niedziela, 13 grudnia 2015

O Kongu słów kilka

Ahoj! Dostaliśmy w prezencie zabawkę. Przyszła do nas pocztą aż z Poznania (gdziekolwiek to jest), bo podobno komuś się podoba, co piszę. Phi! Ona obiecała, że podzielimy się wrażeniami z zabawy, jak tylko będziemy mieli chwilę. Dzielimy się więc.


Otóż rzecz polega na tym, że do środka, przez tę dziurkę, wrzuca się kulki. Albo przysmaczki. Albo kiełbaskę z Lidla pokrojoną na kawałeczki. Ona wrzuca, my ze Stefanem patrzymy. Potem ona kładzie fioletowego stwora na dywanie i mówi, żebyśmy wymyślili, jak kulki ze środka wydostać.


No to zaczęliśmy myśleć. Stefan chciał być przebiegły. Chwytał potwora za czerwony ogon i wymachiwał nim w powietrzu. Nie tędy droga, kochany, pomyślałem. Tylko odpowiednia taktyka pozwoli wydostać wszystkie przysmaczki.

Okazało się, że fioletowego trzeba sprytnie pacać łapą, żeby przewrócił się w odpowiednią stronę i uwolnił zawartość swojego brzucha.

Początkowo trochę sobie nie radziliśmy, ale wiadomo - trening czyni mistrza. Już po chwili kulki jedna po drugiej zaczęły wyskakiwać na dywan. Spieraliśmy się ze Stefanem, kto ma zjeść którą. Ja uważałem, że je ten, kto wypacał łapą. Stefan był zdania, że kto pierwszy, ten lepszy. Nieważne, czy ten pierwszy akurat wypacał osobiście.


Przednia zabawa, generalnie. Tylko trochę smutno, jak już wszystkie przysmaczki zostaną uwolnione. Pacamy, pacamy i nic nie wypada. A potem siedzimy jeszcze chwilę nad fioletowym i czekamy, że może sam coś wypluje. Ale nigdy nie wypluwa, więc po chwili oddalamy się do swoich zajęć.

Ona mówi, że musi nam tę zabawę rozsądnie dawkować, bo inaczej będziemy jeszcze grubsi. Ale jak to "jeszcze grubsi"?? Przecież my jesteśmy szczupli!

Pozdr.
T.
------------------
PS A ja, Podwładna, dodam jeszcze kilka słów o zabawce Kong Cat Treat Cone, którą dostaliśmy w prezencie do przetestowania od sklepu NaszeZoo.pl z Poznania.

Stefan i Teo faktycznie początkowo nie bardzo wiedzieli, o co chodzi i jak się do Konga zabrać. Obserwowali go z pewnej odległości. Rozpracowanie go nie zajęło im jednak dużo czasu.

Teo nie przyznał się, że to Stefan okazał się bystrzejszy i na początku to on opróżniał całego Konga z przysmaczków. Potem role odwróciły się. Teo podpatrzył co i jak, nauczył się i przejął pałeczkę. Podczas ostatniej zabawy to on zjadł wszystkie chrupki, jakie były w środku. Dlatego myślę, że jeśli Kongiem ma bawić się kilka kotów jednocześnie, każdy powinien mieć swojego.

Według mnie należy Konga chować od razu po uwolnieniu ostatniego chrupka. Żal mi chłopaków pacających go na próżno, z nadzieją na więcej. Zabieram więc zabawkę od razu po zjedzeniu ostatniego przysmaczka, żeby nie czuli się rozczarowani.

Kong to fajna zabawka, taka trochę edukacyjna ;). Trzeba tylko uważać, by nie dawać go zbyt często kotom, które muszą dbać o linię. Każdy przysmaczek to jednak dodatkowe kalorie.

Dziękujemy sklepowi NaszeZoo.pl za podarowanie nam zabawki i przysmaczków oraz za miły list, który przesyłce towarzyszył.

sobota, 31 października 2015

Bieganie - czym to pachnie?

Drodzy, dziś wreszcie o tych butach, o których dawno już miałem Wam opowiedzieć. Otóż Ona zakochała się w bieganiu, a ja - w jej butach do tegoż.

Zaczęło się od tego, że poszła  na siłkę i, jak twierdzi, nie chciało się jej kombinować z tymi maszynami, które tam są. Mówi, że ciągle stała do nich kolejka i musiałaby przeganiać jakichś facetów. By więc nie marnować czasu, poszła na bieżnię. Mówi, że to takie miejsce, gdzie się biegnie w miejscu. Przez grzeczność nie zapytałem, po co.

Tak czy inaczej, było to w lutym. Wkrótce w domu pojawiły się buty, które odtąd z nią na tej bieżni w miejscu biegały. Początkowo nic nie wskazywało, że staną się obiektem moich uczuć. Ot, buty, jak każde inne, można by rzec.

W kwietniu założyła je i zamiast na bieżnię, poszła na dwór. Twierdzi, że tym razem nie biegła w miejscu, tylko dotarła aż do Gdańska Głównego. I że już nigdy na bieżnię nie wróci. Uwierzyłem na słowo, A potem przechodząc koło butów, zaciągnąłem się. Mmmm... interesująco ten Gdańsk Główny pachnie, pomyślałem. I wpadłem po uszy.

Tego dnia zaczęła się jej miłość do biegania, a moja do butów pachnących biegowymi trasami.

video

Do zapachu Gdańska Głównego dołączył wkrótce zapach Zaspy, Wrzeszcza, Przymorza, Sopotu, nadmorskiego deptaku, górki na Jaśkowej Dolinie, a nawet Westerplatte. Sądząc po tym, jak pachną, to muszą być absolutnie fascynujące miejsca. Wkrótce ma do nich dołączyć zapach Gdyni. Nie mogę się doczekać! Meh!


Pozdr.
T.
------------------
PS. Podwładna potwierdza, że wszystko, co powiedziano powyżej, jest prawdą i tylko prawdą. Zwłaszcza, że na bieżnię już nie wróci. :)

wtorek, 13 października 2015

Szklanka prawie pusta

Drodzy! Miało być zapowiedziane o butach, w których się zakochałem. Ale będzie następnym razem. Dziś bowiem chcę Wam w telegraficznym skrócie opowiedzieć, jak to zakochałem się w szklance.

Szklanka pojawiła się w zlewie. Była całkiem przeciętna. Ani ładna, ani brzydka. Ani do połowy pełna, ani do połowy pusta. Własciwie prawie pusta. Tylko na dnie ostało się kilka kropelek, które natchnęły mnie tak, że zapomniałem o bożym świecie.


Wszedłem do zlewu.... Sztachnąłem się raz, drugi, trzeci... Pogoniłem Stefana, który też chciał się sztachnąć... Runąłem na blat. Wytarzałem się dokładnie i w każdą stronę. Potem znów wszedłem do zlewu i zaciągnąłem się aromatem. Mmmmmrrrr..... Niebiański! Kocimiętka przy tym to pan pikuś. O, tak było:

video

Niestety, ach niestety, fascynacja przeminęła tak szybko, jak sie pojawiła - z chwilą, kiedy szklanka została umyta i odstawiona na suszarkę. Nie przez, bynajmniej. Ech, jaka szkoda. Będę tęsknił.

Pozdr.
T.
-----------
PS. Podwładna czuje się w obowiązku wyjaśnić, że w szklance nie było dopalaczy, rozpuszczalnika, butaprenu, ani nawet absolutnie zniewalających feromonów jakiejś niezwykle atrakcyjnej kociej piękności. Były tam jedynie krople żołądkowe.... ;)


sobota, 26 września 2015

Raz, dwa, trzy!

Drodzy Czytelnicy! Żyjemy! Lato minęło szybko i niepostrzeżenie. Byliśmy chwilę na koloniach u Rudych, a po powrocie rzuciliśmy się w wir obowiązków. Ona podpowiada zza kadru, ze to ona się rzuciła, nie my. Pozwolę sobie zauważyć, że każdy rzucił się do swoich i na swój sposób.


Tak czy inaczej, nie było nas chwilę. Zostalismy dziś jednak wywołani do tablicy. Ponoć gdzieś o nas wspomniano. O, tutaj.  Śpieszę więc z updatem w trzech krótkich podpunktach:

1. Dzieciarnia cała zagospodarowana. Czarno-biała dochrapała się domu z ogrodem, dwóch kotów i psa. Ten dziki, co robił dym, zamieszkał z tymczasowymi na stałe. Stacjonuje w ładnej kamienicy we Wrzeszczu (nasza dzielnia!). Z kotami  ma już sztamę, na żółwia ponoć spogląda z góry. Szara z pudełka po butach przeprowadziła się do Gdyni. Nie ma kotów, ani innych zwierząt, ale ma Podwładnego, który zapewnia jej dużo rozrywek. Piórka na własnoręcznie wyciosanej wędce, samodzielnie skonstruowany tunel i tym podobne historie.

Szacunek. Nam nasza Podwładna co najwyżej własnoręcznie położy torbę papierową na dywanie. I na tym kreatywność się kończy. Na szczeście, nadrabiamy własną.

2. Do zagospodarowania pozostaje matka owej młodzieży, zwana Bestią. Ona codziennie wynosi jej tony pożywienia. Aż jestem czasem zaniepokojony, bo jak zabraknie taniej karmy z Biedronki, sięga po nasze Feliksy. Musze ukrócic ten proceder, bo kiedyś dla nas nie starczy. W każdym razie szuka jej domu. Oby tylko do nas nie przyprowadziła. Tym bardziej, że twierdzi, że Bestia do mnie pasuje. Wrr.

3. Mamy wraz z Nią nową miłość - bieganie. Ona kocha biegać, ja kocham jej buty do biegania, jak wraca. Przynoszą tyle wspaniałych zapachów! Nie mogę się powstrzymać, żeby ich  trochę nie poadorować. Więcej szczegółów - wkrótce.

Pozdr.
T.
----------
PS. Podwładna tymczasem wybiera się na galę Blog Forum Gdańsk w tę niedzielę. A w sobotę - pobiegać :) Zostańcie z nami!

sobota, 18 lipca 2015

Domowe przedszkole

Oddać jej na chwilę stery bloga i od razu są kłopoty. Wywołała wilki z lasu tymi dziećmi. Od ponad miesiąca przewijają się u nas na kwaterze gówniarze z podwórka. Mówi mi tu z offu, żebym tak nie pisał, bo sam na tym podwórku kiedyś byłem gówniarzem. Akurat! Może i byłem z podwórka, ale z pewnością nie gówniarzem. Byłem prawie dorosły!

W każdym razie, najpierw przyniosła tę czarno-białą chudziznę. Zasmarkaną i z zaklejonymi oczami.




Zamknęła w łazience i nie kazała nam wchodzić. Że niby zaraza. Wcale nie mieliśmy zamiaru bliżej się zaznajamiać. Nie nasza grupa wiekowa.


Na drugi dzień ją wywiozła i zaraz nazajutrz przytargała kolejną, bardziej podobną do mnie:




Jak widać, dziewczyna była tak niewielkich rozmiarów, że zmieściła się do pudełka po butach. Patrzyłem z zadrością. Do różnych pudełek się już zipowałem. Ale do tego konkretnego nijak nie zmieściłbym się.


Młoda przenocowała u nas, znowu w łazience (znowu zaraza). I pojechała. Ponoć dostała miejscówkę w lecznicy. Tego już nie zazdroszczę. Byłem w lecznicy tydzień, zaraz po tym, jak Ona mnie znalazła. Naprawiali mi plecy i ogon. Pamiętam, że miałem trochę stracha, że już po mnie nie wróci.


Myślałem, że to będzie na tyle w temacie gówniarzy. Jednak nie. W zeszły piątek znów pożyczyła nasz transporter (argh!) i wyszła. Gdy wróciła, w środku był ten gamoń:


Słyszałem potem, jak opowiadała przez telefon, że zrobił dym u naszej weterynarz. Uciekł z transportera, latał po calym gabinecie, właził pod szafki, gryzł, drapał i wrzeszczał, jakby go ze skóry obdzierali. Ugryzł rękawicę i nie chciał jej puścić. Ona mówi, że jak bullterrier. Nie wiem, co to bullterier, ale skoro ona mówi, to znaczy, że niejednego bullterriera gryzącego rękawicę widziała.

Wróciła zmartwiona, że wzięła do domu dzikie zwierzę. Obiecałem jej więc, że się z nim ze Stefanem zajmiemy. Przygotujemy na sobotę program adaptacyjny i animację dla młodzieży. Może się gamoń ogarnie.

Udało się! Najpierw Ona dała mu się sztachnąć kocimiętką. Od razu mu sie nastawienie do świata zmieniło. Jak tylko nas ze Stefanem zobaczył machających przez uchylone drzwi, wyraził chęć zabawy. Był absoultnie zafascynowany piórkami na wędce. Ponoć pierwszy raz coś takiego w życiu widział. Phi!

W sobotę wieczorem młody był już bardzo grzecznym kotkiem. Leżał łapami do góry i kazał się Jej drapać. Mogłem więc na chwilę porzucić rolę animatora i zainteresować się, co ma w misce. A miał fantastyczne kawałeczki w sosie, niebiańsko wprost pachnące. Mmmmm....

W niedzielę nas opuścił. Słyszałem, że zamieszkał tymczasowo całkiem niedaleko, z dwojgiem Podwładnych, dwoma Kotami i żółwiem. Nie wiem, kim jest ten ostatni. Mam nadzieję, że nie kimś w rodzaju bullterriera.

Wyjeżdżając zapomniał oddać naszą piłke i myszkę. Ech, zawsze muszą być jakieś straty...

Pozdr.
T.
-------------
PS. A ja, Podwładna, dodam, że kociaki urodziły się na naszym podwórku. Nazywają się Milka (czarno-biała), Coco (buraska w pudełku) i Lucek (gamoń od dymu w lecznicy). Ich mamą jest dzika kotka, która nie wiadomo skąd do nas przyszła. Domniemanym tatą jest stały bywalec naszej okolicy. Nikt nie wiedział, co kombinują, aż pewnego piątku prawie potknęłam się na chodniku o zaropiałą Milkę.

Kociaki chorują na koci katar. Milka i Coco bardziej i od początku. Luckowi wirus uaktywnił się dopiero w domu tymczasowym. Wszystkie znalazły schronienie u tymczasowych opiekunów, którym jestem bardzo wdzięczna za pomoc. Milka na początku sierpnia zamieszka w nowym domu, u naszych znajomych. Coco i Lucek - zobaczymy. :)

Teraz pozostaje złapać mamę-kotkę i zawieźć na sterylizację. Nie sądziłam, że to może być takie trudne. Nawet na tuńczyka bestia nie daje się zwabić. Trzymajcie kciuki!
-------------

PS.2 2015.07.26 - Kocia matka złapana w piątek. Tym razem poszło gładko.

poniedziałek, 1 czerwca 2015

Kiedy byłem małym kotkiem, hej!

Zasady są po to, by je łamać, jak powiedział niedawno Teofil. Poza tym dziś jest Dzień Dziecka i wszystko wolno. Dlatego przejmuję pałeczkę od Teofila i dziś napisze do Was ja, Podwładna. Zresztą, Teofil nie może pamiętać wszystkich zdarzeń, o których dziś będzie mowa. Jeszcze go wtedy z nami nie było.

A więc, kiedy byłem małym kotkiem - powspominajmy! Najmniejsza była Dzidka. Kiedy wsiadła do samochodu Pana T., miala jakies 7 tygodni. Spokojnie mieściła się za lodówką, za którą zagonił ją pewnego dnia pies Niuniek, zwany Dropsem. Bez zezwolenia zaglądała do jego miski. Dzidka w tym roku skończy 10 lat. Jest nawiększym z Kotów Trojga. Nie chcę nawet przypuszczać, ile może ważyć. Wystarczy powiedzieć, że nie sięga już do pleców, by się umyć. Jest jednak w doskonalej formie. Jej foch również.

Dzidka - 2005 r.
Dzidka - 2005 rok
Trochę starszy był Stefek. Kiedy został zabrany z poczekalni lubelskiej kliniki przy ul. Stefczyka, miał ok. 4 miesięcy. Po przyjeździe do Gdańska pierwsze co zrobił, to kupa na łóżko. Był jednak usprawiedliwiony. Spędził 8 godzin w samochodzie, bez możliwości zalatwiania potrzeb fizjologicznych. Oglądając teraz jego pierwsze zdjęcia stwierdzam, że był bardzo uszatym kotem. Taki mały, szczupły nietoperz. Dziś z jego uszatości pozostało niewiele. Najwyraźniej proporcje wyrównały się.

Stefan - 2008 rok
Najstarszy był Teofil. Zgarnięty z podwórka i zawieziony do lecznicy przy ul. Stryjskiej w Gdyni, został oceniony na jakieś 6 miesięcy. Na tym jednym z pierwszych zdjęć pozuje na stole w gabinecie weterynaryjnym. Zdjęcie zostało użyte do ogloszenia adopcyjnego. Teo nawet na chwilę trafił do rodziny adopcyjnej. Na szczęście szybko z niej wrócił. Z charakteru niewiele się zmienił. Zmienił się za to z wyglądu. Zmężniał.;) Nie jest jeszcze w tej samej kategorii wagowej, co Dzidka. Ale gdyby mieli mierzyć się na grubość ogonów, Teofil wygrywa.

Teofil - 2008 rok
Teo i Stefan w tym roku kończą 7 lat. Jak ten czas za....... iwania!

To mówiłam ja, Podwładna.
:)

czwartek, 30 kwietnia 2015

Dzidziuś

Ona często powtarza, że Stefan to dzidziuś. Że taki trochę niedojrzały z niego koleżka. Nie mogę się nie zgodzić. Ile razy napadam go z zamiarem pokotłowania się trochę dla zabawy, wpada w histerię. Piszczy, wrzeszczy i ucieka, ile sił w łapach. Jakbym mu jaką krzywdę robił. Synuś mamusi po prostu.

Ale to co wyprawia z poduszką, to przechodzi kocie pojęcie. Ona podpowiada zza kadru, bym napisał, że nic z tych rzeczy, jeśli pomyśleliście sobie nie wiadomo co. Nie wiem, o co może chodzić, ale ok, piszę, żebyście sobie nie myśleli. Stefan jest nagniataczem. Nagniataczem codziennym. Regularnym. Bez nagniatania żaden poranek nie mógłby zostać zaliczony przez Stefana do udanych. Ba, co ja mówię, poranek. Żadne popołudnie ani nawet wieczór nie mogłyby zostać odhaczone w Stefanowym kalendarzu bez sesji nagniatania.

Ofiarą Stefanowego nagniatania pada przeważnie biała poduszka, która oryginalnie leżała w jednym z naszych porzuconych namiotów. Ona przechwyciła ją i umieściła na łóżku. Podobno pasowała jej do wystroju wnętrza. Słyszałem, jak narzekała, że już nie pasuje, bo jest brudna od Stefanowych łap. Cóż, nie myje się chłopak i już. A tak to wygląda:

video

Ona mówi, że Stefan był niedopieszczony w dzieciństwie i mu to nagniatanie w dorosłym wieku zostało. To by się zgadzało z postawioną na początku tezą, że Stefan to dzidziuś, prawda?

Udanej majówki!
Pozdr.
T.
-----------
PS. A Podwładna nie ma dziś wyjątkowo nic do dodania.

niedziela, 29 marca 2015

Moje na wierzchu

Muszę Wam się z czegoś zwierzyć. Na pewno będziecie zdziwieni. Albo przynajmniej rozczarowani. Ona w każdym razie taka właśnie jest - zdziwiona i rozczarowana faktem, że znudziło się nam spanie w namiotach.

Pewnego dnia po prostu stwierdziliśmy, że koncepcja spania w środku namiotu przestała się nam podobać. Stefan jeszcze czasem wchodził do wnętrza. Ja jednak przestałem. Odkryłem, że znacznie bardziej fascynujące jest ugniecenie dachu namiotu własnym ciałem, umoszczenie gniazda i położenie się na wierzchu.

Odkąd odkryłem tę opcję, inaczej niż na wierzchu namiotu nie leżę. Żeby było zabawniej, upatrzyłem sobie namiot Stefana i na nim postanowiłem się układać. Stefan przeniósł się na kanapę, a ona przestawiła namioty miejscami mówiąc, żebym, skoro już muszę rozgniatać namiot, rozgniatał swój. Na niewiele sie to jednak zdało. Nadal rozgniatam namiot Stefana, teraz stojący z lewej, zamiast z prawej. Moje na wierzchu. I już.


A ten drugi, z białą welurową podusią w środku, stoi pusty. Ktoś reflektuje?

Pozdr.
T.
-------------
PS. A tymczasem Podwładna zachodzi w głowę, co się stało, że Koty przestały lubić namioty. I smutno jej, bo lubiła patrzeć na Teofila i Stefana śpiących w środku.

niedziela, 8 marca 2015

Celebryci dużego formatu

Już ponad rok minął, jak wzięliśmy udział w akcji Mój Kot Ma Dom. Przyszła do nas wtedy jedna dziewczyna z aparatem i zrobiła nam zacne zdjęcia. Stefan został na nich przyłapany, jak pije wodę z kranu. Ja - jak biorę do paszczy ciastko z talerza. Ona - że ma przetarte dżinsy w kroku. Na jej szczęście na zdjęciu ostatecznie tego nie widać.

Już prawie zapomnieliśmy o tej chwili sławy, gdy nagle Ona przyniosła wieści, że wisimy na wystawie. Jak to, na wystawie, zapytałem? I ja nic o tym nie wiem? Nie zostalismy zaproszeni na wernisaż? Strzelę focha, pomyślałem. Ona powiedziała, że też nic nie wiedziała. Poszłaby, żeby zobaczyć to na własne oczy. Dowiedziała się jednak na tyle późno, by już nie zdążyć. Zwłaszcza, że to na drugim końcu innego miasta było.

Ale to nie koniec historii. Pewnego dnia przyjechał do nas jeden gość i przywiózł rulon. W rulonie, jak się okazało, były nasze zdjęcia z wystawy!


Ogromne wydruki, a na nich ja z ciastkiem, Stefan z kranem, Stefan na fotelu wiklinowym, Stefan z kolorowymi piórkami, Ona z dziurą w dżinsach... no po prostu pełen zestaw. Zastygłem ze zachwytu, gdy je zobaczyłem. W dużym formacie wszyscy wyglądamy imponująco.

Ona zamierza powiesić zestaw, na którym zjadam ciastko, w kuchni nad stołem. Siedziałem przy nim, kiedy zdjęcia zostały zrobione. Na razie jednak wszystkie zdjęcia stoją zwinięte w rulon w przedpokoju.


Czekają, aż ogarnie Ją natchnienie do tego, by zabrać je do miejsca, gdzie oprawiają obrazy. Bo same się przecież nie oprawią, prawda?! Znając ją przepowiadam, że czekanie na natchnienie potrwa na oko parę miesięcy.

Będę Was informował o rozwoju wypadków. Jak tylko zawisnę, zaraz wrzuce zdjęcia!

Pozdr.
T.
---------------
PS. Podwładna zarzeka się tymczasem, że oprawi zdjęcia szybciej, niż za parę miesięcy. Nie może doczekać się, żeby zobaczyć Teofila z ciastkiem nad stołem w kuchni. :)

niedziela, 8 lutego 2015

Pole namiotowe

Odkąd pojawił się u nas filcowy namiot, toczyliśmy ze Stefanem nieustanne boje o to, kto aktualnie ma w nim spać. Słyszałem kiedyś, jak Ona opowiadała komuś przez telefon o tym, jak walczymy o miejsce w namiocie.

Powiedziała wtedy, że Stefan wojuje subtelnie. Widząc mnie w środku i mając chętkę na zajęcie mojego miejsca, podchodzi od tyłu i cichaczem zaczyna wchodzić na namiot od góry. W rezultacie dach namiotu się zapada, a ja przygnieciony wyskakuję na zewnątrz. Co w tym subtelnego - nie wiem.

Tymczasem ja, według niej, jestem brutalny. Widząc Stefana w namiocie podchodzę od frontu, wchodzę do środka przednimi łapami i kotłuję oraz gryzę. Co w tym brutalnego - nie mam pojęcia. 

Tak czy inaczej, były między nami pewne niesnaski. Ona powiedziała temu komuś przez telefon, że zaskoczyło ją to. Kupując namiot miała bowiem pewne obawy, czy w ogóle będziemy nim zainteresowani. Przecież lubimy kartony i torby z Piotra i Pawła. Pocieszała się, że nawet jeśli nie będziemy namiotu używać, to będzie on służył jako ładny gadżet do wyremontowanej sypialni - modnie szary, miękko filcowy i diznajnersko zaokrąglony. 

Tymczasem jednak nasze zainteresowanie tym diznajnerskim gadżetem przerosło jej najśmielsze oczekiwania. By więc zapobiec dalszym potyczkom i kłótniom, podjęła jedyną słuszną w tej sytuacji decyzję. Jej efekt widzicie na zdjęciu powyżej.

Muszę Wam wyznać, że byłem wielkoduszny. Oddałem Stefanowi stary namiot, o który tak subtelnie walczył. Sam zaś wziąłem sobie ten nowy. Przyznacie, że to ładnie z mojej strony. Nie mogłem przecież być pewien, czy ten nowy będzie równie wygodny jak stary. Działałem w ciemno. Miałem szczęście. Jest równie przytulny, równie miękki, równie szary i filcowy. I równie bardzo mi z nim do twarzy, jak ze starym. Prawda?

Pozdr.
T.
------------------------------------------
PS. Podwładna doda tylko, że Teofil bardzo trzyma się ustalonego przez siebie podziału namiotów. Gdy Stefan raz nieopatrznie wszedł do nowego, natychmiast dostał reprymendę od Teofila. 


sobota, 10 stycznia 2015

A gdyby... na ryby?

Miała dziś do nas przyjechać Femka. Podobno chciała się przechować, bo jej Podwładna pojechała na wczasy. Nie powiem, że byłem zachwycony tą perspektywą.

Zdaje się, że nie pisałem Wam o jej poprzedniej wizycie. Było to w lipcu. Przyjechała w swoim różowym transporterze i z miejsca zawłaszczyła sypialnię. Musieliśmy wszyscy wynieść się na noc na sofę, bo Femka nie chciała z nikim gadać i wymachiwała łapami. Udawała, że nas nie zna, a przecież wcześniej już u nas była. Bez kija nie podchodź po prostu!

Potem trochę się rozkręciła, jak to ona. W ramach relaksu wlazła nam do koszyków na cebulę. Pod koniec jej pobytu byliśmy już wszyscy całkiem zakumplowani. Jednak z tego co wiem, ona udaje, że ma amnezję. Pewnie więc dziś znów nie poznałaby nas.

Tak czy inaczej, przygotowaliśmy się ze Stefanem do tej wizyty. Ustaliliśmy, że któryś z nas musi cały czas zajmować filcowy namiot. Żeby Femka tam nie weszła przypadkiem. W tym samym czasie drugi z nas miał siedzieć w jej różowym transporterze oraz mieć baczenie na kuwetę. Żeby przypadkiem nie używała naszej.

Dziś rano okazało się, że Femka nie przyjedzie. Podobno zepsuła samochód marki Volvo, żeby tylko nie spędzić z nami weekendu z przyległościami. To wersja nieoficjalna. Oficjalna jest taka, że ma u swojej drugiej Podwładnej znacznie ciekawsze zajęcia.


Jak tylko Ona pokazała nam to zdjęcie, zjeżyliśmy się ze Stefanem z zazdrości. Też chcemy mieć ryby na własność! Zaczęliśmy się więc od razu naradzać, jak nakłonić Ją, by nam takie akwarium sprawiła. Macie jakieś pomysły, jak to uczynić?

Pozdr.
T.
--------------
PS. Podwładna zaznacza, że żadne pomysły nie pomogą. Ryb hodować nie zamierza. ;)

niedziela, 4 stycznia 2015

Grzeczność popłaca

Pisałem Wam ostatnio, przy okazji opowieści o nowych legowiskach, że dostaliśmy je, mimo że wcale nie byliśmy grzeczni. Muszę zrewidować tę opinię i Wam też radzę. Otóż byliśmy jednak w tym roku grzeczni. I to bardzo.

Dowodem na to są kolejne prezenty, otrzymane na Gwiazdkę. Pierwszy to mysz, którą znaleźliśmy pod choinką. Mysz jest szara i chyba zanim do nas trafiła, połknęła ptaszka. Czemu tak myślę? Ano temu, że jak się ją ruszy albo nią potrząśnie, zaczyna ćwierkać. Wydaje mi się więc, że w środku jest ptaszek. Jestem więcej niż pewien, że myszy same z siebie nie ćwierkają.

Mieliśmy już kiedyś podobną mysz, ale zabrali ja Rudzi. Tym bardziej cieszę się, że dostaliśmy nową, chociaż na razie obserwujemy ją z daleka.

Kolejny prezent to mega torba z kotem w czapce Mikołaja. Widać ją, podobnie jak mysz, na poniższym zdjęciu. Torba ta nie umywa się co prawda do torby z Piotra i Pawła, co też widać na zdjęciu. Niezależnie od tego, jest bardzo dekoracyjna. Chociaż Święta dawno się skończyły, nadal stoi w dużym pokoju. Ona mówi, że pewnie postoi do Wielkanocy.


No i wreszcie... przebój na miarę filcowego namiotu - drapak! Dostaliśmy go od ciotki Doroty, o której Wam jeszcze nie pisałem. Ciotka Dorota ma dwa psy, a raczej suki, które wizytowały nas w poprzednie Święta. Nie chcieliśmy jednak ze Stefanem się z nimi zaprzyjaźnić. Ona mówiła, że powinniśmy, bo to nasze kuzynki. Tak? Jakoś nie dostrzegam podobieństwa.

Tak czy inaczej, drapak jest nasz. Ona przyniosła go do domu w pierwszy dzień Świąt. Z początku wyglądał tak:


Wielka łapa została jednak zdemontowana, ponieważ baliśmy się jej i nie chcieliśmy drapaka używać. Nie mogliśmy się też na nią wspiąć, bo, jak twierdzi Ona, mamy za duże pupy. Skomentowałbym to pomówienie dosadnie, ale szkoda języka strzępić.

Po demontażu łapy jest tak:

video


Widzicie więc sami, że bycie grzecznym popłaca. Można zgarnąć niezłe fanty. Nowy rok dopiero się zaczął, więc jeśli w zeszłym roku byliście niegrzeczni i nie dostaliście prezentów, w tym macie szanse to naprawić. I już od dziś zacząć być grzecznym. Gorąco polecam!

Pozdr. 
T.

-----------
PS. A Podwładna po cichu doda, że Stefan co prawda był grzeczny, ale Teo tak sobie. Postanowiono jednak, że prezenty dostanie. ;D