sobota, 1 października 2016

Gość w dom

Sierpień i wrzesień upłynął Kotom pod znakiem wizyt. W połowie sierpnia Tymek i Stefan pojechali na Morenę do pana T., a ja pojechałam na urlop w Tatry. Kiedy wróciłam, na urlop postanowił wyjechać pan T. Trzeba więc było zaopiekować się Rudzielcami – Cześkiem i Ryśkiem. Jako że Koty były już na Morenie, wstępny plan był taki, abym wprowadziła się tam na tydzień. Chodziło o to, żeby nie wozić całej menażerii do Wrzeszcza. 

Niestety, plan nie powiódł się. Dlaczego? To historia na osobny post. Dziś wystarczy, że powiem, że do nieplanowanej, ale bardzo pospiesznej wyprowadzki z całą kocią ekipą do Wrzeszcza przyczynił się pewien szerszeń rozmiarów małego wróbla.

Tak więc wylądowaliśmy na Hallera – ja i cztery koty. I zaczęło się. Codziennie rano na nowo odkrywałam całą podłogę pokrytą żwirkiem Cat’s Best. Potem zastanawiałam się, jak przy pomocy dwóch rąk podać cztery miski z żarciem. Bo jeśli podawałam najpierw dwie, to do jednej natychmiast ładował się Rysiek. A ja, wiedziona przyzwyczajeniem, najpierw serwowałam posiłek Tymkowi i Stefanowi. Dlaczego nie wpadłam na to, żeby w pierwszej kolejności podać do stołu Ryśkowi i mieć go z głowy? Nie wiem.

Po śniadaniu zaczynały się gonitwy, które czasem trwały cały ranek. Udział w nich brali głównie Tymek, Rysiek i Czesiek. Stefan, jako starszy kot, wymiksowywał się z zabawy i obserwował młodzież z wysokości fotela. Miał chłopak spokój. Przez chwilę nikt go nie miętosił.
Stefan i Rysiek na parapecie
Potem nadchodził czas leżakowania. Rudzielce upodobały sobie sypialniany parapet. Stefanowi czasem udawało się tam wbić, a jeśli nie, lądował na starym wiklinowym fotelu, też zacnym do spania. W użyciu był również jeden z filcowych namiotów. Często widywałam w nim Cześka.
Czesiek w pozycji "kot chleb"
Było plażowanie na balkonie. Nasz balkon na Hallera nie umywa się co prawda do balkonu na Morenie, ale bywało, że widziałam na nim nawet trzy koty na raz. 
Tymek plażuje, Stefan też
Było więc obserwowanie turkw na lipach, psa na balkonie sąsiadów, rowerzystów na ścieżce pod domem oraz kopanie w doniczce z ziemią. 
Prace ogrodnicze
Początkowo myślałam, że kopie któryś z Rudzielców. Kiedy jednak Czesiek i Rysiek pojechali do domu, a ja znowu zastałam przekopaną doniczkę, wiedziałam już, że winowajców mam w mieszkaniu. Wkrótce okazało się, kto stoi za tymi pracami ogrodniczymi. Kto? O tym już wkrótce.

Po prawie trzech tygodniach pobytu na Hallera Rudzielce spakowały się i pojechały do domu. A do nas przyjechała Dzidka. Na szczęście, tylko na weekend. Dlaczego na szczęście? Bo Dzidka, jak wiadomo, nie lubi nikogo. Kiedy przyjechała, natychmiast zaszyła się pod łóżkiem i zamieniła się w skrzyżowanie węża z tygrysem. Na przemian syczała i warczała. Gdyby mogła, jestem pewna, że zionęłaby ogniem. 
Dzidka zieje ogniem z namiotu
Koty chodziły wokół niej – Tymek zdezorientowany, Stefan zafascynowany. Dzidka wyraźnie brała Tymka za Teofila, bo gdy tylko zbliżał się, wydawała z siebie jeszcze głośniejsze warki. Machała łapą nawet na mnie.

Wiedziałam, że w takiej sytuacji spania nie będzie. Dzidka będzie warczeć pode mną, gdzieś na wysokości głowy, przez całą noc. Pierwsza noc spędziliśmy więc w dużym na sofie. Drugą noc w dużym spędziła Dzidka. 

O piątej rano Stefan zaczął dobijać się do zamkniętych drzwi dużego. Kolejna noc była już więc wspólna, w sypialni – Dzidka w filcowym namiocie, reszta na swoich zwykłych miejscach. O poranku, wracając z łazienki, o mało nie przewróciłam się o nią. Postanowiła wyjść z podziemia i stała w drzwiach, gotowa ruszyć na podbój mieszkania. 

Dotarła aż na drugi jego koniec, czyli pod balkon. Tam dołączył do niej Stefan, który, wniebowzięty, że w końcu wyszła, położył się na dywanie i zaczął turlać przed jej nosem z boku na bok. Dzidka jednak nie doceniła tego performansu w wykonaniu swojego odwiecznego wielbiciela. Zawinęła się i poleciała z powrotem do sypialni, mało nóg nie gubiąc po drodze.

Miałam ją zostawić jeszcze kilka dni, żeby jej asocjalność przeszła. Widząc jednak, że nie wychodzi z namiotu i sika raz dziennie uznałam, że nie ma sensu biedaczki stresować. W drodze z Wrzeszcza na Zaspę jakby ktoś ją podmienił. Z transportera wyszła pospiesznie, zrelaksowana i radosna. Przeciągnęła łapy i pomknęła do miski. 

U nas zaś w czwartek pojawią się kolejni goście. Tych jeszcze na dłużej tu nie było. Kot Bobik będzie zapewne szalał z Tymkiem. Ale kotka Rozalka może nie być zadowolona z tych przymusowych wakacji. Trzymajcie kciuki, żeby wizyta się udała.

3 komentarze:

  1. Ojej, tyle tych kotów, że aż mi się zakręciło w głowie! Piękne zdjęcia :)
    I pomyśleć, że biedna Claire- Genevieve siedzi sama, tylko z psem... Również dobrze jej wychodzi kopanie.

    OdpowiedzUsuń
  2. To niesamowite, że tyle kotów dogaduje się ze sobą. No, oprócz Dzidki ;) Swoją droga super zdjęcie, charakterna z niej kocica, nawet moja Bibeńka nie była aż taka, chociaż też dawała popalić.

    Przy okazji - spodobał mi się pomysł zabezpieczenie balkonu siatką, muszę go "sprzedać" moim rodzicom, będą spokojniejsi o wychodzącego na balkon kota.

    Pozdrawiam serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Takich przygód to ja sobie nawet nie wyobrażam :-)
    Ale kocie odwiedziny raz tu raz tam to może i dobry pomysł, koty poznają inne koty - są mniej strachliwe.
    Czekamy na dalsze opowieści :-) :-) :-)
    U nas jedna kota się pojawiła i panika ....

    OdpowiedzUsuń