środku coś siedzi. Myśleliśmy, że Dzidka, chociaż na zdrowy rozum, w jaki sposób Dzidka miałaby się zmieścić do takiego małego transportera?  Femka to też nie była. Jak wiadomo, ta księżniczka podróżuje w różowym transporterze, a ten był zielony.

Zaczęliśmy węszyć i zaraz wszystko stało się jasne. To był Ludwik. Ten, który tu już raz był, kiedy my byliśmy u Rudych i Pana T. Wtedy po powrocie wszędzie było czuć Ludwikiem, chociaż ona twierdziła, że posprzątała i nawet umyła podłogę nawet. Jego zapach prześladował nas jeszcze parę dni, a teraz poczuliśmy go ze zdwojoną siłą. Co za smród! Inny niż Stefana, inny niż Rudych, inny niż Dzidki i Femki, a nawet inny niż Edka z Tczewa!

Nie wiedziałem, jak zareagować na tę inwazję zapachu, więc na wszelki wypadek zjeżyłem się i nawarczałem na typa od progu. Stefan mi zawtórował. Ludwik nie przejął się jakoś specjalnie i zaczął zwiedzać. Chciał się z nami zaprzyjaźniać, ale mu zgodnie powiedzieliśmy, że ma spadać. Wtedy się obraził, podrapał w odwecie Ją i zrobił coś jeszcze, ale Ona zabroniła mi o tym pisać.


Nie wiem, czy to za karę, czy z innego powodu, w każdym razie nazajutrz rano nie dostał żarcia. Patrzyliśmy na niego z politowaniem, że w ogóle się nie upominał o śniadanie, tylko poszedł bawić się piłką. Co za cienias, pomyślałem. Nie wie, że trzeba głośno i wyraźnie komunikować swoje potrzeby żywieniowe, szczególnie wczesnym porankiem? Dużo się jeszcze musi nauczyć.

Potem Ona go zapakowała do zielonego transportera i pojechali. Wróciła sama. Później znów wyszła i wróciła z Ludwikiem. Znów śmierdział, ale inaczej. I nie kontaktował. Nietrzeźwy jakiś był, albo sztachnął się nadmiernie kocimiętką. W każdym razie nie było z nim kontaktu do końca dnia. Wypełzał parę razy z transportera i czołgał się po kuchni. Raz nawet podszedł do miski Stefana i chciał mu wyjeść, ale w ostatniej chwili padł tuż przed nią.

Poszliśmy spać, bo co, mieliśmy z nietrzeźwym gadać? W nocy się ocknął. Zaczął dobierać się do ciasta, które ona upiekła poprzedniego dnia. Na szczęście usłyszała i poleciała na ratunek ciastu, a potem dała jeść jemu i nam też. No, przynajmniej jakiś pożytek z niego w końcu był.

Nazajutrz przyjechała jego Tymczasowa Podwładna i go zabrała, a razem z nim zabrała nasz fantastyczny tekturowy drapak wielkanocny.


Że niby Ludwik go lubi, a w domu tymczasowym  nie ma i się nudzi. My też go lubiliśmy do licha! Tego już za wiele, pomyślałem. Wszystko nam ci goście wynoszą. Rudzi zabrali piszczącą mysz, Femka zabrała czarne myszki, Ludwik poprzednim razem wyniósł gumowe piłki. Jak tak dalej pójdzie, kamień na kamieniu tu zostanie. Trzeba przeliczyć łyżeczki, bez dwóch zdań.

Pozdr.
T.
--------------
PS. A Podwładna wyjaśni, że Ludwik śmierdział tylko w pojęciu Kotów, dla ludzi nic a nic. Podwładna podejrzewa, ze Koty czuły, iż to jeszcze stuprocentowy kocur, chociaż młody. Teraz jest już po kastracji i nadal szuka domu. Ważna informacja jest taka, że miał robione badania krwi. Jest wolny od chorób wirusowych i ogólnie zdrowy. :) Gdyby ktoś się w Ludwiku zakochał, prosimy o kontakt.

A jeśli chodzi o drapak, to już jedzie do Kotów nowy z Zooplusa :)