Teofil

Teofil pochodził  z podwórka na tyłach domu Podwładnej. Na tym podwórku, będącym jednocześnie parkingiem, Podwładna spotkała go pewnego październikowego wieczora w 2008 roku. Był sam, płakał i miał ranę u nasady ogona. Zbajerował ją na tyle skutecznie, że go najpierw dokarmiała, a po tygodniu zabrała do lekarza.

Po kuracji w szpitalu u doktora R. Teofil zamieszkał najpierw u Podwładnej, potem u pana T., potem u nowej rodziny, od której wrócił po czterech dniach, potem znów u pana T., aż ostatecznie osiadł we Wrzeszczu.

Teofil … cóż, każdy chciał być Teofilem. Bo Teofil był królem życia. Teofil wiedział, czego chce i zawsze to dostawał, a jeśli nie dostawał, tak długo marudził, aż wreszcie zostało mu dane. Najgłośniej domagał się jedzenia, zajmował zawsze najlepszą miejscówkę do spania, a gdy czesany był pies, Teofil podsuwał pod szczotkę swój własny grzbiet.

Teofil dużo mówił. Właściwie na każdy temat miał coś do powiedzenia. Najzabawniejsze odgłosy wydawał, kiedy mówił podczas ziewania. Nie był urodzonym podróżnikiem. Podróż w jego wydaniu to były narzekania, jęki i marudzenie. Miał również na swoim koncie zrzucenie bomby biologicznej w samochodzie.

Kiedy przychodzili goście, Teofil był zawsze w komitecie powitalnym, Nieważne, czy przyszedł swój czy obcy. Przybyłych witał wylewnie, aż niektórzy, co bardziej uczuleni, musieli się od niego opędzać.

Teofil był smakoszem. Oprócz oczywistości takich, jak mięso i ryby, jadał twaróg, żółty ser, jogurt, śmietanę, jajka, bób oraz ciastka.


W kwietniu 2016 roku Teofil odszedł od nas. Nagle, niespodziewanie, za wcześnie. Nigdy o nim nie zapomnimy.