sobota, 18 lipca 2015

Domowe przedszkole

Oddać jej na chwilę stery bloga i od razu są kłopoty. Wywołała wilki z lasu tymi dziećmi. Od ponad miesiąca przewijają się u nas na kwaterze gówniarze z podwórka. Mówi mi tu z offu, żebym tak nie pisał, bo sam na tym podwórku kiedyś byłem gówniarzem. Akurat! Może i byłem z podwórka, ale z pewnością nie gówniarzem. Byłem prawie dorosły!

W każdym razie, najpierw przyniosła tę czarno-białą chudziznę. Zasmarkaną i z zaklejonymi oczami.




Zamknęła w łazience i nie kazała nam wchodzić. Że niby zaraza. Wcale nie mieliśmy zamiaru bliżej się zaznajamiać. Nie nasza grupa wiekowa.


Na drugi dzień ją wywiozła i zaraz nazajutrz przytargała kolejną, bardziej podobną do mnie:




Jak widać, dziewczyna była tak niewielkich rozmiarów, że zmieściła się do pudełka po butach. Patrzyłem z zadrością. Do różnych pudełek się już zipowałem. Ale do tego konkretnego nijak nie zmieściłbym się.


Młoda przenocowała u nas, znowu w łazience (znowu zaraza). I pojechała. Ponoć dostała miejscówkę w lecznicy. Tego już nie zazdroszczę. Byłem w lecznicy tydzień, zaraz po tym, jak Ona mnie znalazła. Naprawiali mi plecy i ogon. Pamiętam, że miałem trochę stracha, że już po mnie nie wróci.


Myślałem, że to będzie na tyle w temacie gówniarzy. Jednak nie. W zeszły piątek znów pożyczyła nasz transporter (argh!) i wyszła. Gdy wróciła, w środku był ten gamoń:


Słyszałem potem, jak opowiadała przez telefon, że zrobił dym u naszej weterynarz. Uciekł z transportera, latał po calym gabinecie, właził pod szafki, gryzł, drapał i wrzeszczał, jakby go ze skóry obdzierali. Ugryzł rękawicę i nie chciał jej puścić. Ona mówi, że jak bullterrier. Nie wiem, co to bullterier, ale skoro ona mówi, to znaczy, że niejednego bullterriera gryzącego rękawicę widziała.

Wróciła zmartwiona, że wzięła do domu dzikie zwierzę. Obiecałem jej więc, że się z nim ze Stefanem zajmiemy. Przygotujemy na sobotę program adaptacyjny i animację dla młodzieży. Może się gamoń ogarnie.

Udało się! Najpierw Ona dała mu się sztachnąć kocimiętką. Od razu mu sie nastawienie do świata zmieniło. Jak tylko nas ze Stefanem zobaczył machających przez uchylone drzwi, wyraził chęć zabawy. Był absoultnie zafascynowany piórkami na wędce. Ponoć pierwszy raz coś takiego w życiu widział. Phi!

W sobotę wieczorem młody był już bardzo grzecznym kotkiem. Leżał łapami do góry i kazał się Jej drapać. Mogłem więc na chwilę porzucić rolę animatora i zainteresować się, co ma w misce. A miał fantastyczne kawałeczki w sosie, niebiańsko wprost pachnące. Mmmmm....

W niedzielę nas opuścił. Słyszałem, że zamieszkał tymczasowo całkiem niedaleko, z dwojgiem Podwładnych, dwoma Kotami i żółwiem. Nie wiem, kim jest ten ostatni. Mam nadzieję, że nie kimś w rodzaju bullterriera.

Wyjeżdżając zapomniał oddać naszą piłke i myszkę. Ech, zawsze muszą być jakieś straty...

Pozdr.
T.
-------------
PS. A ja, Podwładna, dodam, że kociaki urodziły się na naszym podwórku. Nazywają się Milka (czarno-biała), Coco (buraska w pudełku) i Lucek (gamoń od dymu w lecznicy). Ich mamą jest dzika kotka, która nie wiadomo skąd do nas przyszła. Domniemanym tatą jest stały bywalec naszej okolicy. Nikt nie wiedział, co kombinują, aż pewnego piątku prawie potknęłam się na chodniku o zaropiałą Milkę.

Kociaki chorują na koci katar. Milka i Coco bardziej i od początku. Luckowi wirus uaktywnił się dopiero w domu tymczasowym. Wszystkie znalazły schronienie u tymczasowych opiekunów, którym jestem bardzo wdzięczna za pomoc. Milka na początku sierpnia zamieszka w nowym domu, u naszych znajomych. Coco i Lucek - zobaczymy. :)

Teraz pozostaje złapać mamę-kotkę i zawieźć na sterylizację. Nie sądziłam, że to może być takie trudne. Nawet na tuńczyka bestia nie daje się zwabić. Trzymajcie kciuki!
-------------

PS.2 2015.07.26 - Kocia matka złapana w piątek. Tym razem poszło gładko.