wtorek, 13 października 2015

Szklanka prawie pusta

Drodzy! Miało być zapowiedziane o butach, w których się zakochałem. Ale będzie następnym razem. Dziś bowiem chcę Wam w telegraficznym skrócie opowiedzieć, jak to zakochałem się w szklance.

Szklanka pojawiła się w zlewie. Była całkiem przeciętna. Ani ładna, ani brzydka. Ani do połowy pełna, ani do połowy pusta. Własciwie prawie pusta. Tylko na dnie ostało się kilka kropelek, które natchnęły mnie tak, że zapomniałem o bożym świecie.


Wszedłem do zlewu.... Sztachnąłem się raz, drugi, trzeci... Pogoniłem Stefana, który też chciał się sztachnąć... Runąłem na blat. Wytarzałem się dokładnie i w każdą stronę. Potem znów wszedłem do zlewu i zaciągnąłem się aromatem. Mmmmmrrrr..... Niebiański! Kocimiętka przy tym to pan pikuś. O, tak było:

video

Niestety, ach niestety, fascynacja przeminęła tak szybko, jak sie pojawiła - z chwilą, kiedy szklanka została umyta i odstawiona na suszarkę. Nie przez, bynajmniej. Ech, jaka szkoda. Będę tęsknił.

Pozdr.
T.
-----------
PS. Podwładna czuje się w obowiązku wyjaśnić, że w szklance nie było dopalaczy, rozpuszczalnika, butaprenu, ani nawet absolutnie zniewalających feromonów jakiejś niezwykle atrakcyjnej kociej piękności. Były tam jedynie krople żołądkowe.... ;)